Edward Stachura w 20lat po śmierci - takim go zapamiętali koledzy, przyjaciele i znajomi.

Był sobą

- On Był inny. Bogaty duszą, bujający w obłokach. Rozumiał rzeczy, których my pojąć nie mogliśmy- wspomina Elżbieta Adamczyk z Aleksandrowa Kujawskiego- to było widać, gdy tylko pojawił się jako nowy uczeń klasy. Szkoła podstawowa była wtedy przy ulicy Armii Czerwonej, jak się teraz ta ulica nazywa? ... No, przecież - Stachury!

Stachurowie przybyli z Francji do Polski w listopadzie 1948 roku. O tej chwili Edward napisał później w wyjątkowo niekonwencjonalnym życiorysie: "(...) kiedy miałem 11 lat, rodzice doszli do wniosku, że należy opuścić słodką Francję i powrócić do jeszcze słodszej Polski. Z opowiadań i książek słyszałem dużo o wilkach grasujących w Polsce. (...) Osiedliliśmy się w ponurym miasteczku, w Aleksandrowie Kujawskim".
- W dzieciństwie blisko byłam z Edkiem, bo chodziliśmy do jednej klasy, a Stachurowie zamieszkali niedaleko. Och dom pamiętam jeszcze pod strzechą - mówi Elżbieta Adamczyk. - W drodze do szkoły Edek przynosił mojej mamie zamówioną śmietanę czy truskawki. Tak łatali skromny budżet domowy, bo tylko ojciec pracował, a dzieciaków cała czwórka. Pomimo swojej odmienności Edek był lubiany w szkole, imponował nam, śpiewał francuskie piosenki. Wszystkie dziewczynki się w nim podkochiwały.
Późniejsze lata rozdzieliły przyjaciół - pani Elżbieta rozpoczęła naukę w toruńskim technikum. A Edward? "Ponieważ wykazywałem wysokie zdolności oddano mnie do "gimnazjum" w Ciechocinku, żeby zrobić ze mnie "inżyniera" lub "doktora". Po trzech latach przeniosłem się do liceum ogólnokształcącego w Gdyni". Ponoć powodem opuszczenia ciechocińskiej szkoły było trzymanie w internacie psa oraz... ogrywanie kuracjuszy w pokera.

Piękny był chłopak

- Karty dla Edka były taką pasją, że mógł grać trzy dni bez przerwy. Grywaliśmy nawet przy świecach w starej parkowej kręgielni - przyznaje Jerzy Osiński z Ciechocinka. - Był dla mnie kolegą, jak inni. Wtedy dopiero zaczynał coś pisać, pamiętam, jak chwalił mi się, że coś mu wydrukowali chyba w "Dookoła świata". Ale najczęściej chodziliśmy na dancingi do "Zdrojowej" w trójkę, jeszcze z Januszem Żernickim. Edek nigdy się nie stroił; zawsze w dżinsach i takiej sztruksowej koszuli.
Pomimo braku kokieterii, zawsze wzbudzał zainteresowanie pań. Wtajemniczeni twierdzą, że tylko jedna dziewczyna z uzdrowiska zagościła w sercu Poety. - Piękny był chłopak, włosy kręcone - wspomina dziś pragnąca zachować anonimowość pani - ale cóż, artysta! Pomimo szczerej sympatii, nie umiałam zaakceptować jego teatralnych zachowań. Czy pani uwierzy, że potrafił w pełnym ludzi parku padać na ziemię w udanym ataku epileptycznym i brać od litościwych przechodniów pieniądze?!
- Spokojny, skromny, zamknięty w sobie, nawet trochę się jąkał. Dopiero, kiedy troszeczkę wypił, to się rozkręcał - tak zapamiętał Stachurę Jerzy Zyglarski z Nieszawy. - Już wtedy był uznanym twórcą, napisał wspaniały poemat "Po ogrodzie hula szarańcza". Chociaż byłem starszy, czułęm przed nim duży respekt, widząc w nim już wtedy nieprzeciętnego człowieka. Był też idolem i autorytetem dla młodzieży ówczesnego pokolenia, choć sam - jak mówię - nie akceptował autorytetów. Sam dla siebie był autorytetem. Był sobą.
Kiedy Jerzy Zyglarski poznał Stachurę przez Janusza Żernickiego, z którym przyjaźni się do dziś, Nieszawa wyglądała dokładnie tak, jak ją Edward opisał w "Całej jaskrawości". Istniała jeszcze wtedy słynna ongiś gospoda "Pod Łososiem". "(...) weszliśmy do gospody zatem więc. Miasteczkowi siedzieli i z okolicznych wiosek chłopstwo (...) Młodzieżówki nie zauważyłem. Nigdy nie wiadomo, co się może nagle nie spodobać młodzieżówce w niedzielne, bezczynne, leniwe popołudnie w małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają i na każdego obcego patrzy się okrakiem".
W rzeczywistości nie było tak źle. - Jako młody sekretarz Towarzystwa Wiedzy Powszechnej organizowałem różne odczyty, te ze Stachurą młodzież przyjmowała najchętniej - wspomina Jerzy Zyglarski. - A Edek poza tym bardzo lubił wędrówki, zawsze namawiał nas na wyprawy do pobliskiego Przypustu.
Nieszawski przyjaciel pamięta, jak Poeta zachwycał się dziką, nietkniętą ludzką ręką przyrodą. Lubił pić wodę ze źródełka, twierdził, że dodaje mu sił. ("...Abyśmy - powiedziałem szeptem do siebie i jeszcze raz napiłem się wody").

Myślał o tamtym świecie

- Później popadł w samobójczą obsesję - wzdycha dawna sympatia - ciągle mówił o tamtym świecie, o śmierci. Wszędzie ją widział. (..."Ale uwaga, bo oto paw przechodził chełpliwie przed nami z ciemną maszynerią wszędobylskiej śmierci ukrytą w długim wlokącym się po ziemi ogonie. (...) I czy to był przypadek, że właśnie przede mną przechodząc paw zgubił pióro z ogona? Przede mną, który ją zobaczyłem. Ona też mnie zobaczyła. I upuściła pióro, jakby mi rękawiczkę rzuciła, wyzywając do walki").
-On był inny - powtarza Elżbieta Adamczyk. - Żadne z jego rodzeństwa nie było takie. Nawet jego matka żartowała, że się wyrodził. (..."czy to nasza wina, że jakoś tacy wyrodziliśmy się? Że trochę inni jesteśmy, niż większość ludzi? Nie to, że lepsi, lecz inni, nieprzystosowani, z większym garbem na plecach, z większym kamieniem w sercu, z ostrzejszą szpilką w głowie"). W późniejszych latach pani Elżbieta kupiła działkę w pobliży domu Stachurów. - Kiedy przyjeżdżał do matki, zawsze do mnie wstępował, przysiadał, pokazywał swoje wiersze - opowiada. (..."garnę się do ludzi, szukając w nich ulgi i jakiegoś ratunku (...) uczę się od nich cieszyć się drobiazgami, drobnostkami").
- Edek był jakis dziwny, jakby zagubiony - kontynuuje pani Elżbieta. - Może tak głęboko siedział w swoim świecie. Ja mu opowiadam, jak bratowej idzie hodowanie świń, a on zupełnie o czym innym.
Wiosną 1979 roku Edward Stachura ulega wypadkowi - traci pod elektrowozem cztery palce prawej ręki. Po operacji i rekonwalescencji przyjeżdża do matki. Ćwiczy pisanie lewą ręką, próbuje odnaleźć równowagę: "spragniony jestem nie wiem czego. Może tego, by nie mieć pragnień, by posiadać tę umiejętność życia, jaką posiada moja matka i wielu innych zwyczajnych, prawdziwie prostych ludzi. Żyjąc w domu z matką z dnia na dzień może tę umiejętność nabędę, albo pojawi się ona we mnie sama w jakiś naturalny sposób".
Daremnie. Edwarda Stachurę pochowano w Warszawie 28 lipca 1979 roku.

DANUTA ŚLĘZAK, magazyn "Nowości", 20 sierpnia 1999

powrót