Wiesław Niesiobędzki

     Światło nad Grochowicami

"...Poznanie absolutu nie jest dostępne ani na drodze doświadczenia,
ani analizy rozumu uzależnionego od warunków naszej ziemskiej
egzystencji. Ażeby je osiągnąć należy przekroczyć warunki ziemskie
istoty rozumnej, wznieść się ponad więzy czasu i przestrzeni".
     / Józef M. Hoene-Wroński, Prolegomena mesjanizmu, W-wa 1922 - 25, s. 14. /


     Znał tę prawdę Edward Stachura, zostawił zatem i dał sobie spokój z życiem mieszczańskim, salonową mądrością i ruszył w drogę szukać absolutu. I szedł, aż starł się niespodziewanie z lokomotywą, ale i ta nie zmusiła go do odwrotu.
     Edward, chociaż po tym starciu stał się kimś innym, to jednak jeszcze miał dość siły, by nie dać się wcementować w dawno już umarłą i nieustannie klasyczną awangardę, wystrojoną w nienagannie skrojone garnitury, a tkwiącą na pysznie intratnych posadach. I nie należy mylić jego boskiego szaleństwa z lekceważeniem jakie miał dla ogarniającej coraz szersze kręgi artystyczne potrzeby gromadzenia dóbr materialnych, zdobycie których było i jest jedyną inspiracją działań i poczynań artystycznych.
     Nie chcę się wdawać w rozważania nad obowiązującymi oficjalnie kanonami sztuki, nie chcę też zajmować się badaniami przyczyn kultu Stachury, dociekać podziałów społecznych rzesz wyznawców jego osoby i twórczości. Wszak gołym okiem widać, że fascynacja trwa i coraz trudniej odróżnić skutki od przyczyn ją wywołujących tym bardziej, że zaczynają krążyć pogróżki różnych jego byłych przyjaciół z Białych Kujaw, że "oni jeszcze pokażą miastu i światu udowodnią, kto tu naprawdę był wielki, kto mu rękę i duszę formował".
     Ale póki co, to właśnie w imię Stachury, dla Stachury i jego miłośników odbywa się w całym kraju całe mnóstwo imprez. Organizatorzy nie bacząc kim był ten wieczny uciekinier, do czego zmierzał i w jaki sposób oraz co głosił, rezerwują dla uczestników przeglądów, spotkań, sched itp. to wszystko, co Edwarda zmuszało do ucieczki, a więc: hotele, hoteliki, sale, salony, kluby, jurorskie gremia, reflektory i mikrofony, gdzie eleganckie panie i panowie pięknymi gesty, wyszukanymi słowy i modulowanymi głosy wypowiadają się, żeby nie powiedzieć wysławiają o tym, który był ciągle w drodze i ciągle sam na sam z ciekawością swojej duszy, pełną miłości dla ludzi i przyrody.
     Cudownie odstająca od wszystkich "Stachurowych" imprez robionych w stylu - cud, miód, ultramaryna, ojej Stachura, była - dziejąca się już po raz drugi we wsi, która kiedyś znalazła się na trasie poszukiwań przez Steda absolutu - 3-dniowa "Edycja Specjalna Grochowice `84". Zorganizowali to przedsięwzięcie Zbigniew Rybka i Leszek Zamarja z Osiedlowego Domu Kultury "Skorpion" i "Azuryt" w Głogowie, Gminny Ośrodek Kultury w Kotli (Hopli).
     Grochowice, znane z "Siekierezady" jako Bobrowice, przeżyły swoje święto, a zarazem koniec anonimowości małej wioseczki wśród lasów. Jeszcze do niedawna nikt tam nie wiedział, że o nich, ich wiosce i lesie napisał bardzo piękną książkę bardzo mądry poeta, teraz "Siekierezada" krąży od chaty do chaty i ludzie dziwują się, że tacy byli i tacy są.
     Przez trzy dni lata w Grochowicach wszystko było jak w "Siekierezadzie": polana pod lasem, na niej namioty, ognisko i dużo, bardzo dużo ludzi z plecakami, chlebakami, śpiworami, gitarami, a co najważniejsze, z serdecznością dla siebie i ciekawością świata. W tym samym lesie, gdzie Edward Stachura zatrudnił przy wyrębie Janka Praderę, paliło się ognisko, rozbrzmiewało jego imię, wiersze i piosenki i bulgotała woda w kociołku na herbatę i ludzie dzielili się chlebem kupionym w grochowickim sklepie i pili piwo kupione w restauracji "Kotlanka" - "Hoplanka". Była przyjaźń, braterstwo i piękno. Myślę, że duch Stachury unoszący się nad przybyłymi z całej Polski, sprzyjał temu zgromadzeniu ludzi dobrej poezji pod wielkim dachem nieba.
     A na tym właśnie najbardziej zależało Zbigniewowi Rybce, który wszystko obmyślił. Chciał bowiem przez to spotkanie zaprezentować trochę prawdy o dokonaniach artystycznych Edwarda Stachury, chciał by ludzie porozmawiali o jego filozofii, by podjęli Stachury wołanie o sprawy najprostsze: codzienne życie, pracę ludzi i otaczającą ich naturę.
     Dla mieszkańców Grochowic było spotkanie ludzi od Stachury czymś na kształt święta ludowego, dziwili się trochę, że ten człowiek, który u nich kiedyś mieszkał i pracował, to był taki dobry i ludzki poeta. - On wcale nie wyglądał na poetę - mówił mi jeden z grochowiczan, w którym upatrywałem prototyp Wasyluka. - Tylko panie on nie śpiewał, on w ogóle mało się odzywał, a tu tyle śpiewów w lesie i we wsi. - A które śpiewy panu się bardziej podobają - zapytałem. - Te we wsi, do lasu nam się nie chce na noc chodzić.

     Edycję specjalną "Grochowice `84" tak pomyślano, by wieś miała dla siebie to, co wieś lubi i by poeci mieli to co lubią i co jest dla poetów. W niespodziewanie dobrej pod względem akustyki wiejskiej świetlicy dorośli i dzieci grochowickie mogli obejrzeć spektakl pt. "Przygody Smoka Obruszona" w wykonaniu Teatru Lalki i Aktora "Świerszcz", widzieli występ iluzjonisty, połykacza ognia i fakira w jednej osobie, no i niestety musieli obejrzeć widowisko grupy teatralnej z Wrocławia. Na szczęście zaraz po nich na scenie pojawili się Marek Zagaiński i Wojtek Kozłowski z Poznania i sala wysłuchała w ich wykonaniu recitalu piosenek Marka Zagaińskiego. Piosenki i gra na gitarze obydwu przyjaciół zrobiły wrażenie na słuchaczach. Stało się to za sprawą pięknych i prostych tekstów Marka mówiących w zrozumiały sposób o poezji, życiu i świecie, sala poznała w autorze piosenek poetę i długo biła mu brawo. I tak było przez trzy dni, w dzień wszyscy uczestnicy "Grochowic 84" świętowali swoją obecność na wsi i razem ze wsią, gdy zapadał wieczór przenosili się pod las i tam opowiadali swymi piosenkami, grą na gitarach, zwierzeniami i rozmową. Kto chciał - słuchał, a kto chciał opowiadać - opowiadał.
     Szkoda tylko, że nie mógł przyjechać Marek Gałązka ze swoją gitarą, czekano tam na niego, miał być gospodarzem ogniska. Przyjechał natomiast z członkami wyhodowanego przez siebie Poetyckiego Zakładu Ogrodniczego Janusz Kukliński z Lublina i było tam bardzo dużo zwykłych ludzkich spraw, poezji, przyjaźni, miłości dla ludzi i matki-natury.

     A czego w Grochowicach nie było?
     Nie było sztampy, błysku i pucu.
     Oby następne edycje były zawsze proste i naturalne, a Steda droga do absolutu długo jeszcze będzie świeciła nad Grochowicami.


Sztandar Młodych, nr 53, 5.08.1984r.


powrót