Teatr "Za horyzontem"
JASKRAWOŚĆ
Spektakl "Jaskrawość" powstał wiosną 1995 r. Materiału do realizacji scenicznej dostardczyły rozmowy z mieszkającym w Chodzieży przyjacielem Edwarda Stachury. W rozmowach tych miejscem porozumienia była chęć pokazania siły i prawdy świata, tworzonego przez pisarza, a nie - zatopienia się w kulcie Steda, jako proroka wsyzstkich nieprzystosowanych do rzeczywistości. Właśnie z powodu nagminnego kreowania takiego, zafałszowanego obrazu Stachury, jego przyjaciel nie publikował nigdy otrzymanych od niego listów. Udostępnił je grupie teatralnej, ufając w jej możliwość odkrycia tego wszystkiego, co dla Edwarda Stachury było istotne. Tak więc na spektakl "Jaskrawość" składają się fragmenty owych listów oraz własna twórczość członków zespołu, będąca wariacjami na temat tekstów, wybranych z poewieści "Cała jaskrawość". Równoważną rolę z aktorami gra w przedstawieniu muzyka, skomponowana i wykonywana w trakcie spektaklu "na żywo".
Przedstawienie "Jaskrawość" ukazuje, jak cenna jest umiejętność uważnego poruszania się w swej codzienności. Jego twórcy starają się przy tym uniknąć wszelkiego moralizatorstwa, ceniąc sobie indywidualne, bezpośrednie doświadczenie tej wartości przez każdego z widzów. Korzystając z jak najprostszych środków wyrazu, budując sceniczną rzseczywistość, zbliżoną do świata naturalnego, by dzięki temu wyraźniej jeszcze świętować każdą upływającą chwilę, z przynależną jej wyjątkowością. Grający bez obaw balansują pomiędzy skrajnościami: ekspresją i wyciszeniem, patosem i prostotą, by dotrzeć w końcu do tego, co najważniejsze - odrzucenia obojętności i przejęcia się całym światem, straszliwie i cudownie zarazem.
"Wzbijać się ponad horyzont"
Podczas oczekiwania na ten spektakl odczywałem wyraźny niepokój. Ostatnie minuty poprzedzające zapalenie reflektorów spędziłem w ten mniej więcej sposób dumając: i tytuł "Jaskrawość", i nazwa grupy teatralnej ZA HORYZONTEM sugerują w sposób oczywisty poetykę, władającą młodzieżą przełomu lat 70-tych i 80-tych; od tamtej pory minęło jednak dobrych kilkanaście lat, wymieniło się niemal całe pokolenie... Zbyt wiele to, by nadal żywo reagować na ideę wiecznego wędrownika, zbyt mało natomiast, aby potraktować rzecz "historycznie". Czyż można zresztą cokolwiek dopowiedzieć na temat twórczości Edwarda Stachury po tak ekstensywnym ograniu jej - zarówno muzycznym, teatralnym, jak i filmowym? Wreszcie: jak w gruncie rzeczy dokonać scenicznych realizacji pisarstwa Stachury, podczas gdy on sam w sobie był zjawiskiem nieogarnionym i niedoścignionym?
Częściowo usprawiedliwia autorów przedsięwzięcia fakt odnalezienia nieznanych dotychczas (i niepublikowanych) listów pisarza. Dzięki temu odkryciu cały temat zyskuje jakis nowy walor i świeżość. Także energię, która zapewne musiała się udzielić twórcom spektaklu.
Głównie jednak uspokoiła mnei zwyczajność, naturalność i swoboda, z jaką aktorzy działają na scenie. Przedziwna (!) zwyczajność. Grają po prostu, tak jakby to oni właśnie byli bohaterami słynnej powieści, jakby to właśnie oni po raz pierwszy wypowiadali legendarne już dialogi. Są w sposobie bycia jacyś lekcy - i bardzo przekonywujący. Poza tym wysocy, jakby trochę brodzili w chmurach.
Przedstawienie jest w niepowtarzalny sposób urokliwe. Pastelowe. Kojące, chwilami wręcz terapeutyczne. Oglądają je, stajemy się sami jakby cieplejsi, lepsi, wreszcie - jaskrawsi! Zyskujemy zdecydowaną odpowiedź nawet na perspektywę śmierci: powtarzające się wielokrotnie w dialogu zdanie: "...W co nie wierzę!". Spektakl wydaje mi się również męski, na wskroś męski. Zadumą nad istnieniem; własnym ciągłym zmaganiem się; nie-poprzestaniem niespokojnym. A także: milczeniem, sfrustrowaniem, wyobcowaniem, ciągłą potrzebą udowadniania czegoś samego sobie. Wreszcie, jest on w szczególny sposób bezkompromisowy - przez to, że kreuje urzekającą rzeczywistość, nie podlegającą prawidłom otaczającej nas wokół marności i beznadziejności. Przez swoją niezawisłość, niezależność wobec faktów, występuje przeciwko realiom codzienności. W tym sensie jest transgresyjny.
Zarzut formalny może dotyczyć przebiegu napięcia w spektaklu. Jest ono budowane powoli, wciąga widza niepostrzeżenie w meandry metafizyki - aż po kulminacyjny moment, w którym zaczynami patrzeć na wydarzenia "w całej jaskrawości". Potem jednak nagle opada. Tak jakby twórci nie do końca poradzili sobie z pytaniem: "co dalej?". Jakie są konsekwencje widzenia cudownego i porażającego? W każdym razie końcowe sceny nie dorównują już swoją istotnością ani intensywnością tym sprzed olśnienia...
Poza kojeniem, o którym pisałem wcześniej, to przedstawienie jednak sporo od widza wymaga. Poczułem to wyraźnie w momencie, gdy część widzów zaczęła opuszczać widownię. Nawet mi to nie przeszkadzało. Pomyślałem, że taki spektakl stawia obserwatora w sytuacji ostrego wyboru: albo - albo. Zmusza do filozoficznej zadumy oraz dramatycznej introspekcji - albo każe odrzucić go w całości, ponieważ "mnie to nie dotyczy". Tak się skończy w sytuacji nie podjęcia wyzwania. Poza tym jest on kilkupłaszczyznową opowieścią o ludziach? - o aniołach? Już w scenie otwierającej, gdy aktor "rozkrzyżowany" kładzie się wewnątrz okręgu (tworząc motyw znany z rysunku Leonarda da Vinci), zostaje zasygnalizowany dylemat kondycji ludzkiej. Anioły pojawiają się później, gdy - ci sami - aktorzy działają raz z poziomu ziemskiego, raz znów z wysokości błękitów. Prawdziwy dylemat polega jednak na tym, że opowieść mówi również o ludziach-aniołach, w jednej skórze. Zadaję więc sobie pytanie: czy my, jako istoty z padołu, potrafimy ożywiać anielskość w sobie? Czy umiemy wzbijać się, wznosić w tę "przestrzeń" pomiędzy, chociaż odrobinę ponad horyzont?
(Mariusz Szuta, "Chodzieżanin", Nr 11(94)/96)
Artysta zaczyna czasem od BYCIA, od tego, że samemu BĘDĄC daje świadectwo ŚWIATU jaki JEST. Od tego zaczęli aktorzy Teatru "Za hiryzontem".
"Jaskrawość" jest świadectwem nie tylko tego, że świat JEST, ale że jest to świat DOBRY. Altorzy z Chodzieży z własnego AMATORSTWA uczynili CNOTĘ - amator jako wartość najwyższa w dobie KRYZYSU wszelkich INSTYTUCJI, przede wszystkim instytucji PAŃSTWA. Sumienność amatora PRZERADZA się w rzemiosło, kiedy poparta zostaje UCZCIWOŚCIĄ i KREATYWNOŚCIĄ, a przede wszystkim NAJWAŻNIEJSZYM być może dzisiaj PRZESŁANIEM, że świat - pomimo AIDS, Bośni - jest DOBRY.
ARTYŚCI "ZA HORYZONTEM" ŚWIADCZĄ SWYM ŻECIEM NA SCENIE ŻYCIU W OGÓLE. I dlatego jest to teatr wieku XXI.
Mirosław Kocur
W spektaklu występują:
Krzysztof Gośliński
Dariusz Olejniczak
Wojciech Retz
Muzyka: Longin Bartkowiak
Reżyseria: Wojciech Retz
Chodzież
Inscenizacja zeszła z desek z powodu niedyspozycji jednego z wykonawców.
powrót