Historia pewnego przekładu

I

     Zacznę klasycznie, choć nie tyle antycznie, co średniowiecznie. Jak minstrele we Francji tych czasów, truwerzy na północy, trubadurzy na południu, przybywający skądś tam, z drogi (która jest najpiękniejszym, bo co krok i wiecznym odkładaniem samobójstwa) na zamki mażnych i tam, wieczorem, spocząwszy przedtem nieco i spożywszy posiłek, występujący z lutnią przed słuchaczami: "Miłościwe Panie, miłościwi Panowie, zechciejcie, proszę, posłuchać historii o życiu i śmierci" - pewnego przekładu.
     W ubiegłym roku zwróciło się do mnie Wydawnictwo Literacki z miasta Krakowa z propozycją przełożenia na język polski wierszy i "prosas" Jorge Luis Borgesa z tomu Nuvea Antologia Personal. Przypadkowo był w moim zwanym posiadaniu egzemplarz tej ksiązki, wydany w 1968 r. przez Siglo XXI Editores w Meksyku, gdzie go właśnie zakupiłem w księgarni uniwersyteckiej UNAM (z 15 proc. zniżką) i przywiozłem ze sobą do Polski. Podpisawszy umowę, zabrałem się wolniutko do roboty. Gdzieś w środku roku przesłałem wydawnictwu pierwszą porcję przekładów. Niedługo potem otrzymałem zwrot przekładów z uwagami Recenzenta. Recenzja zaczynała się tak: "Tłumaczenie wierszy J.L. Borgesa autorstwa p. Stachury cechuje się dużą wiernością w stosunku do tekstu oryginału; autor przekazuje całą treść dyskursywną, którą niesie cały tekst pierwotny. Jest to o tyle istotne, że poezja Borgesa posiada charakter wyraźnie intelektualny, przeto wszelkie opuszczenie czy próby tworzenia obrazów ekwiwalentnych w sposób nieunikniony zubożyłby ją i zdeformowały.
     Nieco inaczej wygląda sprawa od strony formalnej. Tu już tłumacz pozwolił sobie na większe stosunkowo odstępstwa od tekstu oryginalnego". Po czym następował szereg uwag dotyczących strony formalnej przekłądów.
     Zakończenie recenzji brzmiało następująco: "Pomimo te uwagi uważam jednakowoż, że przekłądy p. Stachury są bardzo dobre. Zwłaszcza w przypadku tej poezji rygoryzm formalny wydaje mi się wtórnie ważny wobec wierności warstwie dyskursywnej i - co najważniejsze - ładunkowi poetyckiemu. Jest kilka szegółów, które zaznaczyłem w redakcji, a które moim zdaniem nie całkiem <<grają>>. Gdyby tłumacz przemyślał tych kilka drobiazgów, uznał za stosowne je zmienić i gdyby mu się to udało, sądzę, że jego przekład jeszcze o krok zbliżyłby się do ideału".
     Prawie wszystkie uwagi Recenzenta były bardzo trafne i w myśl tych uwag wniosłem poprawki do przekładów. W styczniu tego roku (z lekkim opóźnieniem, wynikłym z tego, że zapędziłem się, zagalopowałem się nie w tym kierunku, w którym dokonawszy wyboru, galopować postanowiłem, i wspaniale zasłużona spotkałą mnie kara: znalazłem się w łożu na korytarzu, z braku miejsc w sali, pewnego szpitala, a po wyjściu ze szpitala jakiś czas trwało, nim odzyskałem siły) - przesłałem do wydawnictwa całość pracy z gorącą prośbą o przekazanie jej temu samemu Recenzentowi, który na pewno, podobnie jak za pierwszym razem, bardzo sumiennie i starannie prześledzi moje przekłady i na wszelkie błędy, i niezręczności zwróci mi uwagę. Napisałem też, że mam nadzieję, że w tych nowych przekładach i w tych poprawionych zbliżyłem się "jeszcze o krok do ideału". W ogóle cieszyłem się, że z pomocą tak wnikliwego krytyka i znawcy przedmiotu udostępnię może polskiemu czytelnikowi niektóre bardzo mało u nas znane lub wcale nie znane wspaniałości poezji Ameryki Hiszpańskiej (Siostra Juana Ines de la Cruz, Ruben Dario, Ramon Lopez Velarde, Cesar Vallejo, Nicanor Parra, Nicolas Guillen, Carlos Pellicer, Jose Lezama Lima, Octavio Paz i kilku młodych).
     Po pewnym czasie otrzymałem zwrot przekładów z obszerną recenzją. Ton tej drugiej był mniej pozytywny od tomu tej pierwszej. Oto fragment: "Odnoszę bowiem wrażenie, że niektóre z Pańskich przekładów są mniej dopracowane niż owa próbka, którą nam Pan był nadesłał i na podstawie której wyrobiłem sobie tak pozytywną opinię na temat Pańskiej szyki translatorskiej. Z drugiej strony niektóre wiersze i fragmenty (np. Jonathas Edwards, Morze, fragm. Golema, fragm. Mitycznego założenia Buenos Aires etc.) przekonują mnie, że potrafi Pan wykonać przekłąd na wysokim poziomie artystycznym. Tymczasem jednak (...)" Uwag Recenzenta było mnóstwo. Nie było właściwie ani jednej strony, na marginesie której nie widniałyby ślady ołówka. Zrobiło mi się głupio (przypomniałem sobie o moim liście do wydawnictwa, w którym wyraziłem nadzieję, że w tych nawych przedładach i w tych poprawionych zbliżyłem się "jeszcze o krok do ideału" i że mój Recenzent będzie chyba bardzo zadowolony; pamiętając dobrze o bardzo trafnych uwagach z pierwszej recenzji moich przekładów, zaimponowała mi znajomość przedniotu tego pana i miałem nadzieję sprawić mu satysfakcję; żywię prawie bałowchwalczy szacunek do fachowców). Było mi prawie przykro, że zawiodłem, ale czy to możliwe, żeby aż w taki stopniu? Zaobaczymy. W wielu miejscach recenzent wytknął mi niezręczności i niepoprawności z domeny gramatyki języka polskiego, w której wiem, nie jestem, mówiąc łagodnie, orłem. Z językiem poskiem zetkąłem się dopiero w dwunastym roku życia. Polską Szkołę Polstawową przeleciałem w trzy lata dzięki mojej wyniesionej ze szkoły francuskiej wiedzy arytmetycznej, ale też to przeskakiwanie z klasy do klasy odbiło się ujemnie na mojej znajomości gramatyki języka polskiego, której reguł już sobie nigdy dobrze nie przyswoiłem. Ale jednocześnie ja właśnie (pomimo nieznajomości kilku czy kilkunastu reguł gramatyki) pokazałem w moich chyba złośliwie nie wznawianych książkach (nadejdą dla nich lepsze czasy), jakie niezwykłości można osiągnąć w języku polskim. Te dokonania na pewno będą kiedyś zauważone. (A nie napomykam o treści) Mnie to szczerzse mówiąc, i bardzo bym sobie życzył, by nie zabramiało to niewłaściwie - niewiele wzrusza. W całej rozciągłości czasu i przestrzeni wystarczy mi własne o tym przekonanie.
     Wracam o uwag Recenzenta dotyczących moich przekładów Borgesa. Recenzent najsłuszniej wytknął mi niedopracowanie niektórych tekstów. Istotnie, dwie "milongi" bardzo rygorystyczne rormalnie przepuściłem przez palce, naglony o pośpiech telegramem z wydawnictwa. Zasiadłem do nich z mocnym postanowieniem oddania w języku polskim ich formalnego rygoru i przez kilkadziesiąt godzin nie poniechałem pracy, dopuki nie uzyskałem tego, co zamierzyłem. Recenzent wytknął mi także kilka filogicznych błędów, w tej liczbie błędy tak jaskrawe, jak to, że tłumaczę "lis", zamiast "wilk" lub "kamienne miecze", zamiast "żelazne miecze", lub że opuszczam w jednym wierszu jedną linijkę, a w drugim (nie wiem, jak to się mogło stać) aż trzy linijki. Ale te błędy nie wynikają przecież z nieznajomości języka hiszpańskiego - bo wiem, że "lobo" to nie "zorro" i że "espadas de hierro" to nie "espadas de piedra", lecz z pośpiechu, krańcowego nierzadko przemęczenia lub karygodnego gapiostwa, lub częściowych zaćmień umysłu, które zdarzają się, nawet całkowite zaćmienia umysłu, zwłaszcza po wielogodzinnej pracy, zwłąszcza już nad ranem, kiedy na przykłąd wiązka wstającego światłą (przepraszam Cię, wstające światło, za ten zaćmieniowy kontrast) zakłuje niespodzianie w oczy lub ozwie się za oknem świergot pierwszego ptaka, lub gwizdanie właściciela psa, który tego psa, a przy sposobności i siebie, wyprowadził na poranny spacer i tak dalej, i tak dalej, i podnosimy znad stołu głowę, i patrzymy za okno, i uwaga nasza zostanie odwrócona na chwilkę od pracy, że tak się wrażę, piśmienniczo-ślęczycielskiej, a zwrócona w inną stronę, i to nie musi, ale może spowodować coś tak dziwnego, jak to, że na przykład opuści się aż trzy linijki tłumaczonego tekstu, ale przecież nie dlatego, że się nie umie ich przełożyć, więc bandycko opuszcza. Te błędy to są przedszkolne błędy i nie kosztuje wielkiego wysiłku dostrzeżnie ich i usunięcie przed oddaniem książki do składu. A pomiędzy złożoną książką i jej wydrukowaniem jest jeszcze pierwsza korekta i druga korekta. To wszystko oczywiście tych błędów nie usprawiedliwia. To po co o tym mówię? Po to chociażby, żeby móc teraz powiedzieć, że nie jestem nieomylny i prawdopodobnie nigdy nie będę, ale powiem teraz, że nie bardzo mnie to martwi, a wręcz cieszy mnie (błędy trzeba popełniać - kategorycznie zauważa Andrzej Moszczyński, i wydaje mi się, że sięgam myślą tak daleko, jak on), co jednakże nie oznacza tego, że nie będę dalej niezłomnie dążył do doskonalenia mojej ciekawości świata, również tego zawartego w słowach i budowlach słownych języka hiszpańskiego, budowlach nakrozwaitszych i na najrozmaitrze sposoby stawianych rękami takich ludzi, jak: Bernardino de Sahagun, Cervantes, Góngora, Calixto Bustamante Carlos Inca, Domoningo Faustino Sarmiento, Simon Bolivar (nim stał się dyktatorem, choć może tego nie chciał), Jose Marti, Horacio Quiroga, Jose Revueltas, Che Guevara (który nie stał się dyktatorem), Juan Carlos Onetti, Jose Lezama Lima, Jorge Luis Borges i wielu innych.
     Obok najsłuszniejszych w świecie uwag, w myśl których dokonałem poprawek w przekładach ku ich wyraźnemu pożytkowi, było mnóstwo innych (dotyczących zwłaszcza warsztatu poetyckiego, ale nie tylko), których nie mogłem uznać za trafne, to znaczy ja, człowiek taki i taki, przeżywawszy w życiu to i to i wyniósłszy ze szkól i ze szkół życia, i ze szkół osobistych nauki takie a takie, oceniłem te uwagi jako nietrafne. W takich razach jak konflikt czy uprzejma niezgodność dwóch subiektywnych ocen dwóch osób odnośnie jednego przedmiotu zainteresowania (zakładając, że obie osoby są w tym przedmiocie fachowcami) - zarówno pierwsza osoba, jak i druga może mniemać, że to właśnie jej subiektywna ocena jest jednocześnie zbliżoną do tak zwanej oceny prawdziwej. Recenzent może mniemać, że jego subiektywna ocena jest jednocześnie oceną obiektywną. Ja mogę mniemać, że moja.
     To powiedziawszy i w taki sposób, jak nakazała mi w tym punkcie Muza Wszelkiej Delikatności (po krótkiej, zwycięskiej potyczce z Demonem Wszelkiej Niedelikatności), trudno mi wszyakże nie dodać, że ja napisałem w życiu trochę wierszy, o czym Recenzent widocznie nie wie, gdyż przypuszczam, że wtedy, być może ,zawierzyłby tu i tam mojej fachowości w domenie warsztatu poetyckiego.
     Napisałem w życiu trochę wierszy i jakie by to wiersze nie były (czas ma to do siebie, że takie rzeczy pokazywał, pokazuje i będzie pokazywać) to spędzone nad kartką papieru noce i dnie, które mierzą się już tysiącami, czegoś tam musiały mnie nauczyć. Nie podaję tego jako argumentu niepodważalnie przemawiającego na korzyść mojej fachowości w domenie tak zwanego warsztatu poetyckiego (można przez całe życie robić jakąś rzecz i robić ją do końca źle). Jest to po prostu wyrażenie głębokiego przekonania, że te noce i dnie nad kartką papieru czegoś mnie nauczyły. Więcej powiem w tym względzie, gdy zajdzie potrzeba i gdy mi na to zezwoli Muza Wszelkiej Delikatności.
     Nie ulega wątpliwości, że pozczarowaliśmy się do siebie wzajemnie: Recenzent i ja. Tak to już przeważnei z życiu bywa, ale na szczęście nie zawsze. Tak więc bardzo wielu uwag Recenzenta dotyczących warsztatu poetyckiego nie przyjąłem. Napisałem mu, że nasze słuchy poetyckie różnią się, ale przecież ja te przekłady podpisuję własnym, nie cudzym, nazwiskiem i ten podpis o moim, nie cudzym, słuchu poetyckim będzie świadczyć. Przy innych nie przyjętych przeze mnie uwagach wypisałem cały szereg wyjaśnień i kontrargumentów. Myślałem, że moim zdadaniem jest tłumaczyć, a nie tłumaczyć dlaczego tak, nie inaczej, tłumaczę. Jeszcze spotkałem się z Sergio Pitolem - pisarzem meksykańskim i pracownikiem ambasady tego kraju w Warszawie w celu rozwiania niektórych wątpliwości filologicznych, jeszcze spotkałem się z Wacławem Tkaczukiem - poetą, krytykiem i polonistą i przejrzeliśmy tekst po tekście, wszystkie przekłady, i wreszcie zapakowałem całą robotę, i wysłałem ekspresem do wydawnictwa. Potem ległem spać i przez około dwadzieścia godzin nie wiedziałem, co się dzieje na świecie. Potem wstałem, zapakowałem chlebaki i ruszyłem w drogę szczęśliwy, że wydostałem się wreszcie z labiryntów Borgesa, do których w kaiś sposób (że posłużę się jednym z ulubionych Borgesowskich zwrotów) bardzo się przywiązałem, dosłownie i w przenośni, ale też już bardzo chciałem się z nich wyplątać między innymi dlatego, żeby móc w inne labirynty się zaplątać.
     W Kołobrzegu mgła. Gdzieś z pełnego morza nostalgicznie buczą syreny statków. Pod wieczór mewy, znużone może, te nieznużone ptaki, całodziennym poruszaniem się po trzech żywiołach: ziemi, wodzie i powietrzu - obsiadły wielolicznie lewy falochron wejścia do portu. Światło morskiej latarni całą noc próbowało przebić się przez ciemności i mgłę.B
     W drodze z Chojnic do Tucholi odkryłem przypadkowo nieznaną mi kieszeń w bluzie, którą noszę już, ile? Osiem miesięcy! Zachwycony byłem tym odkryciem.

W tucholi w kawiarni pod tytułem "Wszos"
wrzosem dosłownym pachniał mi niezłomny los

     W Grudziądzu - nocne wyprawy nad Wisłę, schodząc z wysokiej skarpy Kępy Fortecznej między onnymi tymi schodami, u szczytu których wmurowana jest tablica o treści głoszącej, co następuje:

22 czerwca 1927 r. u brzegu Wisły
zatrzymał się na jedną noc
statek wiozący trumnę z prochami
JULIUSZA SŁOWACKIEGO
Na pamiątkę tego wydarzenia
społeczeństwo Grudziądza
składa hołd prochom Poety

Tablicę zniszczoną przez okupanta
zrefundowano w 1958 r.

     Noce, ach, noce, więc noce były niebywale gwieździste. Chmura ani jedna nie przesłaniała widoku nad widoki. Którejś nocy olśniewający meteoryt przemknął przez niebo lotem ukośnie w dół i zgasł w powietrzu. Wyglądało to zupełnie jak jest malowane na bożonarodzeniowych świętych obrazkach. Identycznie. Którejś innej nocy oglądałem w grudziądzkim planetarium Księżyc i planetę Saturn przez lunetę 130 razy przybliżającą. Miało właśnie nastąpić tej nocy zakrycie Saturna przez Księżyc. Oglądaliśmy potem to zjawisko gołym okiem znad brzegu Wisły. Którejś jeszcze innej nocy, już nad ranem, wykryliśmy w Włodkiem szczura na strychu naszego domostwa. Z latarką urządziliśmy na niego polowanie. Włodek wypłoszył go miotłą ze szpary między murem a belką dachu, a ja, kiedy wyskoczył, trafiłem go bambusowym kijkiem. Bestia, widząc, że jest bez wyjścia, ruszyła szalonym rozumnym atakiem prosto na mnie, ale udało mi się, kiedy była blisko, uskoczyć w bok i celnie uderzyć.
     Dni, ach, dni, więc dni były niebywale słoneczne. Chmura ani jedna nie przesłaniała widoku nad widoki. Jak mówi szerucki, dni były "że tylko kręcić głową. Bez skazy. Na niebie działo się ciś cudownego. Po wschodniej stronie i jakby niedostrzegalnie wznosząc się półkolem - stała jakaś ognista kula, rzucając blask. Blask ten pod promienistą postacią ciepły był. (...) Staliśmy przed słońcem na kolanach".
     Kiedy po dwóch tygodniach przybyłem do stolicy, gdzie zawsze są jakieś sprawy do załatwienia - czekały na mnie m.in. dwa listy z wydawnictwa. Pierwszy z datą 23 lutego 1974. "Rozumiem bardzo dobrze, iż specyficzna sytuacja, w jakiej kończył Pan opracowanie dla nas przekładów wierszy Borgesa, mogła ujemnie wpłynąć zarówno na terminowość, jak i sam przekłąd. Ponieważ mamy bardzo mało już czasu, proponowałbym, aby zechciał Pan zaufać Redakcji, gdyż jesteśmy w takim samym stopniu jak Pan zainteresowani tą sprawą, i udzielić nam carte blanche w ustaleniu ostattecznej redakcji tekstu. Dzielą już nas tylko bardzo małe różnice, jeśli chodzi o walor filologiczny przekładu (podkr. moje - E.S.), a Pan Woźniakowski był dostatecznie długo w Hiszpanii, aby można było mu spokojnie zawierzyć. Równocześnie nie chcąc nic uronić, a przeciwnie - uwypuklić wartości poetyckie przekładu, powierzyliśmy p. Ewie Lipskiej pieczę nad Pana tekstem. Ponieważ przyjęcie przez Redakcję tekstu i wypłacenie honorarium jest zawsze związane z ostatecznym uzgodnieniem z autorem propozycji zmian redakcyjnych, mielibyśmy w ten sposób ręce rozwiązane i moglibyśmy podpisać protokół kwalifikacyjny oraz umieścić wypłatę dla Pana na połowę marca".
     Uświadomiłem sobie, że pani Ewa Lipska to młoda poetka. Nie bardzo pojmowałem, dlaczego powierzono jej pieczę nad moimi tekstami, a już zupełnie nie potrafiłem sobie wyobrazić, w jaki sposób pani Ewa Lipska mogłaby "nic nie uronić, a przeciwnie - uwypuklić wartości poetyckie przekładu". Nie pojmowałem też, dlaczego wydawnictwo w tej sytuacji, w której "dzielą już nas tylko bardzo małe różnice, jeśli chodzi o walor filologiczny przekładu", nie prosi mnie o przyjazd do Krakowa na rozmowę z Kompetentną Osobą odnośnie tych "bardzo małych różnic". Może nie mają tak zwanych funduszy na zwrot kosztów przejazdy dla autorów. Ale ja mogę śmiało przyejchać na koszt własny. Mam pieniądze na przejazd, a gdybym ich nei miał, to mam swoje sposoby pokonywania takich odległości, jak to pomiędzy Warszawą a Krakowem i z powrotem, nie za 250 złotych - ale za dwie dziesiąte, jedną dziesiątą tej sumy, a w ostateczności i bez złamanego grosza. Pojadę do Krakowa, pomyślałem sobie. Jutro rano. Od dawna tam się wybierałem, żeby odwiedzić Janosza Andermana i Wacława Potoczka. Przy okazji wdepnę do wydawnictwa. Poznam mojego Recenzenta (bo nie ma to jak popatrzeć na człowieka), z którym, wierzę, wyjaśnimy sobie wiele spraw, może nie wszystkie, alo może wiele albo przynajmniej niektóre, te najważneijsze, i może okaże się, że nasze rozczarowanie sobą jest mniejsze, niż się to wydaje. Tak jest. Jutro jadę do Krakowa. Bo poza tym nie pojmowałem, jakim prawem mógłbym podpisać moim nazwiskiem (w wypadku udzielenia wydawnictwu carte blanche na ostateczną redakcję przekłądów) nie moje zdania, zwroty, określenia czy choćby jedno tylko słowo. Inna to sprawa, kiedy np. funkcjonariusz milicji spisuje moją wersję bójki czy innego konfliktowego zajścia, które mu opowiadam, i potem podsuwa mi ten swój tekst do podpisania. Ja czytam, fakty się zgadzają, podpisuję. Bo chodzi tu o fakty, kótre podaję, a nie o sposób ich formowania przez funkcjonariusza milicji. Wiadaomo, że raport pisał milicjant, a mój pod tym podpis jest świadectwem tego, że ów opis mojej relacji przeczytałem i fakty przeze mnie podane zostały zanotowane, nie przeinaczone i do tychże nie dodano przypadkiem czegoś, czego nie mówiłem. Takie przynajmniej są moje doświadczenia w tej domenie.
     Lecz oto otwieram drugi list z datą 27 lutego 1974 r. Coup de theatre! List jest króciutki i podaję go w całości:

     "Szanowny Panie,
     z wielką przykrością powiadamiamy, iż po zapoznaniu się z dodatkowymi opiniami na temat Pańskich przekładów poetyckich Borgesa nie widzimy możliwości przyjęcia ich do wydania w obecnej ich wersji.
     W osobnym liście ustosunkujemy się do tej sprawy bardziej szczegółowo i wyjaśnimy, które z przekładów po naszej redakcji moglibyśmy zaakceptować do druku.
                                                            Łączymy wyrazy poważania".

     Nie wierzyłem własnym oczom, jak to się mówi. Zgłupiałem doszczętnie. Kiedy po chwili z lekka ocknąłem się z odrętwienia, skreśliłem do wydawnictwa kilka słów: "Tymczasem proszę przyjąć wyrazy mojego NAJWYŻSZEGO ZDUMIENIA". Po czym udałem się do moich milczących przyjaciół, szczątków kamiennych posągów dziwnych rycerzy pod mostem Kierbedzia na Mariensztacie, gdize przebywając w stolicy, zwykłem chodzić w chwilach szczególnie dla mnie niezrozumiałych wydarzeń. Oparłem się o plecy rycerza i wypaliłem kilka, jeden po drugim, papierosów, przychodząc po rozum do głowy, ale nijak nie udało mi się zorientować, o co tu chodzi w tym całym pakiecie nut.
     Decyzja wudawnistwa była dla mnie w najwyższym stopniu niezrozumiała, wręcz paradoksalna. Nie mogłoem tego inaczej osądzić. Po pierwszej porcji przesłanych wydawnictwu przekładów pisze się do mnie o "zbliżeniu do ideału", potem druga recenzja mniej entucjastyczna, ale też, że potradię "wykonać przekłąd na wysokim poziomie artystycznym", potem ja poprawiam przekłady i otrzymuję na to list, w którym widnieje: "Dzielą już nas tylko bardzo małe różnice, jeśli chodzi o walor filologiczny przekładu", wreszcie list datowany cztery dni później, w którym: "nie widzimy możliwości przyjęcia przekładów w obecnej ich wersji".
     Może ja po drugiej recenzji zamiast udoskonalić przekłady, poharatałem je w beznadzienym stylu? Może zamiast ewentualnie "zbliżyć się do ideału", oddaliłem się od niego na horrendalną odległość? Nie, tak nie pomyślałem, bo to by świadczyło o tym, że jestem chyba niepoczytalny. Niemniej posiadane kopie przekładów raz jeszcze przejrzałem (dzięki czemu wpadło mi do głowy jeszcze kilka drobnych udoskonaleń), porównałem je z oryginałami Borgesa i "por Dios que Si" - to jest piękny kawałek roboty. Uznałem, że jeżeli zobaczę po raz drugi starego Borgesa (widziałem Go w Paryżu w końcu 1964 r.), to mogę śmiało się przed nim pochwalić. Przy okazji opowiem mu tę całą historię. Historię o życiu, ale nie śmierci - pewnego przekłądu. Bo (niezależnie od tego, jak potoczy się dalszy ciąg tej historii) ja te przekłądy na pewno w książce wydrukuję. Na przykład, jak to się praktykuje, do jakiejś własnej książki je dołączę z przypiskiem: teksty odrzucone przez Redakcję Przekładów Wyd. Literackiego w Krakowie. A przedtem je wydrukuję w prasie. Wszystkie. Już wydrukowałem więcej niż połowę tych tekstów (pozostałe drukują w najbliższych swoich numerach "Twórczość" i "Tygodnik Kulturalny"). Między innymi w "Literaturze" wydrukowałem czternaście sonetów (czternaście, bo ta liczba wydała mi się okrągła przy 14-linijkowym sonecie). Proszę bardzo, niech wypowiedzą się tłumacze i nietłumacze znający język hiszpański na temat ich wierności z oryginałami Borgesa. Proszę bardzo, niech wypowiedzą się na temat ich polskiego brzmienia, ich struktury (czyli tego, co Andrzej Moszczyński nazywa czytelnością), ich walorów poetyckich lub braku tych walorów - poeci i znawcy przedmiotu, po wiarygodnym ustaleniu, że są to wiersze Borgesa, nie moje. PRzecież to jest rzecz chyba łatwa do rozstrzygnięcia. To nie jest kwadratura koła czy wyprowadzenie dowodu (dotychczas nie wyprowadzanego) na Twierdzenie Fermata. To jest rzecz tak prosta jak kilkaset metrów mostu grudziądzkiego, że posłużę się zwrotem Włodka Antkowiaka.
     Oczywiście, że ktoś inny przełożyłby te teksty inaczej. To jest normalne. Nie mówię, że przełożyłby je inaczej gorzej. Czy inaczej lepiej? Możliwe. Nie wiem. Musiałbym te przekłady zobaczyć przed pogratulowaniem tłumaczowi lepszej od mojej roboty. Więc nie wiem. Wiem, że co do mnie, to muszę wyznać, że zrobiłem chyba wszystko, na co mnie było stać (pewnie drobne udoskonalenia, być może, mógłbym jeszcze wytropić).
     Nie zależy mi na wydrukowaniu tych przekładów w Wydawnictwie Literackim. Redakcja Przekładów tego wydawnictwa ostatnią swoją decyzją podupadła w moich oczach na zdrowiu powagi. Podupadła na zdrowiu powagi i podupadła na zdrowiu humorystyki. Bo ten numer, który mi wykręca, jest ani poważny, ani humorystyczny. Jest, powiedzmy, niepoważny i niehumorystyczny.
     Jest tu jeszcze w tej sprawie kilka momentów, których już nie poruszę, bo czuję, że Muza Wszelkiej Delikatności zaczyna tracić pole na rzecz Demona Wszelkiej Niedelikatności.
     Miłościwe Panie, Miłościwi Panowie, diękuję za to, że cierpliwie lub niecierpliwie wysłuchaliście tej (w mojej wersji) historii o życiu, ale nie śmierci - pewnego przekładu. Zakończę ją też klasycznie (bo z przesłąniem), choć nie tyle antycznie ani średniowiecznie, co nowożytnie: kiedy jestem na przykłąd w melinie, gdzie zbiera się rozmaity tak zwany podejrzany element: kwiatki, ptaszki, półptaszki, wirażki, czerwone olki, bracia atramentu, i tak dalek, i tak dalej, i gdzie pije się wódkę i gra się w kręciołka, baka, derdę, sztosa, dziesiątkę, czternastkę i w krótkiego, czylo w pokera nie na zapałki, guziki, bęcle, łzy i duszę nieśmiertelną - to ja wiem mneij więcej, czego mogę się spodziewać, wiem mniej więcej, że z tego, co się może tam wydarzyć, niewiele może mnie absolutnie zadziwić; kiedy natomiast mam do czynienia z ludźmi diametralnie innymi, z którymi arcydzielnie w moim przekonaniu współpracuję, wymieniając z nimi wiersze Borgesa i elegancką korespondencję - to myślałem, że też mogę mniej więcej wiedzieć, czego się spodziewać. Jeszcze jeden błąd. I dobrze.
     Przesłanie I: Sporzewać się wszystkiego. Na przykład tego, że zawieruszywszy się w najbliższym czasie do meliny, któryś z graczy ozwie się do mnie, stąd i zowąd, po hiszpańsku = Acabo de regresar de Buenos Aires. Alla todos comentan que es una majaderia lo de la Editorial de Cracovia; Se dice que tus traduccciones de Borges son hermosisimas y admirablemente fieles. En cuant a mi te quisiera recordar ese fragmento de tu poema A traves del jardin que devore la langosta:

Ah, este sentido del humor!
los franceses dicen:
- oye, ve a ver si estoy en la cantina
donde estoy los dias!

Y en nustro pais?

en nuestro pais
un vivero para los peces establezca
el comandante de los bomberos
en el deposito del agua contra incendios
Es un escandalo!
Si, hombre,
pero esas carpas
ah como se contoneaban ociosamente
asi grasosas criaturas garto sonolientas
ante el espejo por la manana bostezan como dragones.

     Przesłanie II:

Jeden jest jeden, czyli
wszystko jest jeden.


     (...)
kilka przekładów

Powrót