Piotr Bratkowski

     Zanim zaczniemy go czytać


     Nazwali go "Świętym Franciszkiem w dżinsach". Zaś Jerome Salinger włożył kiedyś w usta jednego ze swych bohaterów słowa następujące: Powiem ci, że w każdym razie nigdy nie usiłowałem świadomie ani bezwiednie przeobrazić Jezusa w świętego Franciszka z Asyżu, żeby łatwiej mi było go kochać, a to właśnie od wieków robi dziewięćdziesiąt osiem procent chrześcijan. Edward Stachura miał w sobie znacznie więcej z Chrystusa niż ze świętego Franciszka. Ponieważ wystarczająco ośmieszono kiedyś pewnego krytyka, który porównał był do Chrystusa Rafała Wojaczka, wyjaśnię: pisząc ten tekst jestem bardzo daleki od nastroju mistycznego. I porównując Stachurę do Chrystusa nie mam na myśli, że autor Całej jaskrawości był Jego nowym wcieleniem. Lecz - wybór najwłaściwszego określenia pozostawiam czytelnikowi - że Chrystusa naśladował, udawał, wreszcie, że typ psychiczny, jaki reprezentował, bliższy był temu, który Ewangelia przekazuje jako właściwy Jezusowi, niźli wizerunkowi, jaki pozostawił po sobie święty Franciszek z Asyżu.

     Wróćmy raz jeszcze do Salingera, do jego opowiadania Zooey. Zanim jego tytułowy bohater wpadnie na zacytowane przeze mnie wyżej rozróżnienie, zapyta swoją młodszą siostrę, przeżywającą kryzys duchowy: A wiesz, dlaczego przestałaś wtedy kochać Jezusa? Zaraz ci przypomnę. Po pierwsze, nie podobało ci się, że wszedłszy do świątyni poprzewracał stoły i strącił bożki. To wydało ci się BRUTALNE I NIEPOTRZEBNE (podkr. moje - PB) (...) A po wtóre, nie podobały ci się słowa wydrukowane na stronie, na której otwarta była Biblia w twoich rękach: "Wejrzyjcie na ptaki niebieskie, że nie sieją ani żną, ani zbierają do gumien, a Ojciec wasz niebieski żywi je". To było piękne, to pochwalał. Ale Jezus zaraz potem mówi dalej: "Czyż wy nie jesteście daleko ważniejsi niż one?". I w tym miejscu mała Franny zakipiała z oburzenia.
     Przepraszam za obszerny cytat, obiecuję już dalej pisać o własnych siłach. Stachurę nazwano kiedyś świętym Franciszkiem w dżinsach, tymczasem - jeżeli porównywać go z jakąś postacią religijną - byłby on najbliższy właśnie Chrystusowi przewracającemu stoły w świątyni, prorokowi nie tylko głoszącemu miłosierdzie, lecz również burzącemu - bezlitośnie i z pewnego punktu widzenia niesprawiedliwie burzącemu - starą religię.

     Być może przesądził o tym fałszywym porównaniu kontekst, w jakim twórczość Stachury ujawniła się po raz pierwszy: typowymi debiutantami tamtych lat byli Brycht i Iredyński, bohaterowie młodej prozy początku lat sześćdziesiątych dużo czasu spędzali w barach, trochę w więzieniach, wyrażali się zazwyczaj w sposób równie mało skomplikowany, co jednoznacznie świadczący o ich całkowitym zwątpieniu w sens jakiejś świadomie, w oparciu o najprostszy chociaż kodeks etyczny, budowanej egzystencji. Na tym tle bohater - alter ego autora - "Jednego dnia" czy "Falując na wietrze" był swojego rodzaju dziwadłem. Już chociażby przez to, że wolał wędrówkę od siedzenia w knajpach, że znajdował przyjemność w obcowaniu z przyrodą, że w ogóle - celem jego wędrówki było raczej poszukiwanie pozytywnych wzruszeń niż doświadczeń potwierdzających zwątpienie aksjologiczne - wydawać się mógł kimś nie całkiem realnym, nie człowiekiem z krwi i kości (tzn. z postegzystencjalnej gleby literackiej, na której rodziły się typowe płody młodej prozy tamtego okresu), lecz świętym. A ponieważ drążenie subtelności, pomiędzy różnymi rodzajami świętości, nie było w duchu epoki, porównano go do bodaj najpopularniejszego świętego, Franciszka z Asyżu.

     A przecież już czytając dwa jego pierwsze zbiory opowiadań, można zorientować się, że autor, czy - mówiąc ostrożniej - bohater, potrafi nie tylko podziwiać naturę, nie tylko kochać - lecz także nienawidzieć, pogardzać i lekceważyć. I że preteksty do deklarowania owych uczuć negatywnych nie zawsze są "logiczne" i "sprawiedliwe". Że bohater Falując na wietrze czy Jednego dnia jeżeli występował przeciw, niekoniecznie czynił to (jak przystałoby na dobrotliwego i naiwnego świętego) jedynie w imieniu dobra przeciw złu. Lecz także potrafił wyrazić swoją zdecydowaną niechęć do ludzi, którzy - tylko - mieli inny pomysł na życie. Inny: na ogół znaczyło to - uboższy duchowo, lecz przecież nie szkodzący, nie fałszywy aksjologicznie, jeżeli za podstawę aksjologii uznalibyśmy etykę zwykłego człowieka, codzienności, z jej rozlicznymi przyzwoleniami i odstępstwami. Etykę, która dobrotliwego i tolerancyjnego świętego nie mogłaby razić; która musiała razić programowego, wybrednego arystokratę ducha chcącego swym szczególnym arystokratyzmem zarazić innych. A Stachura-pisarz był właśnie taki. Bywał również - i w tym momencie wszelkie analogie religijne być może zawodzą - nietolerancyjny i próżny.

     Nie piszę wspomnienia o Stachurze, znałem go raczej słabo, nie zdradzam więc żadnych maglarskich plotek - wszystko to można, jeśli tylko się chce, wyczytać z jego tekstów, od pierwszych niemal po ostatnie. W swoim czasie wiele szumu na łamach prasy wywołał pewien jego tekst, dziś raczej zapomniany. Nazywało się to "Historia jednego przekładu" i było subiektywną, stachurowską kroniką waśni autora "Siekierezady" z Wydawnictwem Literackim na tle różnic w ocenie jego przekładów Borgesa. Nie byłem i nie jestem kompetentny w merytorycznej ocenie racji w tamtym, odległym już o blisko dziesięć lat - sporze. Ale rodzaj argumentów, jaki - urażony w swojej miłości własnej - autor stosował w owej polemice w niczym nie przypominał biblijnego nadstawiania drugiego policzka; bliższy był dwudziestowiecznej etyce walki. Bo problem polega między innymi na tym, że również w literaturze łatwiej jest pokochać świętego Franciszka niż Chrystusa. Bo w literaturze święci Franciszkowie opowiadają ludziom same przyjemne rzeczy, zaś Chrystusowie - tym razem to jest naprawdę tylko metafora - również wyrzucają posągi bożków ze świątyni, którą pragną urządzić po swojemu.

     Twórczość Stachury - od pierwszej do ostatniej litery - pełna jest różnych nieprzyjemnych prawd, wypowiedzianych pod adresem rodzaju ludzkiego. Jest w nią - co bardzo ułatwia emocjonalny kontakt czytelniczy - wyraźnie wpisany pewien adresat idealny, ale adresatowi temu autor permanentnie stawia nadzwyczaj wysokie wymagania etyczne i intelektualne. Jest w tę twórczość także wpisany - i to bodaj równie wyraźnie - pewien odbiorca, któremu autor stale urąga, którego sposób myślenia, przyzwyczajenia życiowe Stachura bez specjalnej tolerancji wyszydza, podaje w wątpliwość. W tym ostatnim wypadku włącza się, rzecz jasna, automatycznie mechanizm tzw. uniku odbiorcy, który na tę jedyną, krótką chwilę kontaktu lekturowego z nieprzyjemną dla siebie prawdą dokonuje magicznego aktu wyłączenia samego siebie z tzw. gatunku ludzkiego, stanowiącego przedmiot oceny autorskiej. Ale gdyby - także wśród krytyków - bardziej rozpowszechnione było zjawisko uczciwej lektury tekstu, kiedy to czytelnik mierząc się z proponowanym mu obrazem świata nie zapomina o swoim dotychczasowym, realnym wyposażeniu intelektualnym i dyspozycjach duchowych, twórczość Stachury powinna by wywoływać - tak w przeszłości jak obecnie - o wiele więcej wątpliwości i sprzeciwów, niż miało to miejsce. Fabula rasa np. została powszechnie uznana za dzieło znaczące, wywołała mnóstwo zachwytów. Ale czy ktoś z czytelników tego tekstu, wypowiadających publicznie swoje sądy, tak naprawdę rzetelnie i uczciwie zgodził się z tym tekstem?

     Tak ogólnie bowiem to się zgadzają ze Stachurą wszyscy, szczególnie dziś, kiedy pisarz nie żyje: recepcja pośmiertna jego dzieła stanowi wspaniały przykład praktycznej realizacji szlachetnej idei porozumienia narodowego. Na Stachurę zgadzają się wszyscy - apologeci nurtu chłopskiego i pogrobowcy kontestacji, hippisi, ekstrema i działacze OKON. Jest to, oczywiście, możliwe jedynie dzięki unikowej strategii czytelniczej: kiedy jako sens dzieła potraktowany zostanie jedynie fragment całości, fragment, który w dodatku zostaje przez samo dzieło zaprzeczony. Tylko że z lektury tego typu niewiele wynika: bo jedynie zachwyty, ni zaś próba intelektualnego sprostania zapisanej w dziele wizji człowieka. Tak przyjemnie jest wybełkotać kilka frazesów o wędrówce, wolności, przyjaźni itp. Tak miło jest nazywać zmarłego twórcę poufale, przeznaczonym dla przyjaciół przezwaniem. Kiedy zwłaszcza nazwany tak człowiek nie może już nikogo przepędzić z towarzystwa... Zawsze starano się go czytać schematycznie: po okresie "franciszkańskim" przyszła po ukazaniu się "Siekierezady" próba czytania jego powieści jako neoprodukcyjniaków. Byłem świadkiem, jak w tamtym okresie ktoś zapytał Stachurę, czy "Siekierezada" jest przede wszystkim powieścią o pracy. Odpowiedział, że tak, że to rzeczywiście jest powieść o pracy, a ściśle: o pracy umysłu.

     Kiedy debiutował, nazwano go świętym Franciszkiem, ale kiedy umarł, zapomniano o tym. Bo tylko zapomnieniem można tłumaczyć, że święty Franciszek stał się kolejnym "poete maudit", poetą przeklętym. Zrobiono ze Stachury następnego do szeregu: Hłasko, Bursa, Wojaczek (o jednym z nich powiedział kiedyś, że był bardzo drażniący, bo zaczepiał po pijanemu innych, w dodatku na pokaz). Ukuto tradycyjną w tych wypadkach teorię, jakoby jego śmierć była logicznym dopełnieniem życia. Tak, jakby cała twórczość Stachury nie mieściła się "po stronie życia", nie była próbą, ciągłym udowadnianiem wartości życia. Jak gdyby Stachura spośród wielu pisarzy metafizycznych nie był tym, który z absolutną konsekwencją odmawiał śmierci jakiegokolwiek sensu czy wartości. To, co napisał mieści się dokładnie na antypodach koncepcji artystycznej, nazywanej popularnie "poete maudit". I nie trzeba aż sięgać do pamiętnej anatemy z poematu Po ogrodzie niech hula szarańcza (być może najdoskonalszego, zwłaszcza we wcześniejszej wersji, utworu, jaki Stachura napisał), aby to udowodnić. Wystarczy z zamkniętymi oczami otworzyć dowolną książkę Stachury w dowolnym miejscu. Tyle, że czytać trzeba już z oczami otwartymi. A śmierć, jego śmierć? Nie jest żadną kontynuacją, ani logicznym dopełnieniem, nie ma w ogóle wiele wspólnego z literaturą. Przychodzi niespodziewanie i nagle - jak choroba, jak katastrofa.


Tygodnik Kulturalny, nr 21, 15.08.1982r.

(artykuł ukazał się wraz z tekstem Marty Kucharskiej Ty, co zboże powalasz żrałe, jako "Dwugłos o Stachurze")


powrót