strona główna - biografia - książki - muzyka - czytelnicy - linki - kontakt - księga gości - forum

Samotny Włóczykij
Cudne manowce

 

Cz. 1 - "Pusta polana"

Wstałem późno, gdzieś przed 10.00, bo wcześniej do późna śpiewaliśmy i gadaliśmy przy ognisku. Pogoda poranna była słoneczna. Na polu biwakowym nie było już nikogo, tylko jeszcze taka jedna dziewczyna. Najpierw myślałem, że w ogóle nie ma nikogo, ale usłyszałem z tyłu takie ruchy w namiocie i okazało się, że jeszcze jest ta jedna dziewczyna. Poszedłem później zobaczyć, co to za światło się świeciło w nocy na zachodzie, a w drodze powrotnej znalazłem przy drodze rozchodnik sześciorzędowy. Ta dziewczyna potem zwinęła się i poszła. I zostałem już zupełnie sam.

Kiedyś, gdy istniało pokolenie westmanów, a przynajmniej jakieś wspomnienia po pokoleniu westmanów, w takich chwilach ogarniała mnie żałość wielka :cry: za Tym, Co Minęło. Jak to mówiła piosenka: "To, co było, minęło, to co było, nie wróci, tylko wiatr, wędrowny wiatr nasze piosenki nuci". Taki właśnie żal budził się. Niestety, te wspaniałe czasy już odeszły, więc i żałość jest mniejsza dużo, gdy się spogląda na puste pole z wygniecioną trawą, na którym tak niedawno jeszcze stały namioty i kwitło obozowe życie. Ten żal jakoś znikł, rozpłynął się, rozwiał, stał się mały i słaby. Bo to życie jest zaledwie bladym echem po dawnych biwakowiskach. Takim echem rozcieńczonym. Można powiedzieć, takim echem dochodzącym z drugiej polany. To, co dawniej łączyło ludzi, umożliwiało wspólne przeżywanie, dziś jest tylko rozrywką, którą wielu ludzi wybiera zamiast picia piwa na zagranicznych wczasach jedynie z przyzwyczajenia. Dawny klimat znikł i tego, co jest dziś, po prostu nie da się żałować aż tak bardzo :-| .

Potem ja także zacząłem się zwijać. Kiedy wyniosłem cały bagaż na polanę z lasku, widziałem rojące się żuki gnojowe i pojedynek trubadurów. Tymi trubadurami były dwa koniki polne. Dwa samce, które stały obok siebie, odwracały się w różne strony i grały, i potem jeden z nich odskoczył. Widać, uznał się za pokonanego.

Później poszedłem o sklepu. Po drodze widziałem jeszcze świerszcza polnego na polanie, takiego czarnego. Ale to nic dziwnego, bo one lubią takie miejsca.

We wsi (Grochowice 66) zobaczyłem taki ładny dosyć płot, chociaż betonowy, psychodeliczny, można powiedzieć, z przenikających się kół. Można było na niego patrzeć a patrzeć. Nawet przerysowałem go sobie.

W sklepie znów nie było, niestety, kliszy do aparatu. Kupiłem za to sok, niby wiśniowy, a tak naprawdę to paskudny, sztuczny, ale wtedy o tym nie wiedziałem, oraz mleko za 2 złote 25 groszy i zapałki. Mleko zaraz wypiłem z sokiem i wtedy właśnie się okazało, że on nie jest wcale wiśniowy.

Kiedy wracałem na polanę, zobaczyłem na północy chmury.

Tym razem sprzątanie po koncercie odbywa się w sposób bardziej zorganizowany, niż dwa lata temu, gdy po polanie kręciły się okoliczne "sępy", zbierające puszki. Jest specjalna ekipa sprzątająca. Należący do niej robotnicy gasili ognisko.
- Te, ale tu ziemniaki były smażone - zauważył jeden z nich.
- Weź je sobie zjedz teraz, jak tam naszczałeś - odpowiedział drugi.

Usiadłem na polanie, i zacząłem czytać Opowiadania Stachury, które kupiłem sobie wczoraj:

Rano przyjechałem do tego wielkiego miasta. Cały dzień po nim łaziłem, po jego ulicach i mostach, których jest pełno w tym mieście. Przepływa przez to miasto druga wielka rzeka tego kraju, ale nie jednym korytem, tylko mnóstwem kanałów, które gdzieś, za miastem, muszą się łączyć, ale w mieście jest pełno kanałów, stąd pełno mostów, po których łaziłem przez cały dzień. I po ulicach między mostami. Prawie na każdym moście przystawałem. Opierałem się o poręcz i patrzyłem na wodę przez jakiś czas, właściwie wcale jej nie widząc, to znaczy widziałem wodę na początku, ale później już jej chyba nie widziałem, bo ja mam takie dwa patrzenia, i jedno z nich to było dzisiaj, na każdym moście prawie: patrzyłem na wodę uporczywie przez jakiś czas, którą z początku widziałem, ale później jakby rozmazywała się, przemieniała w powietrze czy w mgłę, jeśli jest taka przezroczysta.

Taki mam już zwyczaj, że na każdej Stachuriadzie kupuję jakąś książkę Stachury, a potem czytam ją na opustoszałej już polanie. Tym razem powiedziałem sobie, że muszę przeczytać do końca opowiadanie Jeden dzień. Ale nie wcześniej. Wtedy ruszę na północ. W te lasy, w których, jak sądzę, musi ukrywać się coś niesamowitego. I ja to odkryję. Tak. Ja to znajdę.
Tak! Znaleźć się w tym gąszczu o kwaśnym zapachu igliwia, z kwitnącymi tam z pewnością pięknymi kwiatami. Już dawno miałem takie marzenie. Już wtedy, gdy znalazłem się pierwszy raz na Stachuriadzie. Wejść do lasu, przejść przez niego, i zobaczyć te jeziora zaleśne niebieskie. Tylko wtedy trafili się ludzie, którzy zabrali mnie w przeciwną stronę. Za Głogów, aż do Kłobuczyna.
***
Tymczasem chmury robiły się coraz bardziej burzowe. Może być z tego znowu deszcz. Ale może przejdą bokiem, bo wiatr wieje na ukos.

 

Cz. 2 - "Przez Lasy Sławskie"

Przeczytałem wreszcie całe to opowiadanie Jeden dzień. Pora ruszać w drogę. Oczywiście, nie mogę pozwolić zmarnować się serdelkom, które zostały po imprezie - zabieram je wszystkie. Nie zabrałem całego chleba, bo zostało go za dużo.
Pożegnałem wyzłoconą słońcem, pustą polanę, i ruszyłem drogą na północ, w las, w którym - byłem tego pewien - ukrywa się jakaś Tajemnica.

Na drodze przy wyjściu z polany, na takim rozjeżdżonym kawałku, zobaczyłem firletkę kwiecistą. Jest to roślina ogrodowa, raczej nie nasza rodzima (choć rośnie dziko już na Słowacji). Musiała tu się wysiać z czyjegoś ogródka. Lubię ją bardzo od dzieciństwa, można powiedzieć od pierwszego wejrzenia, bo ma takie niesamowite kolory - srebrne liście i czerwone kwiaty z lekkim odcieniem fioletu. Rósł tam gdzieś też dziki czosnek.

No, ale czas ruszać było w drogę. Czas ruszać było w drogę dalszą, bo już godzina nie najwcześniejsza. Idę więc sobie teraz drogą. Chmury istotnie przeszły bokiem. Nic mnie nie zahaczyły, ani złotosłonecznej polany w Grochowicach. Po lewej jakiś domek, ale to nie leśniczówka. Domek straży? Pracowników leśnych?

Las początkowo cały czas był rzeczywiście bardzo tajemniczy. Zwłaszcza wtedy, gdy za domkiem po jednej stronie drogi leżał zagajnik, a po drugiej - wznosił się okazałe las sosnowy. Gdyby ktoś chciał, mógłby sobie wyobrazić sceny z "Siekierezady" w takim lesie. Niestety, potem ten las tajemniczy być przestaje - zaczynają się bardziej przemysłowe, standardowe sośniny. Szedłem cały czas tak bardzo na północ, jak tylko było można, za wyjątkiem krótkiego odcinka za domkiem. Tam droga się rozwidlała, a ja najpierw poszedłem bardziej na lewo, a potem dopiero zmieniłem zdanie i przez zagajnik doszedłem do drugiego odgałęzienia drogi, właśnie tego, które odgradzało wysokopienny las od zaganika. I był w tym borze wysokopiennym jakiś spokój niesamowity, i jakieś dostojne przyzywanie.

Po drodze widziałem dwa kłopotki - to takie chrząszcze-drewnojady z wielkimi szczękami. Potrafią boleśnie złapać za palec, ale skóry nie przebiją. Widziałem też takiego dużego, ładnego motyla o czarno-żółto-niebieskich skrzydłach - rusałkę żałobnik, i tropy saren. Zaraz będę wchodził na górkę, która jest za słupkiem...

Oto i słupek, a na nim liczby - stosownie do ruchu wskazówek zegara: 209, 208, 236, 237. Przed słupkiem zwłaszcza było więcej jagód, bo teren podmokławy. Wcześniej jagody były mniej liczne i podeschłe od suszy.

I... następna wydma. Jak tu dużo jest tych żałobników! Rusałki siedzą na drodze, i gdy się podchodzi, odlatują, i tak coraz dalej i dalej... Na trzeciej wydmie rosną paprocie-orlice, moje ulubione, bo tworzą drugie dno lasu. Słońce na nie pada tak, że postanawiam zrobić im zdjęcie, ale za rzadko stoją.

Za tą wydmą jest kolejny słupek. Obok bagienko po prawej w taką zwiewną, delikatną trawką i jakimiś fiołkami. Jakimi - tego nie mogłem poznać, bo nie kwitły już przecież. Dalej idę w dół i terenem falistym, ale bez jakichś większych wzniesień. Potem jednak moją drogę przecina droga jakaś ukośna. Moja droga dobiega do niej i teoretycznie się kończy. Na szczęście, dalej jest przesieka. Rośnie tu trochę dzwonków drobnolistnych; obok znowu patyk z jakimś syfnym oprzędem. Znowu, bo już taki dziś gdzieś widziałem. I widziałem zresztą więcej takich syfiastych oprzędów w czasie mojego powrotu. Ja jestem przyzwyczajony do wszelkiego obrzydlistwa, a wydał mi się ohydny. Co dopiero, gdyby go zobaczyła któraś z Czytelniczek tego tekstu.

A tym czasem nawet ta zastępcza droga, czyli przesieka, się skończyła. Dalej jest bagienko! Na szczęście, jest prawie suche. Już się bałem, że to strumień. Z ominięciem takiego mógłby być problem, bo takie leśne strumienie nieraz otaczają rozległe i głębokie, a niemożliwe do ominięcia moczary. Dalej znowu górka, a na niej znów droga, obsadzona od południa dębami. Potem w dół i kolejne bagienko. I znowu przecznica ze słupkiem: 154, 153, 180, 181.

Znowu idę drogą na północ. Spotykam kłopotka, tego chrząszcza, o którym już opowiadałem - tylko tym razem latającego. Przede mną długie zejście z kolejnej wydmy - bo idę widać przez tereny wydmowe, gdzie te wały piachu układają się jak kręgi na wodzie, jeden po drugim. A dokoła bór sosnowy, jak właściwie wszędzie tutaj. Całkiem niezły jest widok z grzbietu tej wydmy na schodzącą daleko w dół drogę, obramioną z obu stron lasem. Przy zejściu z tej góry znajduję 2 pióra żurawie. Jedno z tych piór to bardzo duża lotka, więc biorę ją sobie. Za następną przecznicą znajduję z kolei małe pióro okrywowe.

Dalej jest dość płasko. Idę przez nieciekawe sośniny przemysłowe; znowu też natrafiam na nieodłącznego towarzysza mojej wędrówki przez Lasy Sławskie - rusałkę żałobnik. Siedzi na drodze i nie ucieka! I jeszcze jedna! Wprawdzie kwiatów nie znalazłem tyle, ile się spodziewałem (po prawdzie, to ich specjalnie nie szukałem), ale obecność motyli w zupełności wynagradza ten brak. Teraz kolejny słupek - widzę tylko liczby po lewej - 129 i 154. Liczb z lewej strony nie zapisałem. Widać dużo starego końskiego łajna.

Później zejście - najpierw lekko (gdzie widać podrośniętą nowinę), potem mocniej w dół. Na tym bardziej stromym odcinku droga nie wiadomo po co poryta jakimiś wykopami. Przyszła mi do głowy taka głupia myśl, że ktoś szukał skarbów. A może znaleźli jakiś niewypał? W mieście to bym skojarzył z naprawą jakiejś instalacji.

W dole zauważam wodopój-oczko, jeden z tych, które zakłada się w lasach, w których wody jest niewiele. Dawniej nie wiedziałem, jak sobie myśliwi radzą z brakiem wodopojów dla zwierzyny w niektórych lasach, ale właśnie tego roku na wiosnę znalazłem pierwszy raz taki zbiornik na wodę opadową w bezwodnej części Puszczy Białej. Tyle tylko, że tamten był prostokątny i betonowy, a ten jest taką okrągłą dziurę w ziemi, obmurowaną granitem narzutowym, pewno jeszcze przed wojną. Nad zbiornikiem kołysze się wielka, niebiesko-zielona ważka-husarz. Gdzieś daleko szczeka pies.

Robię sobie postój. W oczku nic ciekawego tak na pierwszy rzut nie widać, i choć obecność ważki wskazuje, że nie jest zupełnie niezamieszkałe, nie mam ochoty się w nim babrać. Rosną tam babki wodne, skarłowaciałe od wapienia, którego większość roślin wodnych nie lubi.

Chyba słychać pociąg. Oglądam mapę - to jednak nie może być kolej, ale ten pies to musiał szczekać w Kamiennej.

Siedzę sobie więc, a raczej leżę, nad brzegiem oczka wodnego dla zwierzyny, i czytam Listy do Olgi. Pies już nie szczeka, wróciła znów ważka, która w międzyczasie gdzieś odleciała, i wyszło całkiem słońce. Naokoło sośniny - las, gąszcze, kolumny...

Gdzie jesteś, Olga? Gdzie jesteś? Przyjdź. Ułożymy się w trawach wysokich bardzo, nikt nas nie dojrzy, niebo tylko i ptak nie niebie przelotem, nikt nas nie skaleczy, słońce nas będzie dotykać, a ja włosy Twoje lekko, słoneczne białe włosy Twoje przepiękne. Gdzie jesteś? Przyjdź. Przyjdź, Dziewczynko...

Tak, to jest niesamowite.

Potem próbowałem sobie taki jeden wierszyk przypomnieć. Gdy zaczynałem się szykować do dalszej drogi, obok mnie, przez cichy i bezludny dotąd las, przejechało na rowerach dwóch chłopaków. Wynika z tego, co mówią, że do wsi są 2 km. Czyli tak, jak myślałem. Słychać samochód zresztą.
Która może być godzina? Po szesnastej. Znów z tyłu, czyli od północy, gromadzą się jakieś ołowiane chmury.

Ruszam w dalszą drogę. Jednak słychać pociąg*. Schodzę niżej i znowu natrafiam na przecznicę ze słupkiem. Widzę liczby: 105, 128, 129.

I znów muszę pokonywać wydmę. Potem płaski teren; zauważam kolejny syfny oprzęd i rząd brzóz po obu stronach drogi. Słychać już dobrze samochody, ale ich nie widać. Słońce schowało się za "ołowiem".

W miejscu, skąd już dobrze słychać samochody, robię sobie kolejny postój, bo znalazłem krzaczki z dużą ilością jagód. Kiedy kończę, przelatuje nade mną krzyczący jastrząb. Mimo chmur, grożących deszczem - nie pada.

Tak, teraz widzę, że drzewa, za którymi biegnie szosa, były na pewno widoczne z miejsca ostatniego postoju. Samą szosę zasłaniały garby.

Tak docieram do kolejnego, ostatniego już dziś słupka: 71, 105. Po lewej, w kwartale 71, poręba. Dalej drzewa i szosa. Ta poręba to właściwie nowiny. Posadzili tu brzozy, graby (?), sosenki też, i coś jeszcze.
___________________________________________________________________________
*później się dowiedziałem, że istnieje jednak linia kolejowa z Głogowa do Kolska przez Sławę. Możliwe, że dawniej była nieczynna, a teraz znów ją uruchomili.




1. piosenki Stachury
2. Bóg u Stachury
3. Moda na Stachurę
4. Stachura i życie
5. co po nim pozostało
6. bożyszcze
7. Cała jaskrawość - recenzja
8. biała lokomotywa
9. Poezja jako inspiracja dla muzyków
10. Stachuriada, DK Stokłosy, 2004
11. Spotkanie Z nim będziesz szczęśliwsza, O.K. Arsus, 2010
12. STACHURIADA 2010 w Grochowicach

opowiadania
Bieszczady II
Cudne manowce

wróć