Cała jaskrawość
(1969)Fragment...
- Jakoś te dni coraz krótsze – powiedziała stara Taborska.
Okutana w wielką chustę siedziała prosto, ręce na trzymanej między nogami sękatej lasce, na krzywuli, opierając.
- Jesień – mówię. – Będą coraz krótsze.
- Nie, panie. To nie to. To swoją drogą. Ale dawni, to człowiek wstoł, zrobił to, zrobił tamto i jeszcze było gdzie do południa. A na wieczór żeby przyszedł, to się czekało i czekało het.
- To jest prowda, horynda – zauważyła Potęgowa. – Tak było.
- Mówiom – ciągnęła dalej stara Taborska – że w kościele lampa oliwna, co to się dawni poliła dwadzieścia cztery godzin, tero poli się dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć godzin. Czyli to będzie, że dziń się skóńczył, a ona się jeszcze poli dwie godziny. Czyli to będzie, że dziń dawni o te dwie godziny dłuższy był, panie.
- Tak wychodzi – mówię. – Tak wychodzi albo oliwa tera lepsza, gęstszejsza i ta sama porcja, co się dawni paliła dwadzieścia cztery godziny, tera pali się dwadzieścia sześć godzin.
- E, chyba że nie to, panie. Chyba że nie to – kiwała głową stara Taborska.
- No, Mania – rzekła do Potęgowej. – Pójdzim powoli.
- Pójdzim – powiedziała Potęgowa. – Chłopoki. Na piecu zupa jesta. Podgrzyjta i zjydzta. My idzim na pustom noc do Sutego. Siedźta i sprawujta się. Jakbyśta spać szli na górę, to zamknijta drzwi ze dworu na kłódke i klucz zostawta na oknie.
- Suty umarł? – spytałem.
- Hy?
- Suty umarł?
- Adyć wczoraj bidok skónał. Dzisiej pusto noc. Lepi, bo już tak się męczył, to i lepi.
Założyła na głowę inną, ładniejszą czarną chustę, włożyła serdak i poszły. Witek podał mi papierosa, zapaliliśmy i tak siedzieliśmy jakiś czas bez ruchu, cicho, z wyciągniętymi przed siebie nogami. Przedtem podkręciłem lekko głośnik, muzyka była, i tak siedzieliśmy jakiś czas bez ruchu, cicho, z wyciągniętymi przed siebie nogami. Muzyka była ładna. Miękka. Tak mi się jakoś ją słuchało, jakby była ze szkła. Niedotykalnie. I niedotykalne, nietykalne stało się nieraz wszystko. Muzyka ta, chwila ta, Witek, przedmioty dalsze i te pod ręką, i ja sam. Ja sam złożyłem dłonie, prawą do lewej, splotłem palce mocno, ale tak było, jakby mi między dłońmi tkwiła płaska szyba, oddzielając jedną od drugiej. Spróbowałem z wargami. Przycisnąłem je do siebie. Przygryzłem nawet dolnymi zębami. To samo. Znowu ta płaska szyba. Więc coś takiego. Nietykalność objęła wszystko razem i z osobna. Nietykalność wyrosła nagle spod ziemi wszystkimi porami, jak po wiosennym deszczu zieleń chlebowa tryska w górę i obejmuje pola i każdą piędź.
Potem to mi przeszło. Zapadło z powrotem w czeluście, z których wystrzeliło w górę na wieś Zagubin, w domostwo Potęgowej, gdzie mieliśmy kwaterę. Muzyka się nie zmieniła. Była ładna. Miękka. Ale teraz słyszałem ją dotykalnie. Po całym właściwie ciele. A nawet wewnątrz. Prawa ręka poczuła trzymaną rękę lewą i powiedzmy to samo odwrotnie. Zabolała mnie też lekko pogryziona dolna warga. Wyszedłem więc z gabloty, za szybą której byłem wystawiony, nie mogąc być dotkniętym i sam niczego nie mogąc dotknąć, szklanym okiem patrząc na dookoło.
Witek wstał i zaczął się kręcić ze spuszczoną głową na wzdłużkę po chudej, cztery na dwa, kuchni.
- Coś będziesz robił? – powiedziałem.
- Popiszę może. Jak myślisz?
- Popisz trochę. Na pewno. Ja podgrzeję zupę. Zjemy, a potem napijemy się herbaty.
Wstałem i nałożyłem drew do pieca.