KRZYSZTOF RUTKOWSKI
"ŚMIERĆ W WODZIE" (fragm.)

     (...)
     Edward Stachura zjawił się jako przewodnik pierwszy. Wielu moich rówieśników postrzegało w jego pisaniu i życiu rodzaj świętej księgi, z której wyczytają przepis na szczęście. Złudzenie niebezpieczne, chociaż bardzo piękne, które dzieliłem najszczerzej, bo Stachura mówił o godnym i mocnym rozgoszczeniu się w świecie, silniejszym niż to się śniło ludziom słabej woli. On był stamtąd, gdzie postawił nogę: jako człowiek znikąd, a później już tylko jako Człowiek-Nikt, niewinny czarodziej: w szałasie nad Wisłą, na Rębkowskiej w Warszawie, w Ciechocinku, w pampie, w Newadzie i w Paryżu. Falujący na wietrze, wygnany, w drodze.
     W Świbnie, w leśniczówce, ze Stedem, z Mateuszem Iwaszczyszynem z Olsztyna i Andrzejem Kuczmińskim z Gdańska rąbaliśmy na podwórku drwa. Przybłąkał się pies. Kundel polski, najpiękniejszy przykład rasy. Głodny i zmęczony, z chorą łapą. Najpierw dostał miskę, a potem Sted zawinął go w kurtkę i pobiegliśmy w czwórkę na przystanek, żeby szybko pekaesem do Gdańska, do weterynarza. Kierowca zobaczył psa, wymruczał, że nie wolno. I wtedy wydarzyło się coś, co utkwiło we mnie znakiem. Nikt z nas nie powiedział ani słowa: ani Sted, ani Mateusz, ani Andrzej, ani ja. Powiedział pies: spojrzał na kierowcę, a kierowca popatrzył mu w pysk i umilkł. Jechaliśmy szybko, weterynarz sprawnie opatrzył łapę. Po tygodniu pies ruszył w swoją stronę, Sted w swoją, ja wróciłem do Warszawy. Andrzej dalej rzeźbił w bałtyckim piasku, Mateusz grał na gitarze.

     Pies wybrał nas na opiekunów, bo w miłosnym rytmie podwórkowej siekierezady wyczuł braci: Steda pierwszego. Pies Hermes, Sted - gwiazda. Nie gwiazdor, lecz gwiazda, już wtedy bardzo niespokojnie świecąca, za jasno. Czułem, że idzie, skacząc po górach, nie wiedziałem, że gra za ostro.

     Edward - mówiłem do niego Edward, a nie Sted, może dlatego, że mój ojciec nosił takie imię - pokazał mi, że w uniesieniu można żyć na co dzień, chociaż oczywiście nie mógł powiedzieć, jaką cenę wypada płacić za życie w całej jaskrawości. Jako gówniarz myślałem, że posiądę świat za darmo, dopiero kiedy Edward odszedł, zrozumiałem, że za falowanie na wietrze trzeba słono płacić, nawet jeśli opanuje się po mistrzowsku miłosne techniki żywota, poetykę poezji czynnej.
     Dzięki niemu wpadłem na pierwszy trop i śledzę go starannie, choć - jak to zwykle w życiu - błądzę, kręcę się niekiedy w kółko i kaleczę. Ale na trop, na tropę, wracam wiedziony instynktem i pewno psią gwiazdą.

     To był czas wielkiego zamieszania, niedokładnie zwany czasem "kontrkultury". Czas obcisłych koszul i kloszowatych spodni, pierwszych wtajemniczeń seksualnych tym sympatyczniejszych, że ułatwianych fantazmatami o wolnej miłości. Wydawało się, że ciało i słowo tworzą jedność.
     "Wszystko jest poezją" - to znaczy co? Nasze na ziemi tubycie odczuwanie jako radość. Naczytany filozofami i w gruncie rzeczy próżny, uznawany za "genialnego młodzieńca" o nieskończonych możliwościach intelektualnych, kończyłem studia na warszawskiej polonistyce w błogim przekonaniu, że za chwilę uchylę zasłonę i schwycę Pana Boga za nogi. Pisałem górne eseje o Stachurze, które z dwudziestoletniego oddalenia wcale nie wydają się takie głupie, bo szczere, choć z konieczności - nieco bełkotliwe. Połyskiwały w nich nazwiska Heideggera i Husserla, Bachtina i Emersona, Borgesa i Levi-Straussa przywoływane ku pomocy. Zaciemniały obraz, a ja chciałem wyrazić rzeczy najprostsze, których wtedy wyrazić nie potrafiłem.
     Na szczęście już wtedy zdałem sobie wyraźnie sprawę z istnienia takich form poezji, które literaturę przekraczają, a nawet mogą pisanie wykluczać. Że poezja potrafi przejawiać się działaniem, czyli być sposobem życia.

     W roku 1979, zaraz po śmierci Edwarda, zaczęliśmy z Henrykiem Berezą i Ziemowitem Fedeckim przygotowywać "dżinsowe" wydanie jego utworów. We wstępie udało mi się wyrwać z trzewi kilka zdań, które powtarzam bez zażenowania: "Czy za pomocą literatury można zdać sprawę z przeżycia codzienności, dokładniej: z odkrywania codzienności, każdej chwili, najmniejszej drobiny istnienia? Czy literatura, słowo napisane, opis, opowiadanie jest odpowiednim sposobem i skutecznym narzędziem takiego działania-odkrywania?
     Odpowiedź brzmiała: tak. [...] Nie ma właściwe szczeliny między światem a słowem o nim [...]. To słowo jest światem i świat jest slowem: tajemniczym, wielkim i nierozpoznawalnym. Dlatego też trzeba koniecznie zapisywać wszystko, co się myśli, mówi i słyszy. Najlepiej byłoby zapisywać i utrwalać słowa nie tylko wtedy, gdy się jest w drodze, ale także wtedy, gdy się śpi. Ale nadążyć z pisaniem za życia nie można. W brulionach Stachury znajdują się notatki mówiące o tym, że pociąg, w którym je sporządzał, bardzo trzęsie na rozjazdach. To prawda: każda litera w nich rozedrgana, jakby chora na febrę [...].
     Mylny to pogląd, że Stachura był kimś w rodzaju "artysty-prymitywisty" i skoro "przepisywał z powietrza", to nie musiał pracować nad zapisanym, wymówionym lub posłyszanym słowem. Nic bardziej błędnego. Każde zdanie kosztowało go niesłychanie dużo, ponieważ musiało być bezwzględnie prawdziwe.
     Pojawił się oto najbardziej materialny i zarazem idealistyczny projekt "poezji czynnej" od czasów tajemniczego wyzwania rzuconego przez Mickiewicza literaturze i słowu pisanemu w ogólności".
     Edward Stachura naprowadził mnie przed blisko ćwierćwieczem na Mickiewicza. Upłynęło wiele czasu, zanim zdałem sobie sprawę z mocy tego wyzwania.
     (...)

powrót