Mieliśmy się wkrótce pobrać... Gdy wróciłam, już nie żył
ŻYCIE I ŚMIERĆ STACHURY.
ROZMOWA Z MARTĄ KUCHARSKĄ.
14 MARCA 1994
Marta Kucharska- poetka, tłumaczka. Niewysoka osoba o brązowych
oczach, prawie zawsze w kapeluszu.
ByŁa chyba najbliższą Stachurze osobą, moze obok matki.
-Kim był dla Pani Stachura?
-Wszystkim po koleji, najpierw tak jak dla was- guru...
-Guru- Stachuru?
-Tak, Guru- Stachuru, a potem... To się właściwie źle kojarzy,
wiąże się z ostatnim okresem jego życia, który był dla niego
zabójczy, przedtem to można było mówić ze śmiechem.
-Właściwie kim był Stachura?
-Poetą.
-"Poetą się nie jest- poetą się bywa".
-Jest się. Ci co "bywają"- oszukują.
-Norwid też?
-Tak, bo to zgrabnie powiedziane. To błyskotliwe powiedzenie,
ale nie prawdziwe. On był poetą. Nie można powiedzieć, że bywa
się wtedy, kiedy się żyje w natchnieniu i procentuje to
w wierszach, ale jeśli się jest w natchnieniu, to już cały
czas; w natchnieniu przeżywa się życie i ten wiersz pisze się
po prostu swoim życiem.. W tym sensie on był poetą, swym
życiem świadczył aż do końca, że jest poetą i ponosił
konsekwencje swoich słów. To nie jest sparawa talentu ani
pracowitości, to sprawa totalnego wyboru pomiędzy sobą, a tymi
sprawami absolutnymi, których każdy poeta dotyka w swojej
twórczości. Jeżeli konsekwencją takich wyborów jest nie tylko
to, co się pisze, ale także to, w jaki sposób się żyje, to
wtedy po prostu płaci się sobą; płaci się często tym, że
konsekwencją jest poczucie samotności, izolacji, ale dostaje
się też coś w zamian. Myślę, że Stachura miał też takie
poczucie wyjątkowości, które bulwersowało innych; nazwijmy to
ogólnie niezrozumieniem.
Tak jak zapytałeś na początku kim był dla mnie-
odpowiem, że tak jak dla was- olśnieniem...
-Kiedy go pani poznała?
-Trzy lata po tym, jak poznalam jego twórczość. Pierwszy wiersz
przeczytałam chyba w siedemdziesiątym roku. Potem napisałam do
niego list; pisaliśmy do siebie przez trzy lata. Ja pisałam
długie i dopracowane listy a on przysyłał karteczkę, którą
oczywiście przechowywałam jak świętość.
Któregoś dnia przyszedł telegram, bodajże: "Przyjadę w
południe, albo w samo południe jak się tak wydarzy".
I rzeczywiście przyjechał w samo południe. Potem
zaprzyjaźniliśmy się; widywaliśmy się czasem zaplanowanie,
czasem nie. On wędrował i czasem zatrzymywał sie u mnie w
drodze, czasami przyjeżdżał specjalnie, czasem spotykaliśmy się
gdzieś w Polsce. Pewnego razu on znalazł się w potrzebie, ja
zostawiłam wszystko i pojechałam, by mu pomóc. Miał wypadek pod
Łowiczem...
-Przypadek czy...?
-Nie, próba samobójcza.
-Dlaczego?
-To była konsekwencja choroby psychicznej. Oczywiście
natychmiast przeprowadziłam wywiad, zanlazłam maszynistę;
wszystkie okoliczności wskazywły, że było to zamierzone i
celowe. Oczywiście, Edek jak każdy niedoszły samobójca wstydził
się tego, probował opowiadać o tym inaczej, ale fakty były
jednoznaczne. Kiedy jeszcze był w szoku, ten szok powypadkowy
pozwolił mu odzyskać świadomość; świadomość tego, że byl chory,
tego wszystkiego co się stało, wyjścia z tego obłędu, ale
jednocześnie szok tego, że tego wszystkiego doznał, był tak
wielki, że w szpitalu próbował po raz drugi... Tyle, że był tak
wykończony i umęczony, ze mu się to nie udało, ktoś po prostu
odebrał mu nóż...
Jeden z lekarzy jako jedyny zrozumiał mój niepokój, ze tutaj
nie chirurgia, nie te wszystkie urazy należy leczyć, nie one są
najważniejsze, bo to wszystko będzie na nic, jeśli natychmiast
nie zaczną ratować jego duszy. To było ewidentne, że on coś
kombinuje, ale nie mogłam siedzieć nieustannie przy jego łóżku.
Wiedziałam, że za którymś razem, gdy odejdę od jego łóżka, to
się stanie. Gdy w którymś momencie wyszłam ze szpitala, nagle
dotarło do mnie, że wszystko co dzieje się w tej chwili, może
być ostateczne.
Młoda lekarka wezwała psychiatrę i wtedy dokonał się w Edku
jakiś przełom. Siedział, trzymał mnie za rękę, prosił żebym mu
pomagała odpowiadać, trudno mu było artykułować wyrazy. Wtedy
dokonało się prawdziwe ozdrowienie, wtedy zaczął chcieć żyć.
Ujawnił to, co się w nim działo, ujawnił słabość, to, że to
była próba samobójcza. Wtedy "pojechałam" z nim dalej. Wypadek
stał się w kwietniu, on powiesił się w lipcu.
-Skoro "Pogodzić się ze światem", więc dlaczego...?
-Dlaczego się nie udało? No bo się nie udało, bo ja byłam za młoda, żeby on mógł zawiesić sie na mnie, on sam był zbyt zdruzgotany, żeby samemu się z tego podnieść...
Wiesz to jest takie dziwne, taki trudny stan, kiedy ktoś kto jest zawsze autorytetem, ma sporo przyjaciół, znajomych, sam nagle zaczyna potrzebować pomocy, ale ma zupełnie inny status wśród nich; nawet gdyby chcieli mu pomóc, to nie wiedzą jak tej pomocy udzielić. Nie przychodzi im do głowy, że ten człowiek jest bezradny. Wśród jego starych znajomych znalazł się jeszcze jeden człowiek, który zdawał sobie sprawę z tego zagrożenia, że jest to ustawiczna walka o każdą godzinę. Dzwonił rano i pytał jakie mamy plany, czy może się "wstrzelić" lub sam cos proponował. To wszystko polegało na stymulacji; nie tylko na leczeniu obolałego ciała, ale na wymyślaniu rzeczy, które mówiłyby życiu: tak! Teraz wydaje mi się, że udałoby mi się go uratować, ale może tak tylko mi się wydaje. Byłam zbyt małym autorytetem dla niego. Gdybym była starsza, miałabym większą wiarygodność. Był ode mnie o siedemnaście lat starszy; co z tego, że miałam dwadzieścia pięć czy dwadzieścia cztery lata. To nie jest przecież mało, ale dla człowieka dojrzałego w dalszym ciągu to jest zbyt mało, żeby móc się oprzeć. Samo moje oddanie, moja przyjaźń, miłość, wierność to za mało, żeby on mógł w tym odnaleźć sens życia, którego ja w tym wieku jeszcze szukałam; to wszystko, co on mi wcześniej dał, co dała mi jego literatura, na której się wychowałam, to umiłowanie życia, wielki optymizm- ja mu to wszystko oddawałam. Nawet żartobliwie mówił, że ja jestem bardziej stachurą niż on. Ale on od tego Stachury odszedł, właściwie obłęd go oddalił, od tego Stachaury, którego znaliśmy z wierszy i książek. W obłędzie napisał te dwie krwiożercze książki- "Fabula rasa" i "Oto", które mają w sobie samą deklaratywność, które są przepojone miłością bliźniego, ale tak naprawdę takie książki pisze się kosztem życia. Książki przybywa, a życia ubywa. One są wręcz faszystowsko agresywne w stosunku do otoczenia. To jest wojująca miłość bliźniego. Niech ktokolwiek spróbowałby być innego zdania... To nie jest ciche i pokorne, on nie prezentował nic z tego, do czego nawoływał. I tutaj już nie można było powiedzieć "Guru Stachuru" z uśmiechem na twarzy. Obłęd zrobił z niego prawdziwego guru. Oczywiście wszyscy się załapali, wszyscy młodzi ludzie, którze mieli po 15, 16 lat chętnie się zawiesili na tym, bo to była recepta na życie podana w pigułce; przeczytali "Fabula rasa" i wiedzieli jak żyć. Tego wszystkiego czym był prawdziwy Stachura już nie musieli czytać. Tym samym nie znali Stachury. Był bardzo dumny. Świadomość tego, że był w obłędzie, że to trwało tak długo, że wydał te dwie książki- strasznie trudno mu było łyknąć taką pigułę. Do tego jeszcze ta ułomność fizyczna, która pozostała po wypadku. Bardzo chciał żyć. Z jednej strony szukał cały czas motywacji, z drugiej cisnęła ta obrzydliwa rzeczywistość, prywatność, w którą pouciekali ludzie. Jesteście teraz w wieku najbardziej życzliwym dla przyjaźni. Wiesz, jak bardzo boli zdrada przyjaciela, jego odwrócenie się- to tak samo boli w okresie kiedy człowiek jest chory, kiedy głęboko czuje, że jest mu potrzebna elementarna pomoc, a dostaje ją jedynie
powierzchowną, na poziomie "Co słychać?". Ci wszyscy ludzie, jego przyjaciele mieli swoje życie. Mieli najlepsze intencje, ale wpadając do nas, raczej robili zamieszanie niż pomagali. Może gdyby udało się przetrwać dwa, trzy dni, gdyby dobry
psychiatra wziął go w swoje ręce, dobry- czyli zaangażowany
osobiście, może udałoby się go uratować. Ale się nie udało...
W końcu każdy ma prawo do tego wyboru. Tak jak ja miałam prawo
walczyć o niego, on miał prawo do tego, by samemu zadecydować.
Po tych czterech miesiącach, któregoś dnia, przymuszona
oklicznościami przyjechałam do Łowicza po jakieś papiery,
mieliśmy się wkrótce pobrać... Gdy wróciłam tam- już nie żył...
Uciekł ze szpitala, przyjaciele, którzy go nazajutrz odwiedzili
i skonstatowali, że go nie ma w szpitalu wymyślili sobie coś,
co zwalniało ich z szukania. Uznali, że pojechal ze mną. On
tego nie zrobił, przyszedł do domu. Dwa dni pewnie się męczył,
nie sądzę, żeby to był nawrót jakiejś choroby- po prostu
totalna depresja. Mam też żal do lekarzy, że nie umiali pomóc
mu farmakologicznie. Lekarstwa, które dostawał, pomocne z
jednej strony, powodowały depresję, która pogłębiała się z dnia
na dzień. Najlepszym dowodem tego, że chciał się ratować było
to, że któregoś dnia sprowokował mnie, żebyśmy pojechali
zapytać o to czy nie można zmienić tych lekarstw, zauważył tę
zależność pomiędzy swoim samopoczuciem i lekarstwami, które
miały go leczyć a nie leczyły. Może należało dodawać jakieś
osłonowe lekarstwa... Ilu lekarzy- tyle szkół; tam dominowała
szkoła "wolnej amerykanki", która mówi, że wolności człowieka
ograniczać nie należy. Chcąc to pokazać złośliwie można
powiedzieć: "chce pan popełnić samobójstwo skacząc z czwartego
piętra? Proszę, tu jest winda!" Umęczeni lekarze, ogromna
liczba chorych- wiele przyczyn składało się na obojętność
lekarzy, na zaniechanie pomocy; nie można jednoznacznie
wskazać palcem- to jest przyczyna, ten jest winny.
-Czy był despotą?
-On po prostu udzielał się w przyjaźni, w znajomości tylko tym,
którzy go uwielbiali- i w tym znaczeniu był despotą. Może
trochę przesadzam, był człowiekiem "do rany przyłóż", ale strasznie dumnym i bezkompromisowym, co
jest zjawiskiem przyrodniczym. Gdy ktoś ma lat trzydzieści parę, zazwyczaj już
nie zasuwa na pełnym gazie, nie rozdziela świata na czerń i
biel, a on był cały czas bezkompromisowy. Jeżeli ktoś zachował się jednoznacznie jak świnia, to on
nie starał się go zrozumieć, dla niego ten człowiek był skreślony. Coraz bardziej się to
zaostrzało, w miarę jak nadchodziła choroba, z czego on sobie, biedak nie zdawał sprawy.
Mieliśmy spędzić razem jakieś dwa tygodnie. Gdy przyjechał, czujnie mi się przyglądał; kiedy zahaczał o "Fabula rasa", obserwował jaka jest moja reakcja na to, co tam napisał. Ja też się zastanawiałam na ile wypływa to z niego samego, na ile moje niepokoje są uzasadnione. Byliśmy serdecznymi przyjaciółmi, którzy ze sobą nie konkurują- może dlatego, że to on był moim nauczycielem i to ja byłam w nim zakochana, więc "Upadnij na twarz, kiedy przyjeżdża mistrz". Nie byłam w stanie go krytykować. Ale on szanował moje zdanie, poddawał pod osąd różne rzeczy. Po raz pierwszy, gdy zorientował się, że "Fabula rasa" mi się nie podoba, spakował się i wyjechał po kilkunastogodzinnej rozmowie na temat książki.
To było dla mnie potwierdzeniem, że coś jest niedobrze. Wysłałam za nim kasetę, bo wiedziałam, że listów nie czyta. To było w tym okresie, kiedy robił juz ścisłą selekcję ludzi, z którymi chciał się kontaktować. Liczyłam na to, że skuszę jego ciekawość. Wszystko to, co mu tam nagrałam w rozpaczliwej woli powstzrymania go, odsunęło nas od siebie. I niestety, zawartość tej kasety była proroctwem. Wszystko to potem wypełniło się z bezczelną dokładnością. On juz wtedy mówił tylko do tych, którzy go uwielbiali. Potem, kiedy przeżył to, co przeżył, kiedy przypłacił to obudzenie ręką, ten szok przywrócił go rzeczywistości, on się tego po prostu wstydził. On wiedział o tym nie werbalizując tego, ale wstydził się za "Fabula rasa", która- o zgrozo- okazuje się być fundamentalną lekturą jego legendy. Stachura zostawił po sobie raptem siedemdziesiąt parę wierszy, ale to one stanowią właściwie o jego potędze. A także to, co zrobił w prozie ten jego bohater, trochę taki prostaczek, "boże dziecię", czysty człowiek. On musiał pociągnąć za sobą legendę. Kim jest ten bohater? To człowiek ubogi- ubogi z wyrzeczenia, ale większość z nas była uboga- on tę ubogość uodświętnił. Jeżeli znajdujesz potwierdzenie swojej wyjątkowości w literaturze, to ona uodświętnia twoje życie. Chętnie się wtedy utożsamiasz z kimś takim. Każdemu z nas, gdy ma szesnaście lat wydaje się, że jest jedyny, niepowtarzalny i świat bez niego wiele by stracił. Potem łapiesz dystans do tego. Bohater Stachury jest człowiekiem, który ma
wyjątkowość cały czas przed sobą.
Trzeba zapytać socjologów literatury, którzy mogliby odpowiedzieć na pytanie jak się rodzi
legenda, jakie schematy działają. Mnie się wydaje, że legenda zrodziła się dlatego, że młodemu człowiekowi łatwo jest utożsamić się z bohaterem Stachury.
-Kim jest właściwie Michał Kątny, to jego drugie "ja"?
-Jest tym, kim Stachura chciał być. Czy Edmund Szerucki, to ten
sam człowiek.
-Jaki był Stachura?
-W jakim sensie?
-Bardzo ogólnym.
-To bardzo nieprecyzyjne.
-Dobrze, w życiu osobistym?
-Czuły, bardzo czuły, cały czas uważny na każdego człowieka,
skłonny wyjąć z ciebie to, co najlepsze, skłonny uwierzyć w
ciebie takiego, jakim chciałbyś być. Chętnie obdarzał swoją
przyjaźnią inne osoby, ale był też ogromnie krytycznie
nastawiony do rzeczywistości. Ktoś kto mu podpadł, mial małe
szanse odzyskania jego sympatii.
Wiele osób, z którymi połączyła go nawet legenda, nie
tylko przyjaźń, osób, które zaistniały w literaturze jako
nieodłączny gwiazdozbiór otaczający Stachurę, takich jak Bruno
i innych, mogło czuć się skrzywdzonych jego zachowaniem, tym, że często przypadek decydował, jakieś głupstwa. Inny człowiek chętnie by przebaczył, nie miało to takiej wagi jak to, co ich do tej pory łączyło. Myślę o tym, co stało się z Brunem. Kiedyś popijali gdzieś sobie w barze, potem wyszli na błonia. Ulicą szedł jaikś stary człowiek, ciągnął wózek pełen gazet, pudełek, taki kolszard, śmieciarz. I szedł ten biedny człowiek ciągnąc za sobą cały ten swój kram, a Bruno podszedł do niego, wyciągnął jedną z tych gazet, które tamten miał na swoim stosiku, przebił mu tę gazetę głową, wykrzykując coś w rodzaju: "Po co ci to człowieku?".
W natchnieniu pijacko-poetycko-bełkotliwym usiłował coś
tłumaczyć temu staremu człowiekowi, który nikomu nie
przeszkadzał, całe swoje bogactwo wożąc ze sobą na wózku.
Dla każdego taka sytuacja byłaby niesmaczna: być może wstydzilibyśmy się tego, że stało się to w naszej obecnośći. Dla Stachury był to przyczynek do skreślenia Bruna. Upłynęło więcej niż cztery lata; Bruno zginął na kilka miesięcy przed Edkiem, ten do końca nie odpowiadał na jego listy... Był różny w różnym okresie. Gdy go poznałam był pełen radości, siły, pewności, że świat można zmienić, że ludzi w aniołów da się poprzerabiać. A potem coraz bardziej gorzkniał i dystansował się, aż został zupełnie sam, w obłędzie.
Był pedantem. W tym wszystkim co robił musiał być doskonały.
Człowiek, który był nadleśniczym z realnej gminy Hopla,wspominał taką scenę: Zastał kiedyś Edka na wyrębie, pracowicie walącego obuchem siekiery w piłę, podszedł do niego i zapytał "Co pan robi?". Edek odpowiedział "Wie pan, ta piła jest jakaś taka pokrzywiona, prostuję zęby". Każdy z nas wyobrażał sobie Stachurę jako tego faceta, który doskonale wie
do czego służą piła i siekiera. Wiesz, że w pile jeden ząb musi
iść w jedną stronę, drugi w drugą. On tego po prostu nie wiedział, on tego wszystkiego się uczył. Potem występował już jako mistrz wyrębu lasu.
-Czy Stachura "tak żył jak pisał" czy tak "pisał jak żył"?
-Nie: "wydawać się", nie: dbać o "wydawać się", ale "być", nie
dbać o to, by to "być" zbyt szybko przyniosło profity. Trzeba starać się żyć tak jak chciałoby się, tak jak się pisze; trzeba sprostać temu, co uważa się za słuszne. Stachura starał się żyć tak jak pisał, żyć tak jak E. Szerucki czy M. Kątny.
-Czy miał szansę zmienić świat?
-Przecież zmienił, miał wpływ na tyle życiorysów... Chociażby
ta dziewczyna, która napisała do "Filipinki"... Może nie
wszystkich ludzi "w aniołów poprzerabiał", ale...
-Czy ta kobieta kiedyś nie będzie pracowała w biurze, nie
będzie odbierała dzieci z przedszkola, nie będzie...
-Może, może, ale być może będzie umiała znaleźć w tej
rzeczywistości święto, którym jest życie, każda chwila...
Gdy pojechałam realizować swój kretyński pomysł "pracy
u podstaw" w jakiejś wsi i zetknęłam się z późnogierkowską
rzeczywistością "Polski B", gdzie większość urzędników była
złodziejami wielkiego kalibru, sadziłam naiwnie, że uda mi się
ich pozmieniać. Wykupywałam z księgarni "Całą jaskrawość" i
wręczałam przy różnych okazjach. Wydawało mi się, że gdy ją
przeczytają, to zrozumieją i staną się inni.
Może mu się nie udało z takim rozmachem jakby chciał, ale
na pewno mu się udało.
-Czy jeszcze pisze pani wiersze?
-Tak, teraz wydaję trzeci tomik. Od czasu do czasu zbieram te
wiersze i wydaję w tomikach, a w międzyczasie piszę inne
rzeczy- tłumaczenia i nie tylko.
-Dlaczego Pani pisze? Czy nie lepiej nosić to wszystko w sobie?
Czy nie prościej, bezpieczniej?
-Nie da rady trzymać tego wszystkiego. "ciśnienie wewnętrzne"
powoduje konieczność ujawnienia swego stosunku do spraw.
-Czy nie lepiej żyć tak jak przeciętny mieszczanin?
-Lepiej.
-Prościej?
-Na pewno. Ale gdy nie masz wyboru... Może byłoby ze mną
inaczej, gdyby nie spotkanie ze Stachurą. Ale to jest śmiałość
kreowania własnej rzeczywistości; jest to pisanie wierszy bez
pisania wierszy. Uświadamiasz sobie, że tak naprawdę wszystko
zależy od ciebie.
Istnieje prawo przyrody, któremu i my podlegamy: jeśli
w stadzie znajdzie się jakiś mutant, musi się oddalić od stada,
żeby przeżyć; poczucie bezpieczeństwa daje mu jedynie stado,
dlatego kiedy już "wyzdrowieje" lub będzie umierał, on wróci do tego
stada. Żeby móc żyć, musi się od niego oddalić... Inaczej
zginie. Mówię o ludziach, którzy mieli w sobie jakąś inność,
którą cechuje się każdy twórca. Co wrażliwszych ludzi odnajduję
teraz alkoholikami albo rozgoryczonymi, przegranymi ludźmi.
Bezsenność, samotność wobec zapadającego zmierzchu, słynnego
"blasku telewizorów", to cena jaką się płaci za samoświadomość,
za znalezienie własnego miejsca. Owszem łatwiej iść do fabryki,
żyć bezpiecznie, ale z drugiej strony czy ktoś pracujący w
fabryce zamieniłby się wówczas ze mną na niepewność...
-Czy ze Stachury się wyrasta?
-Nie.
Rozmawiał Robert Makowski. Cogito, nr.7, 14.05.1994 r.
powrót