strona główna - biografia - książki - muzyka - czytelnicy - linki - kontakt - księga gości - forum

Samotny Włóczykij
Bieszczady II

Dość szybko złapałem autostop i pojechałem na Pole pod Wodospadem między Widełkami a Pszczelinami. Zabrał mnie samochód, którym jechała m. in. starsza pani wyluzowana jak hipiska. Nazwała mnie "ziomalem", bo też była z Warszawy.
Biwakowisko pod Wodospadem to jest takie zupełnie niesamowite pole nad potokiem Wołosaty. Składa się z mnóstwa maleńkich polanek, a pod drugiej stronie rzeki spada do niej wodospad. Widok tak kojarzący się z dziką przyrodą, że aż zalatujący kiczem :-/ .
Ugotowałem sobie obiad ze wszystkich zapasów, które mogły się zepsuć. Największy kłopot był ze znalezieniem opału, bo był raczej wyzbierany. Problem był na tyle duży, że niektórzy ścinali drzewa po drugiej stronie szosy (widziałem efekty ich pracy). Prawdopodobnie dałoby się znaleźć więcej opału po drugiej stronie rzeki.
Potem wykąpałem się trochę, a przy okazji poszedłem pod wodospad. Potok przegrodzony był tamą z kamieni. Stworzyło się sztuczne jeziorko, w którym można było oglądać rozmaite ryby niemal jak w akwarium. Do tego właśnie jeziorka spadał wodospad, bo drugi brzeg rzeki tworzy skalna ściana. Niektóre z tych ryb widziałem pierwszy raz - np. skałkę pod wodospadem upodobały sobie brzanki (które nazywam grzankami). Ostatecznie też okazało się, że ryby, które na Sinych Wirach miały być lipieniami, są w rzeczywistości kleniami (widziałem jedną z bliska), tak zresztą, jak mówiłem. Były też strzeble i okonie. Niestety, prawdą okazało się, że okoń, niemądrze wprowadzony do Soliny, wypiera z rzek bieszczadzkich ryby łososiowate :-( .
Spotkałem starszą panią, która przyjeżdżała na to biwakowisko przez 30 lat i spędzała na nim 3 miesiące rocznie. Teraz mieszka u znajomego leśniczego w Widełkach, bo jej mąż zmarł i boi się mieszkać pod wodospadem sama. Uraczyła mnie rozmaitymi bieszczadzkimi opowieściami. Opowiadała np. jak to pewnego razu obudził ich w nocy łoskot. Okazało się, że rzeką szło stado żubrów. Bo w lesie nad wodospadem było żubrowisko; teraz żubry się wyniosły. Innym znów razem wilki zarżnęły :evil: u góry wodospadu jelenia-byka. Straż leśna potem odcięła mu głowę z porożem i spuściła ją na linach. Innym jeszcze razem widziała żbika goniącego małego kotka domowego, a pewnej nocy wokół przyczepy, w której mieszkała, chodził niedźwiedź i sapał. Moja rozmówczyni nie wiedziała, że to niedźwiedź, dopiero potem straż leśna przyszła po śladach i powiedziała.
Jakoś już pod wieczór opuściłem biwakowisko w drodze do Smolnika. Pierwszy samochód zabrał mnie tylko do Pszczelin. Potem miałem więcej szczęścia - dwóch może trochę starszych ode mnie chłopaków wyglądających na artystów zabrało mnie dokładnie w to miejsce, gdzie chciałem dojechać, czyli do cerkwi bojkowskiej w Smolniku, którą też chcieli obejrzeć. Za zjazdem z szosy surrealistyczna artystycznie rzeźbiona brama, wiodąca na jakiś zabałaganiony, pusty plac, a wokół cerkwi nie mniej surrealistyczny krajobraz ogrodzonych niewiadomo po co siatką łąk. Obejrzeliśmy cerkiew i pogadaliśmy sobie. Potem wróciliśmy do szosy i tam wysiadłem.
Teraz cofnąłem się do szosy, prowadzącej wzdłuż Sanu, pod Otrytem. Było już pod wieczór, i niebo robiło się pomarańczowe. Gdzieś powinno być zejście z tej podotryckiej drogi, prowadzące do mostu wiszącego na Sanie. Za tym mostem ma znajdować się stanica harcerska, którą chciałbym zobaczyć, jako że interesują mnie wszystkie potencjalne miejsca noclegowe typu: ambony, szałasy, wiaty.
Zobaczyłem w końcu pylony mostu, a zaraz potem znalazłem drogę. Droga była wysadzana wierzbami i wyzłacana wieczornym słońcem. Poszedłem nią i przeszedłem przez most. Niestety, na mostach leżał już cień i zdjęcie pewno dobre nie wyjdzie - a ja tak lubię fotografować rzeki górskie!
Za mostem musiałem się zastanowić, w którą stronę teraz pójść (bo droga się rozdwajała) - w górę, czy w dół rzeki? Stanica ma znajdować się w dół rzeki, ale czy naprawdę tak jest? Poszedłem w dół rzeki i zobaczyłem jakiś jednooki budynek, wyglądający jak zrujnowana chata. Okazało się, że to brama stanicy - oczywiście zrujnowana.
Chodziłem potem po stanicy, początkowo ostrożnie, ale potem okazało się, że baza jest zupełnie pusta. Na pewno nie była za to opuszczona, mimo fatalnego stanu bramy. Świadczył o tym fakt skoszenia trawy na jej terenie. Dziwiło mnie, czemu jest taka pusta, skoro do końca wakacji jeszcze tydzień. :?:
Chciałem sobie też odpowiedzieć na pytanie, czy da się z bazy przejść brzegiem Sanu. Istotnie, znalazłem coś, co wyglądało na drogę, ale jej wygląd pozwalał przypuszczać, że kończy się parędziesiąt metrów dalej, a później trzeba się przedzierać przez nadsańskie bagna. Były za to pierwsze, nieliczne komary.
Wróciłem więc na rozstaje, po drodze zauważając, że brama niemal pozbawiona jest dachu. Poszedłem teraz w górę Sanu, drogą, która, jak miałem prawo przypuszczać, doprowadzi mnie do większej drogi Procisne-Dwernik. Szedłem otwartą przestrzenią, łąkami, a słońce zachodziło. I to było niesamowite :-D . Gdzieś na górce słychać było dzieci; zapewne przyszły tu z Procisnego. Po niebie przeleciał jastrząb.
Rzeczywiście, doszedłem do tej drogi. Niedługo jednak potem znalazłem przy niej ambonę myśliwską z galeryjką, i doszedłem do wniosku, że lepszego miejsca na nocleg nie znajdę. Wszedłem więc na górę, i wtedy okazało się, że to ocieplana ambona zimowa, ze ścianami obitymi od wewnątrz wykładziną. Dzień był ciepły, więc ambona nagrzała się wewnątrz. Musiałem ją najpierw wywietrzyć. Potem poszedłem sobie spać. Patrzyłem przez strzelnicę, czy coś nie wyszło na okoliczne łąki, ale nic takiego nie miało miejsca.

Następnego dnia obudziły mnie sikorki sosnówki. Latały to tu, to tam, skrobały pazurkami w bale i w samą ambonę, zwłaszcza w okolicy okna i drzwi. Wyglądało to tak, że mają ochotę dostać się do środka. Wypakowałem się z ambony i poszedłem kawałek przed siebie, a potem chyba coś tam zjadłem. Przede mną słychać było piłę mechaniczną, bo drwale już pracowali. Potem doszedłem do miejsca, z którego okolicy właśnie dobiegał ten głos piły. Później widziałem w kałużach przy drodze kumaki, a raczej ich kijanki, i chyba zajęcze bobki. Droga biegnie raz w górę, raz w dół, ale nigdy nie jest stroma. Dosyć ładne drzewa rosły obok drogi, a poza tym nic się szczególnego nie działo. Czasem świeciło słońce. Po drodze jadłem jakieś dziwne jeżyny, które były czerwonawe, a mimo to dojrzałe (ale mało słodkie). Znalazłem też resztki malin. Ale humoru to dziś takiego dobrego nie miałem.

Chyba dochodziłem do Dwernika, kiedy zobaczyłem jakiś słup dymu. Zastanawiałem się, co to też może być, i doszedłem do wniosku, że to może być miejsce, gdzie się wypala węgiel. Później doszedłem do wniosku, że to jednak raczej nie to. Prędzej jakieś ognisko, w którymś coś spalają.

Doszedłem więc do Dwernika, i wszedłem na most w Dwerniku. Zrobiła się jakoś tymczasem ładna pogoda. Patrzyłem się z tego mostu na wodę, jak to mam w zwyczaju, ale żadnych ryb chyba nie widziałem. W ogóle w Sanie mało ryb się widzi, jeśli się weźmie pod uwagę, ile ryb widać w jego dopływach. Na drugim brzegu był jakiś placyk, budka, jakiś zamknięty sklep, czy raczej - sądząc z mapy - knajpa. Pachniało tam bieszczadzką prowizorką. Ogólnie nastrój mi się poprawił.

Postanowiłem odwiedzić sklep, ale zupełnie nie wiedziałem, w którą stronę iść. Wybrałem na chybił-trafił prawo. Rzeczywiście - przeszedłem obok stanicy harcerskiej, ale innej, a potem zobaczyłem sklepik, który miał nawet nazwę "Sklepik". Ekspedientka, taka coś koło 50 lat, przebrana była za Indiankę - miała dwa warkocze, niby-indiańską koszulę, a na szyi naszyjnik z niby-kłów zwierzęcych. Naszyjników z kłów nie nosiły w rzeczywistości, oczywiście, Indianki, tylko Indianie, bo to było trofeum myśliwskie. No, ale to była przecież taka niby-Indianka.
Sklepik też pachniał bieszczadzką prowizorką, nawet jeszcze bardziej. Wyglądał na taki sklepik, zbudowany w zupełnej głuszy, do którego przychodzą bieszczadzcy drwale na piwo, albo i coś mocniejszego. Na okiennicach poprzypinane były różne śmieszne obrazki, np. rysunek z Indianinem pędzącym bimber i podpisem "Pędzący Jeleń". Kupiłem sobie kiełbasę, ciastka-markizy i sok malinowy. Wprawdzie w Bieszczadach resztki malin jeszcze były, ale uznałem, że czymś wodę trzeba zabarwiać, a nawet sok z malin lepszy jest, niż te sztuczne świństwa. Innego soku naturalnego w sklepie nie było.

Usiadłem sobie w podcieniu i zacząłem jeść. Jeść i pić.
Przyjechało sobie dwóch facetów samochodem, takich wyglądających na drwali, po piwo, i jeden mówi tak:
- Dwa "dęby" - ja płacę, trzy "dęby" - płaci Jurek.
I zrobili jeszcze bardziej prowizoryczno-bieszczadzką atmosferę. Zobaczyłem, że na ścianie w tym podcieniu jest malowidło, przedstawiające różne zwierzęta - ssaki, ptaki i ryby, przykładowo wilka i derkacza.
Do tej ekspedientki przyszli zaś jacyś znajomi, usiedli w podcieniu i zaczęli z nią rozmawiać. O czym? Na przykład o tym, że do któregoś z nich miał przyjść ktoś zainstalować Internet, ale nie mógł trafić, czemu się nie dziwię. Ktoś z nich - chyba te ekspedientka - powiedział, że zanosi się na deszcz.
"Na deszcz? - myślę sobie - przecież nie czuć żadnej duchoty, jak zwykle przed deszczem. Pogoda jest ładna". Ale dalej pomyślałem sobie, że oni mogą być mniej przyzwyczajeni do upałów i łatwiej wyczuwają takie zmiany.
Przyszła też potem jakaś młodzież, siedzieli w podcieniu i gadali o rzucaniu butelkami na koncertach.
Dowiedziałem się też z powieszonego na sklepiku ogłoszenia, że w dn. 24-9 IX Chata Socjologa na Otrycie będzie zamknięta, a to z powodu spotkania Klubu Otryckiego, ale to nie miało dla mnie żadnego znacznia i piszę tak tylko na marginesie.
Zebrałem się potem i ruszyłem szosą prosto do Chmiela. Mało uczęszczana droga wspinała się w górę a potem tak sobie idę aż do Chmiela, pod drodze robiąc tylko postój w punkcie z widokiem na progi na Sanie. Progi jak progi, ale widok ładny. Zauważyłem też po drodze zabitą ryjówkę, jedną albo dwie.
Minąłem też przy okazji drogę, wiodącą do Ośrodka Górskiej Turystyki Jeździeckiej (OGTJ) Prezesa, czyli jednego z zakapiorów bieszczadzkich, zajmującego się obecnie urządzaniem konnych wycieczek po górach dla sfrustrowanych prywatnych urzędniczek, zwanych na wyrost buisnesswoman. Panie te nie umieją wytworzyć więzi z innymi ludźmi, bo to takie nienowoczesne, więc nader chętnie otaczają się zwierzętami. Nawet widziałem po drodze dwie takie panie, jadące sobie na konikach. Jak już pisałem - ale może nie wszyscy czytali - dla mnie jest to totalny upadek moralny jeździectwa. No, ale tak to jest, jak coś wartościowego dostanie się w łapy konsumpcjonistycznych pseudoelit. Ja wiem i umiem dużo z różnych dziedzin, i nieraz mnie różni ludzie pytają, czemu na tym nie zarabiam. A ja odpowiadam biblijnym cytatem: "Nie rzucajcie pereł przed wieprze!", i czekam, aż kiedyś pojawią się prawdziwe elity, nie jakieś biznesowe i średnie, średnie nie tylko klasą, ale i umysłem, i nie tylko umysłem, ale i moralnością, i wyrobieniem estetycznym, i paroma jeszcze innymi rzeczami, które teraz nie przyszły mi do głowy.
No, ale wróćmy już do Chmiela, bo już jesteśmy w Chmielu. Wróćmy do tych przeżyć niezbyt radosnych, które na mnie w tej wsi czekały, czekały pewno od dawna, tylko że ja o tym nie wiedziałem. Więc w Chmielu wyszedłem z lasu do wsi i widzę prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy, tandetne domki "ludzi bogatych i nowoczesnych", takie typowe domki z katalogów. Są domki letniskowe oraz ohydna pseudodworkowa willa poniżej szosy, która od biedy mogłaby pasować do podobnych paskudztw pod Warszawą. Wszędzie, oczywiście, tablice: "Teren prywatny - wstęp wzbroniony!". Zaszedłem do sklepu, w którym kupiłem sobie jabłka za 1,37 zł i kliszę do aparatu, i idę dalej. Tak doszedłem do cerkwi, którą sobie oglądam, a obok są jacyś ludzie, którzy też sobie przyjechali oglądać. Ale cerkiew mnie mało zainteresowała - za nowa, za mało klasyczna i zbyt mało wnosząca do mojej wiedzy o naszym dawnym budownictwie drewnianym. Wychodzę z cerkwi i obok widzę tablicę z ofertą sprzedaży, albo raczej wyprzedaży ziemi. Gdzie jeszcze nie ma domku letniskowego ani willi z katalogu, tam trzeba je zbudować...
Zszedłem drogą tuż za cerkwią, mając nadzieję, że ona mnie właśnie doprowadzi nad San. Obawiałem się co prawda, że może ona mnie doprowadzić do jakiejś willi albo domku letniskowego - zresztą jeden było widać tam z dole - ale doszedłem do wniosku, że byłaby o tym jakaś informacja, a poza tym ta droga wydawała mi się trochę za duża. Za domkiem droga zamienia się w ścieżkę, prowadzącą nadrzecznymi zaroślami. Nagle zarośla kończą się i oto otwiera się widok na San, który szumi, przelewając się przez porohy. Na mój widok podrywa się ze skałki przestraszona czapla siwa; zaraz potem zobaczyłem lecącego drugiego takiego ptaka.




1. piosenki Stachury
2. Bóg u Stachury
3. Moda na Stachurę
4. Stachura i życie
5. co po nim pozostało
6. bożyszcze
7. Cała jaskrawość - recenzja
8. biała lokomotywa
9. Poezja jako inspiracja dla muzyków
10. Stachuriada, DK Stokłosy, 2004
11. Spotkanie Z nim będziesz szczęśliwsza, O.K. Arsus, 2010
12. STACHURIADA 2010 w Grochowicach

opowiadania
Bieszczady II
Cudne manowce

wróć