Sted
1961 rok, zdaje się, że jesień. Klub Studentów "Hybrydy", jeszcze wtedy na Mokotowskiej. Pierwszy Laur Poetycki Młodych. Wygrywam ja, Sted dostaje drugą nagrodę. W pół godziny po ogłoszeniu werdyktu siedzimy razem przy stoliku, ktoś z prasy trzaska nam zdjęcie - wtedy jeszcze zauważano poezję - ktoś przeprowadza z nami wywiad. Mówię, że nagroda należała się po połowie, ex aequo, mówię bez jakiejś tam zakłamanej skromności, bo już wiemy, co jesteśmy warci, znamy się, jesteśmy przyjaciółmi. Sted macha ręką, nieważne. I słusznie. Mój poemat, który wygrał, nosi literacki, pretensjonalny tytuł "Testament zanim przyjdę". Osiemnaście lat temu. Testament zanim - co? Zanim przyjdę i przekopię dotychczasową literaturę, zanim przewartościuję wszystko, co było dotąd... Poza, jeszcze jedna poza, której nie brak było w nadmiarze zarówno Stedowi, jak i mnie, jak wielu nam rówieśnym, kipiącym w tyglu Orientacji Poetyckiej Hybrydy. Teraz jestem pewien, że prawdziwy testament Sted pisał już wtedy, pisał - całym sobą.
Rzadko stać było nas wtedy n flaszkę wina u Fukiera albo w Dziekance. Literatura, świat wielkiej literatury stał otworem, na wyciągnięcie ręki. Ja chciałem ją podbijać, Sted chciał ją zdobywać, ale jeszcze wtedy nie zapowiadało się, że będzie płacił cenę najwyższą, że z każdym rokiem będzie mu brakowało życia - zarówno po to, żeby o ż y w i ć c a ł o p a -
l e n i e m pisanie, jak i po to, żeby dla pisania ocalać wędrowne ścieżki swojego życia. Coś tam już drukowaliśmy w prasie, były nagrody na festiwalach. Nie wydaliśmy jeszcze pierwszych tomików wierszy. Nasze rozmowy wtedy, nie cytuję dokładnie, ale... Sted: "Wyjdzie mój tomik, to... klękajcie narody." Mój wtórujący mu głos: "Sted, nie ma siły, to musi być z mety Nobel" - to szczera prawda. Tak nam się wtedy żyło, tak w nieustannej gorączce pisało. Sted był skryty w raczej niechętnie pokazywał świeżo napisane wiersze. Przyznam się, że fascynował mnie, nawet przez pewien czas zacząłem nieudolnie naśladować jego sposób wyrażania się, jego mowę - nie mówił "czysto", zacinał się i każdy profesor od dykcji wytknąłby mu kolosalną wadę mowy. Ale on przy tym wszystkim operował jedynym w swoim rodzaju gestem, mimiką dopełniającą mówione słowo. Nie to słowo, wygłaszane w potocznych sytuacjach, było ważne. Istotne było to, które chował w głębi i które wygłaszał potem w swojej poezji i w swojej prozie czystą, klarowną, choć pozornie zagmatwaną, polszczyzną. Nie był gadatliwy, jak gdyby czuł wagę słów i chował je, zachowywał dla zdań, które m u s i a ł y p o w s t a ć! Przedziwna natomiast rzecz: kiedy śpiewał, akompaniując sobie na gitarze, swoje piosenki, nie było żadnych zacięć, żadnych pauz - słowo niesione czystym głosem płynęło melodyjne, miękkie, przyjazne.
Wszyscy wiedzą, że potrzebny mu był nieustanny ruch, że był wędrowcem - niektórzy nawet jego niezwykła prozę chcieli utożsamić z modelem tułającego się po Polsce, koczującego w przypadkowych miejscach, na dworcach, "świętego Franciszka z chlebaczkiem". Nikt z piszących o nim w ten sposób nie dostrzegł, że w prozie, nawet w poezji tego "św. Franciszka z chlebaczkiem" została uwidoczniona jak nigdy przedtem, otrzymała swoje imię, zwyczajna ludzka praca, że każda chwila, nawet tak ulotna jak zapalenie papierosa, była dla niego chwilą zatrzymaną, wyjętą z czasu, chwilą - jak by ją sam nazwał być może - błogosławioną w codzienności. To nie może być prawdą, że dla niego istniało tylko pisanie, że nie liczyło się życie, że było tylko "sposobem na pisanie". Nie uwierzę w to nigdy. Inaczej kłamałby we wszystkim, co napisał. Żył intensywnie, w każdym drobiazgu, w każdej sytuacji życiowej dopatrywał się fenomenu istnienia. Co go zawiodło... "Umyliśmy się i siedliśmy do stołu nakrytego białym, niedzielnym, nakrochmalonym obrusem i tylko na nim, mówię, tylko na tym obrusie mógłbym opisać tę czułość, tkliwość tę majestatyczną, niebieską i nieopisaną, która rozlewała się po mnie jak delta." Stół w wiejskiej izbie, po tygodniu ciężkiej pracy. Siada do stołu niedzielnego człowiek. Człowiek, który harował przez cały tydzień i tę harówkę z równą "czułością" starał się odgrodzonym od niego papierem czytelnikom przekazać. Bo Sted właściwie nie potrzebował książek. Nie umiał jednakże znaleźć innego p r z e k a z u s i e b i e. Raczej nie interesował go teatr, tym bardziej telewizja. Radio nadawało w odcinkach jego powieści. Ale to wszystko nie to.
Nasze drogi w którymś momencie rozeszły się. Może zaważył na tym fakt, że mnie interesowało właśnie za wiele tych środków "przekazu siebie", a on w swojej niesłychanie szlachetnej, ale przy tym karkołomnej dumie poszukiwał niemożliwego. Był zawsze sprawiedliwy w ocenie, nie kwapił się nawet z dedykowaniem swoich książek, właściwie w ogóle prawie tego nie uznawał. Leży przede mną na biurku poemat "Po ogrodzie niech hula szarańcza". Jest na tym tomiku przepiękna dla mnie dedykacja. Poprzednich jego książek nie mam z dedykacją, nie podarował mi, sam kupiłem. Dlaczego akurat po tym poemacie? Przypuszczam, że był to rodzaj - przepraszam za sformułowanie - rozdawania "literackiej sprawiedliwości", sprawiedliwości według miary Steda. Przedtem zaprosiłem go na spektakl swojej sztuki w Teatrze Kameralnym. Późnym wieczorem przyjechał do mnie do domu. Przyjechał, żeby mi podziękować za tę sztukę. To wszystko, co napisałem przedtem, w ciągu trzech, czterech lat, nie znalazło jego uznania. To, co obejrzał na scenie, kazało mu przyjechać do mnie, zostać do późnej nocy, rozmawiać jak za dawnych lat, kiedy w domku moich rodziców w Rembertowie pod Warszawą mieszkał ze mną w jednym pokoju, kiedy chodziliśmy na długie spacery w okoliczne lasy z moim psiakiem Barrym, kiedy Sted się z nim ścigał, kiedy wykonywaliśmy "rzut kulą" kilkukilogramowym kamieniem i Sted był lepszy, skakaliśmy wzwyż, też był lepszy (kiedyś ja tylko byłem lepszy w mocowaniu się na rękę), kiedy wydawało nam się, że Wielka Literatura jest na wyciągnięcie ręki i nie trzeba za nią płacić.
...nie to mnie targa
z czyjej ręki zginę
nie to mnie targa
jaki połknie mnie wir
nie to mnie targa
jaka zmiażdży planeta
nie dając słowom prześcigać myślenia
wyzbyłem się domysłów jak liści akantu
- tani zysk
Żegnaj, Sted.
Maciej Z. Bordowicz
*
Wydarzyła mi uspokojenie ta chwila
i kamień odwalić od tajemnic
i kamień odwalony ucałować
i zajrzeć w jaskinie moje tajemnice
Cicho jest niepomiernie i mężność
w domostwach moich kościach
obiegły mnie w koło zwierzęta
tańce lekkie odprawiać radosność
Nieprzebrana jest chwila wiersza łaska
która mi skinąć bym w sobie popadł
i tam ujrzanym więcej nie płakał
i podziękował weselnym raz płakaniem
i wyszedlem na łąki
To jest bardzo młodzieńczy wiersz Edwarda Stachury, nazywa się romantycznie "Uspokojenie" i zamyka tomik "Dużo ognia". Lecz po piętnastu, z górą, latach od debiutu, po tomach wierszy "Przystępuję do ciebie", "Po ogrodzie niech hula szarańcza", "Piosenki"; po tomach prozy "Jeden dzień", "Falując na wietrze", "Siekierezada albo zima leśnych ludzi", "Cała jaskrawość", "Się", wreszcie po tekstach, które są splecionymi w jedność wszystkimi rodzajami literatury, po "Wszystko jest poezja" i "Fabula rasa" - przychodzi namysł, że cały Stachura, tak gruntownie rewolucjonizujący etykę literatury jej bronią najwymowniejszą: językiem, ujawnił się już na samym początku własnej drogi. Można czuć żal, że krytyka nie połapała się w tej Stachurowej odrębności, że nie potrafiła wskazać i określić skali eksperymentu podjętego przez artystę i konsekwentnie prowadzonego, aż do śmierci. Prowadził Stachura swój eksperyment na dwóch planach, nierozdzielnie zresztą z sobą złączonych, dopełniających się, ryzykownych, często groźnych, często zwycięskich. Na planie sztuki, która pragnie się upowszechnić, zatem mówić językiem potocznym, ulicznym, składnią niepoprawną, domysłami, niespodziankami, absurdami. I na planie życia, które pragnie się uodświętnić, odpowszednić, korzysta zatem ze wszystkich form ekspresji, jakie są nam dane, ze wszystkich sposobów samorealizacji, od czystej, młodzieńczej spontaniczności, do najtragiczniejszych włącznie.
Na obu tych planach życie i dzieło Edwarda Stachury obrosło swoistymi, szlachetnymi zresztą w intencjach, legendami, te jednak sprawiły, iż zapoznany został główny imperatyw tej twórczości: odrębność. A być odrębnym w literaturze i w życiu to znaczy być rygorystycznie niezależnym, spontanicznie wolnym i artystycznie twórczym. Taki też obraz Edwarda Stachury rysuje się w mojej pamięci, kiedy go wspominam w burzliwym pejzażu życia literackiego przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, w pociągach, kafejkach, salach festiwalowych, jako że życie poezji było jeszcze wtedy jawne i nie wstydziło się siebie, a zanim się skryło w tajemnicze salony i rozbiegło po nich, nie wiedzieć komu służąc, pokolenia zmieniły głosy, zaś Stachura wciąż stał przy swoim. I jeśli go teraz widzę, i jeśli go teraz słyszę, a tak go właśnie mam w pamięci, jako zdwojenie mowy i gestu, które się wspierają, poznaję go najmocniej oryginalnego w swej generacji, najgłębiej twórczego. Bez dzieła Stachury nie może się obyć literatura naszych dni, bo tak jest samoistne i tak istotne znaki czasu sobą wyraża.
"Wszystko jest poezja" nazwał prowokacyjnie swoją księgę-wyznanie. I to właśnie wtedy, kiedy zmuszeni bylibyśmy powiedzieć: wszystko jest proza. Ale właśnie między nadmiarem poezji, który akceptował, i nadmiarem prozy, któremu odmawiał swojego zaufania, rozpięta jest jego sztuka szukająca nadziei w zagładzie, jasności w bełkocie, spontaniczności w życiu zorganizowanym, radości w bezokoliczniku.
I może powaga chwili i miejsca będzie nawet głębsza, jeśli to słowo specjalnie tu wyakcentuję, ów bezokolicznik, któremu sztuka pisarska Stachury tak mocno ufała, odcinając się tym samym od doraźnych okoliczności, przesadnych nastawień, niejasnych intencji.
Forma gramatyczna najczyściej czysta, najmocniej osadzona w prawdzie, a właśnie prawda, czystość, szczerość, bezinteresowność były etycznymi komponentami twórczości i metafizyki Stachury, co na planie języka znajdowało odbicie w składni, metaforyce, architekturze.
I wyszedłem na łąki
Tak kończy się Stachurowe "Uspokojenie", przy którym jesteśmy tu razem, na mazowieckiej równinie, gdzie wezwał nas swoimi wierszami, swoją prozą, swoimi przekładami, swoim życiem im swoim dziełem, niepewni, jak go pożegnać. Może więc najpewniej tak: ufamy Twojemu dziełu i żałujemy, że chociaż już spełnione, nie może się dalej pomnażać? Albo tak: po prostu szkoda, że już dla nas niczego nie napiszesz. Czekaliśmy na Twoje książki, na Twój śpiew, na Twoją pogodę? Jednak w żalu, tak jak to zawsze bywało w Twoich dziełach, znaleźć trzeba pociechę, wszak pisarz nigdy nie umiera naprawdę, on trwa dla wciąż nowych pokoleń, a jego książki wciąż się na nowo objawiają swoją prawdą i pięknem. Spoczywając tu, na północnym skrawku Warszawy, w podziemiach tej równiny, co się ciągnie aż za północne Kujawy i dalej, będziesz nam, czytelnikom, pokazywał drogę ku miejscom słonecznym, tak głęboko przez Ciebie ukochanym, tak pięknie w prozie i wierszach opowiedzianym.
Żegnając Cię w imieniu własnym, w imieniu wszystkich, którzy czują to samo teraz co ja, Twoich przyjaciół, żegnam Cię również w imieniu społeczności artystycznej, do której przynależałeś, w imieniu Związku Literatów Polskich, w imieniu Klubu Poetów.
Spoczywaj w spokoju, tu, pod szerokim niebem, wśród tych, co są i przyjdą jeszcze dzielić z Tobą i z nami własne przeznaczenie.
Marian Grześczak
Powiedziane 28 lipca 1979, Wólka Węglowa
Poezja, nr 10, 1979.
powrót