Pogodzić się ze światem
(1979)

Fragment...
28 maja 1979
    (...) Matka mówi, że to czat mnie opętał i żebym po tym wszystkim, co przeszedłem, poszedł do spowiedzi. Mówię, że jestem dobry człowiek i że zawsze byłem, może aż nawet nienormalnie dobry. Wiara w Boga mojej matki i moja tęsknota to jest to samo. Wspólną nazwą byłoby zaufanie.
    Cały dzień gra w kuchni na stole radyjko tranzystorowe i już nie drażni mnie muzyka rozrywkowa oraz teksty piosenek, komentarze prezenterów i temu podobne. Głos ludzki tchnie ciepłem, a ja jestem w środku cały zmarznięty, cały jakiś oblodzony, jakbym połknął wielki lodowy sopel.
    Matka siedzi na kanapce w kuchni i ceruje mi koszulę i piżamę, a ja siedzę przy stole i piszę niezgrabnie i powoli, litera po literze, tą moją lewą ręką, co mi została. Udaje mi się usiedzieć dłuższy czas na jednym miejscu bez paniki. To wyraźna zmiana na lepsze, na mniej straszne.
    Z matką czuję się bezpiecznie. Bezpiecznie się czuję z nią, dopiero coś utracić, żeby to coś docenić? Waldek, chłopak, którego moja matka najmuje do dorywczych prac, którym sama nie może podołać, jak na przykład rąbanie drzewa - zbił klatkę dla królicy. Przytrzymywałem mu kantówki i deski, kiedy ciął. Ale beze mnie oczywiście też by sobie poradził.

    Dwa lata temu, na początku 77 straciłem bezboleśnie Wszystko. Wkrótce potem otrzymałem nowe Wszystko. Byłem na wielkiej górze. Trwało to ponad dwa lata. Wtedy się napisało Fabula rasa (rzecz o egoizmie) oraz drugi tekst pod tytułem Oto. Mówię: się napisało, a nie: napisałem, bo to tak, jakbym nie ja to napisał, ale ktoś inny. Ten ktoś inny nazwał siebie człowiekiem-nikt. Ja nim byłem i zarazem nim nie byłem. Nie mogę tego inaczej powiedzieć. W końcu marca i w pierwszych dniach kwietnia zaczęły dziać się ze mną niesamowite rzeczy. W trakcie tego najechał mnie pociąg czy sama lokomotywa, nie wiem tego dotąd. W karcie informacyjnej, którą widziałem w szpitalu, pisało: potrącony przez elektrowóz, nie przez pociąg.
    Znowu utraciłem Wszystko, ale tym razem nieopisanie boleśnie. I tak trwa od prawie dwóch miesięcy. Jestem jakby pozbawiony zmysłów. Uczę się smakować to, co widzę, słyszę, dotykam, to, co jem, to, co tu teraz piszę. Uczę się też ubierać jedną ręką. Kciuk, który jako jedyny palec ostał się z prawej dłoni, jakże okazuje się pomocny. Przy wielu czynnościach prawie zastępuje dłoń drugiego człowieka. Wyszło słońce. Matka poszła gracować warzywa. Nad stawem ja narwałem koszyk trawy z koniczyną dla królików. Przed dziewiątą pójdę po mleko do państwa Beltrów. Kończy się dzień. Dużo dzisiaj napisałem. Moje leworęczne pismo staje się czytelniejsze.

Powrót