BYLIŚMY W DOMU STACHURY (Chick)
23.02.2002 - sobota
Przez okno było widać stół pośrodku ciasnego pomieszczenia. Szafę, łóżka, krzesła. Pani Daria nacisnęła klamkę i wpowadziła nas do środka. - Jesteście być może ostatnimi ludźmi odwiedzającymi ten dom - powiedziała. - Mam coraz trudniejszy dostęp, rodzina Stachury zmieniła zamek, nie chce, żeby w domu pałętali się turyści. Po śmierci pani Stachurowej nikt w nim już nie mieszka, ale zamknięcie go na cztery spusty będzie przecież wielką szkodą dla pamięci poety... - Oj, tak, tak - przytaknęliśmy zdecydowanie.
- Napijecie się herbaty - stwierdziła po chwili i zniknęła w kuchni, do której prowadziły wąskie drzwi. My zaś w pobożnym milczeniu rozglądaliśmy się po ścianach i meblach, żeby po chwili wreszcie zasiąść wokół sprawiającego monumentalne wrażenie w tym pokoiku stołu. Licząc od szafy usadowiliśmy się w następującej kolejności: Justyna, Alan, Martyna, ja i POlek. Jusia panią Darię Lisiecką poznała jakiś czas temu odwiedzając dom kultury w Aleksandrowie Kuj. Okazało się, że jest to znakomita poetka i dawna przyjaciółka pani Stachurowej - matki Edwarda. Obecnie organizuje "Białe Lokomotywy", które odbywają się na początku września między innymi tutaj, przed domem Stachury. W tym roku jednak może być trudniej rozpalić ognisko dla wszystkich zgromadzonych, gdyż ktoś ogrodził cały dom siatką, co odebrało przestrzeni i większa gromada przybyłych nie pomieści się. Pani Daria wróciła z kuchni i przysiadła się do nas. - Będziecie pić z wody gotowanej w garnku, który używała jeszcze pani Stachurowa - uśmiechnęła się do nas. - O, tutaj na zdjęciu - pokazała nam jedno ze zdjęć, których stos wyłożyła na stół. Na fotografii pani Jadwiga stała przy stole w kuchni i trzymała w ręku aluminiowy czajnik. Obok niej - na parapecie, na stercie gazet - leżało pierwsze wydanie Fabuli rasy. - Chciałam rozpalić w piecu wcześniej, toby zrobiło się cieplej - powiedziała pani Daria - ale miałam problemy z wejściem. Wywiązała się taka paradoksalna sytuacja: kiedy się tutaj rano zjawiłam, niespodziewanie utkwiłam przed zamkniętą furtką. Dzwoniłam wczoraj, że będę, ale człowiek zapomniał. Musiałam wracać do budki i obdzwonić jeszcze raz. Najpierw do męża, mówię, żeby podał mi numer, ja jakoś zapamiętam. Dzwonię pod numer, a tam odsyłają mnie na komórkę. No, z numerem komórki będzie problem, bo niczego do pisania w torbie nie miałam. Wzięłam jakiegoś patyka i skrobię na ziemi. Udało się. Dzwonię, no i słyszę, że człowiek zapomniał. Ale już wszystko w porządku. Tylko żebym wzięła tam klucz nowy, bo zmienione zamki - skończyła. Para leciała nam z ust. Na stole paliła się świeczka, pachniało woskiem albo kadzidłem jakimś.
Zapytałem się o Martę Kucharską, która podobno trzyma w domu kilka zapisków Stachury. - A no, trzyma - przytaknęła pani Daria. - Rodzina Stachury nie żyje z nią w najlepszych stosunkach. Ostatnio organizowała jakiś konkurs, w którym główną nagrodą był skrawek zapisków Edwarda - powiedziała. Zapanowała cisza. Jeszcze przed chwilą przecież fascynowaliśmy się trzema skreślonymi słowami autorstwa Stachury na odwrocie jednego ze zdjęć, a tam gdzieś rozdaje się całe kartki.
Pani Daria wyszła do syczącej w kuchni wody. Przyniosła nam herbatę w szklankach, a parowały one niezwykle. Pierszym z nich pożytkiem było ogrzanie moich rąk, w które wtuliłem gorącą szklankę. - Za życia pani Stachurowej też czasem przychodzili tutaj ludzie. Ona zawsze przyjmowała ich bardzo chętnie, ale oni niekoniecznie potrafili zachować się w porządku. Na przykład rozchwycili jej prawie cały album ze zdjęciami.
Na zewnątrz świeciło słońce - wyjątkowo tego dnia zimowego. Dzień wcześniej kropił deszcz, dnia następnego znów ciemne chmury spowiły niebo. A tamtej soboty niepodzielnie zapanowało słońce. - Ech, denerwuje mnie ten płot - powiedziała pani Daria spostrzegając siatkę przez okno. - Pewnego dnia przyszłam i już był.
Wyszliśmy przed dom, żeby jeszcze przed zachodem słońca zrobić kilka zdjęć. Podwórko ciągnęło się w dół, poprzez siatkę do sadu, który znajdował się za nią. W dole widać było staw. Obok domu stał orzech, pod którym Stachura uczył się pisać lewą ręką kiedy godził się tutaj ze światem w ostatnich tygodniach życia. Po drugiej stronie stał nowy dom, jeszcze nie wykończony zupełnie, ale już zamieszkały przez nową rodzinę. Wróciliśmy do środka. Nie było cieplej niż na zewnątrz, ale przynajmniej nie wiało. Ziąb tego dnia - mimo słońca był niemiłosierny.
Weszliśmy do kuchni. Od czasu śmierci Edwarda nie zmieniła się ona w ogóle. Było w niej ciasno jak i w całym jednoizbowym domu (wprawdzie była też i druga izba, ale dobudowano ją już po 79tym). Pod ścianą kuchni stało nieduże łóżko, jego rozmiar jednak zajmował znaczną część pomieszczenia. To tutaj spał Stachura w swoich ostatnich dniach - w kuchni miał cieplej. Tutaj odwiedzała go Marta Kucharska i tutaj przy stole pisał on jeden ze swoich smutniejszych utworów - "Pogodzić się ze światem". Stały tam wypełniając ostatnie przyścienne przestrzenie dwa krzesła. - Tutaj zwykle siadywała pani Stachurowa - wyjaśniła pani Daria. - A na tym krześle miejsce zajmowali jej goście - skończyła. Piecyk był mały, żeliwny. Na większy nie byłoby miejsca. Stał tam jeszcze kredens z wetkniętym zdjęciem Stachury. A obok niego dwa krzesełka. - Na takim stołku, tym mniejszym, dawniej kobiety stawiały miskę i przyrządzały twaróg. Pamiętam - powiedziała pani Daria. Zająłem jeden z nich i przyglądałem się ścianom. -To tutaj stało radio - powiedziała Martyna, spoglądając na stół. Na ścianie wisiał malunek z drzewami, bardzo podobny do tego, który wieńczył ścianę w pokoju. - Wiszą tutaj odkąd pamiętam - powiedziała pani Daria. Na oknie firanki, było przez nie widać truskawkowe pole, kiedy jeszcze było je komu uprawiać...
W pokoju POlek wyciągnał gitarę i zaczął ją stroić. Pani Daria cieszyła się swoim młodym umysłem razem z nami ogromnie, a w chwilach nie rozgadanej ciszy, grała gitara, przechodząc między zamarzniętymi palcami POlka i Martyny. Wieczorem przyszedł mąż pani Darii i słuchał chwilę naszego grania. Należało się powoli zbierać, do własnych domów dzielił nas dystans kilku godzin drogi. Bezchmurne niebo sprawiło, że resztki ciepła z tego słonecznego dnia uleciały teraz w gwiazdy. Wyruszyliśmy z Łazieńca w kierunku dworca w Aleksandrowie. Mróz.
dla uzupełnienia wersja POlkowa, który - jak się okazuje, szczęśliwie - ma zupełnie inny punkt widzenia niż ja
Apolinary POlek - W ŚWIECIE POGODZONYM
Łazieniec, dziś część Aleksandrowa Kujawskiego, leży w równinnej, spokojnej okolicy. Ciszę zakłóca niekiedy tylko przejeżdżający po torach okalających dzielnicę. Kiedy od strony dworca wędrujemy błotnistą drogą w kierunku dawnej wioski, w oczy rzucają się liczne domy w budowie, za nimi zaś ciągnące się w dal sady. Co kilkaset metrów na ogrodzeniach wisi przerdzewiała i wyblakła tabliczka z napisem "Do domu rodzinnego Edwarda Stachury".
Bladoniebieski budynek stoi niedaleko dworca, gdzie niegdyś wracający ze szkoły Edward wsiadał do pociągu, by po kilku minutach, gdy lokomotywa zwalniała na zakręcie zeń wyskoczyć. Między owym zakrętem a domem Stachurów jest pole, sad i chyba niedawno wykopany staw.
Na podwórku, po którym niegdyś biegały kury, stoi dziś tylko orzech, pod którym, po wypadku z lokomotywą, Stachura uczył się pisać lewą ręką. W lutowe popołudnie słychać tylko śpiew wcześnie przybyłych ptaków. Jest pusto.
W progu wita nas pani Daria Lisiecka, opiekująca się domem westalka o wyglądzie dobrej wróżki. Sień, kuchnię i starą izdebkę, gdzie tłoczyła się niegdyś rodzina poety, wypełnia zapach kadzidełka i mdłe światło żarówki. Na stołach palą się świece. W sypialni stoją dwa łóżka, szafki, na których poustawiano rodzinne zdjęcia, szafa, stół oraz kilka krzeseł. Tu będziemy siedzieć do wieczora śpiewając piosenki i rozmawiając przy herbacie.
Głównym meblem w małej, spokojnej kuchni jest stolik przy ścianie i małym okienku, z którego rozciąga się widok na sady i ogromne, bladoniebieskie niebo. Brakuje tylko cichego radyjka, przy którym poeta pisał swoje ostatnie, niedokończone dzieło - dziennik "Pogodzić się ze światem".
Pani Daria wręcza nam plik zdjęć z organizowanej przez nią od kilku lat imprezy "Biała lokomotywa". Są tam też stare fotografie i fotokopie z rodziną Stachurów. Na odwrocie paszportowego zdjęcia autora "Całej jaskrawości" widnieje bardzo już wyblakła dedykacja pisana znanym nam, kanciastym charakterem pisma. Zdołałem jedynie odczytać słowo "Garibaldczyk".
Inne zdjęcie przedstawia poetę i pieśniarza, Andrzeja Garczarka wspartego o framugę drzwi wejściowych. Był tu cztery miesiące temu, jako ostatni przed nami gość. Opiekunka domu opowiada, że przychodziły tu także grupy studentów, uczniów gimnazjum, w którym niegdyś kształcił się Stachura (wówczas była to jeszcze szkoła podstawowa).. W tych ścianach toczyły się mądre dyskusje o drodze, o życiu, o człowieczym wędrowaniu. Rozbrzmiewały także, jak i dziś, podczas naszych odwiedzin, śmiech i muzyka.
Rodzeństwo Stachury nie chce już za bardzo pozwalać na odwiedziny obcych.
- Kiedyś informowali mnie zawsze o tym, co w związku z Domem zamierzają uczynić - mówi pani Daria. - A ostatnio na przykład wymienili zamki bez mojej wiedzy. Ledwo udało mi się dziś zdobyć klucze, żeby was wpuścić.
Dom został ogrodzony siatką, pamiątkowa, poświęcona poecie tablica również. Nie każdy może ją dziś zobaczyć. Dlaczego tak się dzieje?
- Gdy nie wiadomo o co chodzi, zapewne chodzi o pieniądze - podejrzewa opiekunka.
Opuszczamy Stachurową dziedzinę późnym wieczorem. Jeżeli ci, którzy o tym decydują pozwolą, wrócimy tu na pewno. Choćby na "Białą lokomotywę", na którą ściągają tu latem miłośnicy twórczości "urodzonego w galopie" syna białych Kujaw.
zdjęcia archiwalne związane z domem Stachurów i panią Jadwigą Stachurową
zdjęcia z naszej wyprawy:

pani Daria Lisiecka - w izbie; na stole - opowiadania Stachury własności pani Darii (z autografem matki Stachury) oraz ulotki i zdjęć moc z "Lokomotyw" i innych stachurowych okazji

od lewej - Jusia, Alan, Martynka - przy stole w izbie

POlek - przy tym samym stole

Alan na progu domu

pani Daria rozmawia z Jusią, Chick stoi z POlkiem

Chick (zza niego skrawek pani Darii), Jusia, Martynka i POlek

Alan - przed domem, ale pod słońce, gdy fotograf jest tyłem do domu, a przodem do stoku, w dole którego staw i wał kolejowy, z którego Stachura skakał wracając pociągiem ze szkoły do domu

Martynka (przy orzechu, pod którym Stachura uczył się pisać lewą ręką)

Jusia - w przedsionku domu
DOM W ŁAZIEŃCU

po środku - kuchnia - łóżko, stół, piecyk, kredens
po prawej - pokój - stół, łóżka, szafa, lodówka, półka, stolik
po lewej - pokój dobudowany po śmierci Stachury (tam nas nie było)
zderzenie z opisem narratorskim - "Pogodzić się ze światem" - Chick
Siedzimy w kuchni. W piecu pali się ogień. Na piecu gotuje się zupa. Matka siedzi na stołku i sposobi włoszczyznę.
kiedy byliśmy w kuchni, koło kredensu rzeczywiście stały dwa stołki, jeden mniejszy, drugi większy. Nie wyglądały świeżo, bez wątpienia pamiętają Stachurę. Mam nadzieję, że nie zdarzy się taki dzień, gdy dom ten odwiedzi postać nie pomna na fabułę książek i nie spali owego bezwartościowego drewna w piecu, który stoi obok - jak długo jeszcze?
Cały dzień gra w kuchni na stole radyjko tranzystorowe i już nie drażni mnie muzyka rozrywkowa oraz teksty piosenek, komentarze prezenterów i temu podobne. (...)
Matka siedzi na kanapce w kuchni i ceruje mi koszulę i piżamę (...)
ani radyjka ani telewizora, o którym Stachura wspomina gdzie indziej, nie ma już. Telewizor stał prawdopodobnie w pokoju w kącie, na półce lub na czymś, co było dawniej w jej miejscu. Możnaby dopytać się pani Darii, ale niech nie bierze nas za większych maniaków niż nimi jesteśmy.
Pojawiły się truskawki i matka właśnie narwała ich i przyniosła mi na talerzu - wspomina Stachura kilka kartek dalej. Pani Daria powiedziała nam, że pole z truskawkami było za domem.
Chałupinka, w której mieszkamy z matulą, jest bardzo stara i chyli się ku upadkowi. Ze wschodniej strony mech już pokrył strzechę. "Mnie ona przetrzyma" - mówi matka ze śmiechem.
a i dzisiaj tyle lat po śmierci pani Stachurowej domek wygląda niczego sobie. Zresztą kiedy dobudowała ona jedną izbę i zmieniła dach, chatka nie wygląda już tak strasznie. Owszem, zimno w niej i ciasno, ale z zewnątrz - prezentuje się doskonale. Zresztą również i chłód i ciasnota nie razi mnie tutaj, ale subiektywne oko ewentualnego lokatora może widzieć inaczej.
powrót