BRUNO I STED

     ...Dwa lata temu, w czarnym roku polskiej poezji, bo prócz nich jeszcze kilkoro, odeszli. Dziś idą przez percepcje czytelniczą - Bruno, jak za życia, ciężkim, zmęczonym marszem za chlebem przez "zawieruszoną peryferię" i "teren", roztrącając chaszcze (jak za życia, jak za życia) ciągłych nieporozumień (Nowy Romantyzm odmawia mu talentu, młodziankowie z KKMP zwą go wręcz nikim); - Sted z chlebakiem i gitarą archipoety przez "złudne manowce", nowych ciągle zyskując wyznawców, z których połowy, śmiem twierdzić, jest niezadowolony, a już na pewno wściekły, że używa się jego twórczości do manipulacji nic z jej tragiczną i filozoficzną wymową nie mających wspólnego. Ci, którzy przymierzają jego tragedię i patrzą, czy im do twarzy, niech zapamiętają raz wreszcie, że to jest suknia Dejaniry, nasączona śmiertelną krwią i spalić przymierzającego może. A pewna pani, co to współczuła, że tak był głaskany i hołubiony, że aż zagłaskany, niech pamięta, że śmieszny to gest chłostać bukietem nagrobek.
     Dwa lata - to krótko i długo zarazem. Czas u nas płynie wartko, poglądy, mody, interpretacje jeszcze szybciej. Lękam się, nie o twórczość, bo ta przetrwa, i przez następne pokolenia właściwie odczytana zostanie, ale o pamięć, zwykłą pamięć o Brunie i Stedzie. Powoli bowiem w owym wartkim nurcie staną się otoczkami i (choć prędzej ich skomplikowanie wewnętrzne zbruczańskiego Światowida przypominać winno) gładkimi, ładnymi, w sam raz do gabloty na okolicznościową wystawę. Chcę tedy choć kilka drogich mi ich rysów ocalić - tych ludzkich, zwyczajnych w swoich wzlotach i słabościach, których światło przedarło się do ich poezji. I za nic mam domniemane zarzuty, że umistyczniam, że na swój sposób porządkuję przyczyny, że nawet brnę we wspomnienia jak w anegdoty - ja je tak, z nimi obcując, przeżywałem. I takimi Bruno i Sted jawią mi się we wspomnieniach i snach. A stara prawda, że dopiero z perspektywy zakończonego życia można jego tok, wynikanie i konsekwencje ocenić, jest mi przy tych wynurzeniach pomocną i uwierzytelniającą.
     Byli różni, a jednak życie przeplatało ich drogi ustawicznie. Darzyli swoją twórczość wielkim szacunkiem, co zresztą "nawołując się" w tejże - uwidocznili. Tolerowali nawzajem swoje odrębności, z tym, że tolerancja Bruna była daleko większa. Mówiąc krótko Bruno był roślinny, wyrastał z ziemi, Sted jak ptak drapieżny do niej przypadał. Bruno tłukł się sercem po kocich łbach Polski powiatowej, Sted wpijał mózgiem w rzeczywistość. Od tych poczynań i wędrówek obaj mieli wiele oparzelin. Dla Steda nieważna była (sam to zresztą przyznaje w zapisach "w dni przedostatnie" najdobitniej) fabuła, choć jego zmysł obserwacji i mistrzostwo w oddawaniu kolorytu lokalnego nie miało sobie równych. Przypominało to polipa, który czym innym się żywiąc (w tym przypadku czytaj - sobą!) przytwierdza się do obcego środowiska, doskonale je odczytując. Bruno także był komentatorem własnego losu, ale niejako na odwrót. Bruno mimo włóczęg był zarażony Ideologią Domu. Stedowi tenże służył jako baza wypadowa. Poza tym... przypominam sobie sytuację sprzed dwunastu - trzynastu lat. Andrzej Różycki, Aniołem przez przyjaciół zwany, podczas studiów w szkole filmowej w Łodzi kręcił krótkometrażówkę pt. Wieczór autorski (swoją drogą ciekaw jestem, czy te taśmy ocalały). Pomysł był mniej więcej taki - Bruno, Sted i ja odbędziemy normalny wieczór autorski wśród włókniarek, podczas wieczoru będzie nam przerywał jakiś skrzypek, my natomiast musimy w swoich reakcjach uzasadnić taką, a nie inną, każdemu z nas właściwa odrębność własnej poezji. Przyjechałem do Łodzi i do Anioła dość późno w niedzielę. Na dworze była śnieżna zawierucha, toteż z radością ujrzałem Bruna i Steda u Anioła i jego Alicji popijających wino. Wtedy to też Bruno sprzedał swoje porzekadło, które mniej więcej brzmiało tak: "jeśli mnie kochasz, co jest niemożliwe, kup mi moja najdroższa białą lokomotywę" - Sted zapalił się, że zrobi z tego piosenkę. Istotnie, zrobił, i to znakomitą, a sława "białej lokomotywy" przylgnęła do niego. Tego zresztą rodzaju wzajemne wspomagania były w moim pokoleniu częste, np. ja wymyśliłem tytuł tomiku Mietka Czychowskiego Misterium na uboczu, mnie Połom podał tytuł Szept przez wiatr, a Stedowi (wówczas się jeszcze lubili) wyszukał do pierwszej książki cytat z Joyce'a itd., itd. Ale wróćmy do wspomnienia - Bruno siedział pochmurny, zgnębiony, cichy, jakby "walec drogowy na wiosnę go przejechał". Znów nie układały mu się stosunki w jego kolejnej pracy. Sted tymczasem brylował, i gdy tylko Bruno coś o poezji próbował wtrącić, lekceważył - lubił takie nieporadności składniowe w kontekście wiele mówiące: "a czy ty Bruno wiesz / gdzie leży Bangladesz?" Przygnębienie Bruna wzrastało - był pewien już, że jego problemy są żenująco żadne wobec przedmiotu rozmowy. Powiedziałem Stedowi, a czy ty wiesz, co to znaczy mieć dwoje dzieci, żonę i dom, konieczność zarobkowania nie tylko na swoje potrzeby, czy znasz cenę kartofli, węgla, bucików dziecięcych, płaszczy na zimę itd. itd. Przyznaję, że broniłem w tym również i siebie i moich pogoni za groszem, i że uderzałem boleśnie - znałem kompleks Steda z powodu braku dzieci. Sted się obraził, ale tak jak miał w zwyczaju, gdy tłumaczyć się nie chciał - wyniośle. "No to ja już pójdę do łaźni" i wyszedł. Była dwunasta w nocy, niedziela, na dworze zadymka. Szukaliśmy go wraz z Józkiem Wiśniewskim po hotelach, w SPATIF-ie, znikł. Nigdy później nie wracaliśmy do tej rozmowy, wszystkim nam było wstyd.
     Sted był zachłanny w swoich przyjaźniach, serdeczny i miły, a jednocześnie niesłychanie napięty, trzeba było nie lada sztuki, aby jakimś przypadkowym gestem czy słowem go nie urazić. Ma rację Zygmunt Trziszka w swoim świetnym artykule pt. Był ze straceńczego pokolenia ("Tygodnik Kulturalny"), gdy pisze: "Sted miał przy tym poczucie zupełnej wyjątkowości, dosłownie swojej wielkości. (...) Nie godził się na to, żeby ktoś był mu równy. Każde słowo oddalone od adoracji wprost go raziło." Ma rację, ale znowu tylko w sensie generalnym. Sted miał taką ogromną liczbę przyjaciół w Polsce i na świecie, że brak selekcji zagrażałby jego talentowi, rozmieniałby go na drobne. A zawsze i wszędzie w życiu Steda pisarstwo było najważniejsze. Jego charakterystyczne skupienie wewnętrzne, nieskłonność do wynurzeń, celna małomówność wreszcie (być może częściowo stanowiąca rekompensatę za wadę wymowy - lekko się zacinał - nad która bolał) ocaliły w nim i obserwację, i refleksję, i przemyślenia, które później owocowały w twórczości. Po prostu nie zrywał kwiatów drzewa owocowego do wazonu! A stosunek do bliskich przyjaciół? Dużo by o tym i wielu mogło powiedzieć.
     Przypominam sobie - niestety tylko atmosferę i kilka metafor - pierwszy wiersz, dosłownie pierwszy wiersz Steda, który napisał w Liceum w Ciechocinku na przełomie listopada 1954r. Byłem tym "chłopakiem", który pisał wiersze, a więc najkrócej owym pretekstem, przypadkiem, który w Stedzie powołanie pisarskie zbudził. W Integracjach pisałem o tym: "W liceum, sądzę, fascynowaliśmy się obaj swoją odrębnością. Pisał zresztą później o początkach swoich zdanie podobne. Byliśmy i pozostaliśmy diametralnie różni. Złożyły się na to i nasze temperamenty, i tradycje rodzinne, i pasje. Choć często uzupełnialiśmy się. Nie mógł na przykład nigdy zrozumieć mojego społecznikostwa, działania w ZMP, jakkolwiek czasami przydawało się ono i jemu, kiedy trzeba było go bronić po jakimś kolejnym, niepojętym przez postronnych, wyczynie. Ja nie byłem entuzjastą jego gry w karty (grał już wówczas), a był wirtuozem od skata i pokera po bridża, chociaż niejednokrotnie korzystałem, byłem wspomagany z sum, które wygrywał. W internacie ku zgrozie współmieszkańców i oburzeniu wychowawców trzymał psa, opiewaną później przez niego sukę Norę. Z nią tez internat, a później i liceum, opuścił. Maturę zdawał już w Gdańsku, gdzie zetknął się ze środowiskiem plastyków i poetów ówczesnej grupy 'Kontrasty'. Wobec jednego z nich, Mietka Czychowskiego, zachował do końca przyjaźń i podziw."
     Za to wczesne zarażenie poezją "odpłacił" mi sowicie. Po ośmiu latach tułaczki po szesnastu wydawnictwach nie zmieniony w formie i treści pierwszy tom moich wierszy wreszcie ukazał się w "Iskrach". Była to zasługa Steda, który molestował, naprzykrzał się, przypilnowywał recenzentów, groził wydawcom - aż dopiął swego. I nie jest to tylko cena pamięci i skwitowanie, to przede wszystkim probierz przyjaźni.
     Tu i ówdzie wzmiankowana w twórczości Steda "paranoja" i "święta choroba" (złowieszcze puszczyki, których nikt nie brał pod uwagę) miały konkretne odnośniki - opiekował się, jak tylko on potrafił, z całym samozaparciem, kolejno dwoma bardzo ciekawymi poetami, przebywającymi co pewien czas w zakładach zamkniętych (Poznań, Gniezno-Dziekanka). Kupował im odzież, woził paczki i papierosy, zabierał do siebie na wakacje.
     Dla bliskich był tkliwy i opiekuńczy aż do naiwności. Pamiętam, ilu oberwało od niego w liceum za pociąganie za warkocz jego pszenicznowłosej młodszej siostry. Przypominam także radosny okres w jego życiu, kiedy spędzał z żoną wakacje u swoich rodziców w Łazieńcu. Prawie codziennie odwiedzali mnie z Zytą w mojej facjatce na szczycie szkoły w Ciechocinku (belfrowałem wówczas), facjatce, która robiła wrażenie jeszcze jednej budki na szpaki w dookolnym, z wiekowych olbrzymich brzóz złożonym parku szkolnym. Czytaliśmy i komentowaliśmy przybyłe tej nocy wiersze. Edek, który uwielbiał dzieci, porwał nas kiedyś z moja najstarszą córką i żoną do siebie do Łazieńca. Kilka zdrowych kilometrów niósł Ivę na ramionach (miał być jej ojcem chrzestnym), nieustannie dziwiąc się jej dziecięcemu szczebiotowi. A droga była jedną z najpiękniejszych w tej części Kujaw. Wądołami, manowcami, wąwozem, skrajem lasu i grądu poprzez rozhuśtany pagórkowaty krajobraz coraz to inne odsłaniający widoki, w falującym sierpniowym popołudniu. Podczas tej wędrówki demonstrował nam, a głównie chyba wszystko pojmującej, rozświetlonej i szczęśliwej Zycie, swoje akrobatyczne umiejętności. Ileż było w tym uroku młodości i jeszcze beztroski, mój Boże! Biegł koronami drzew przydrożnych, przerzucając się z gałęzi na gałąź tak szybko, że musieliśmy gonić go, biegnąc po ziemi i obok. Wędrówka zakończyła się pod rosochatym orzechem w ogrodzie jego rodziców. Wódka smakowała jak u Mistrza Jana, bo z flaszej, a takowa z zimnej studni! Dom rodziców Steda tkwi na morenowym wzgórzu nad okolicą, niżej staw, ku któremu zbiegają sady, w nich rzadkiej urody wiśnie (które w pachnących wiklinowych koszach Sted i Zyta wozili na targ do Torunia). Zamyka krajobraz półkole nasypu kolejowego, gdzie pociąg zwalnia i gdzie Sted wracając z Liceum w Ciechocinku zawsze wyskakiwał, ku zgrozie swego wychowawcy, któremu służba kolejowa usłużne raporty słała!
     Tamta droga i popołudnie zapadły w pamięć i nam, i jemu (wspomina w listach). Nigdy już później nie chodziłem tamtędy i chodzić nie będę. Niechaj zachowa nas ta droga takimi jak wówczas.
     Przypominam również setki desperackich decyzji Steda. Przegrał i odegrał kilka moich zegarków w pokera. Wracając na gapę z Poznania w 1957r. , kiedy wbrew technice trampa, którą Sted miał doskonale opanowaną, schwytano nas - zarobiliśmy na bilet i karę (ba, nawet na jakieś wino!) występując w wagonach. Szczęściem konduktor był pobłażliwy. Sted grał i śpiewał (grał na organkach), ja recytowałem wiersze Gałczyńskiego. I tak dojechaliśmy do Torunia. A noclegi Steda! Osobna księga niekoniecznie przyjaznych snów! W Ciechocinku, gdzie w środku sezonu miał zazwyczaj pokerowe żniwo - sam zresztą przyznaje, że był taki czas, kiedy z kart się tylko utrzymywał - kiedyś dorwał mnie po większej wygranej pokazując z wściekłością debiutancki tomik jednego z naszych toruńskich znajomych, dziś naprawdę znakomitego pisarza. Poszliśmy do "Miłej" na piwo, gdzie Sted kolorowymi flamastrami podkreślił to, co młody autor ściągnął z niego, i to, co ze mnie. Następnie - dorożkarz dał się ubłagać tylko do Otłoczyna (10 km), dalej do Torunia trzeba było autostopem - pojechaliśmy wręczyć tak spreparowany tomik delikwentowi. Pisałem, że Steda i Bruna prędzej by odczytano jako zbruczańskiego Światowida, niż ludzi potocznych. Wyginając frazę i konwencję starałem się różnymi tropami powiadomić, że Sted był l u d z k i. Potrafił figlować, śmiać się, kochać, kłócić i obrażać. Ten jednostkowy i osobny, jak pisał w "dni przedostatnie". A w tej perspektywie zamierzonej śmierci tzw. "ludzkość" jawi się nie tylko jako wstydliwy, właśnie wstydliwy charyzmat, ale i jako konieczna, więc przewidziana, przegrana kosmicznego mutanta.
     Nie byłem z nim ani wokół niego w lata ostatnie. Mogę tylko z perspektywy dwudziestu pięciu lat zgadywać. Choć nie chcę. Wiem, i to chciałbym przekazać - zawsze panował nad odbiorem, niekoniecznie reżyserował, raczej poddawał się fali, ale zawsze pamiętał o pisarstwie jako rzeczy naczelnej. Ileż to razy przychodził, a w całej Polsce się to działo, bo i mną wiatry różne miotały, i mówił - "Januszu, znowu tylko dwie linijki!", a był wymięty, ze szczeciną blond włosów (on, który pisał "łaźnia bogini"!), zblazowany i smutny. Nawet kiedyś, gdy niechcący strącił szklankę z kawą, szklankę, która rozbiła się rzeczywiście ciekawie, pół żartem, na poły smutno szepnął: "Widzisz, nawet kiedy niechcący coś rozbijam, to i tak artystycznie!". Ktoś, kto czyta Steda, poddaje się elegancji jego stylu, urzeczony bywa muzyką zdań, giętkością frazy, rysunkiem kompozycyjnym - niechaj pamięta, że osobliwe to pisarstwo własne żyły, własny osprzęt, mówiąc żeglarskim językiem, na te zdania rozpięło. Nie wiem, czy kiedyś znajdzie się człowiek, który o sobie powie, że chyba wyprzedził Boga i dlatego został tak strasznie samotny. Jeżeli grał w pokera - grał metodycznie. Cała jego twórczość to poker, ale jak zagrany i w j a k i s y s t e m u j ę t y! Sted był r e l i g i o - t w ó r c ą. Zżymał się, kiedy mu to mówiłem. Ale proszę odczytajcie go od Całej Jaskrawości kolejno aż po Apendyks do Fabula Rasa. Pomijam filiacje buddyjskie., Schopenhauera itp., bo w ten sposób wszystko można byłoby wytłumaczyć. Myślę o tym wielkim "Słowie", które proroczo, odchodząc, nam przekazał. I kilka zdań osobnych. Wracałem ze Stuthoffu z córkami i żoną, mieszkaliśmy w Jantarze i wybrałem się tam, aby pokazać im to, czego oby nigdy nie widziały więcej. Po drodze narwaliśmy naręcza kwiatów, a na Wiślanej Mierzei jest ich pod dostatkiem - może to ostatnie miejsce na głogi, żarnowiec, dzwonki, miłki, arniki nizinne, wrzosy białe (właśnie! Prawie jak w Szkocji), kwiaty fanaberyjnego buka, bez koralowy i owoce brekinii. W domu usłyszałem przez radio: "Dziś w nocy umarł wybitny polski pisarz Edward Stachura." W kilkanaście minut później Krzysiek Ćwikliński przysłał telegram "Sted nie żyje". Po śmierci metodycznej, złej, odwracającej pojęcie zła i dobra, śmierci roztopionej - bo zbiorowej, ta ŚMIERĆ osobna, więc prawdziwa? Kto chce, niech zrozumie. Zrobiliśmy z córkami ogromny bukiet z zerwanych kwiatów i poszedłem w morze, najdalej, dokąd mogłem pójść nie pływając, aby go Stedowi rzucić. Wracał kilkakroć. Musiałem popłynąć i rzucić bardzo daleko od brzegu. Wówczas morze przyjęło w imieniu Steda i Bruna. Morze, które wytrąciło im biodro.

Inaczej, inaczej rozkwitała orchidea mięsożerna tragedii Bruna.
Bruno był ugrzązł w osławionym "terenie". Zwróćcie PT Czytelnicy uwagę na reprodukowane listy oraz na te poniższe:
Wielebny! Ave Agresti! (?)
Dzisiaj odebrałem list na poczcie. Nie wiem dlaczego leżał od soboty. BUUM! Przyjedziesz do Grudziądza - nie do Wąbrzeźna! Tam moje biurko. Dojeżdżam w teren, co rano. Nie byłeś nigdy - o, Księciu - w mojej, dulębie, kędy Yrta wschodzi i zachodzi, przekornie. Zaraz, gdy wrócisz i z zagranicy daj znać. Odeślę powtórną i będzie jak trza! (albo jak nie). J o ormowcach to ja ci też opowiem. Miałem z nimi co innego. K + M + C! W roku 67 miałem stypendium im. Borowskiego. Czy dadzą po raz drugi? Zapytaj. Ściskam serdecznie Twoje oraz Żony i Dziatwy grabule - Bruno
(dopisek Żony Bruna)
Serdecznie w "szczękę" całuję, jednocześnie życzę słońca i pogody Ducha, gdy będziesz między tymi, co bratanki
Irena (Yrta)
albo fragmenty (Bruno, Jakże nas niewiele wyprzedziłeś!) "Kampuczy Pol- Pota" o lesie - wciąż współczesnym - pisarza:

19.9.71
Wielebny Januszu!
Poszedłem do roboty, do Zakł. Mięsnych, jako klasyfikator żywca. Praca w terenie (na 3 powiaty). Urodziła mi się córeczka. Adwokat z Torunia cały czas mnie (za ów "Azyl") nalatuje. Chyba będzie sąd! Mój tomik... od kwietnia leżakuje. Lada dzień chyba przyślą. Dostałem pozytywne recenzje...
(...)
(...) A gdybyś był nad Trynką zajrzyj w moje dulęby. Masz pozdrowienia od Yrty. Ściskam prawicę - - -
Bruno
PS. Pozdrawiam Wandę (żonę czyli!) oraz córeczki!
To były, podobnie jak obok zamieszczone, krwią i żółcią pisane listy, ale bywały i takie na poły beztroskie, na poły wcale wesołe, w tym ładnym słowa "wcale" pojmowaniu:

4.4.68 r.
Wielebny Januszu!
Koniec końców - korkowiec mi odebrali w jakiejś pijalni. Wróciliśmy z Wojtkiem zagubieni. Obudziłem się na bocznicy we wtorek rano. Dobrzeję. Myślę, że i Ty także górnie w dobra obrastasz. Ściskam prawicę - Bruno
(dopisek przyjaciela Bruna Jerzego Śwtątkowskiego)
Stary Mój! Ładne historie. - - - Jestem tu tj. Bruno gości mnie bezbłędnie (3 dni!). Załatwiam formalności związane z przyjęciem mnie na l rok studiów plastycznych (na ASP w W-wie). Może mi to się uda. (...) Pozdrawiam babiniec i Ciebie - - - Jerzy.
Gdzież ten Bruno nie pracował! W jakich zawodach, on, który marzył o prywatnych nagrodach fundowanych przez niego, o piśmie, o którym mógłby powiedzieć: "moje", o działalności publicystycznej. On, który odgrażał się napisaniem powieści - a mogłaby stać się rewelacją. Rubaszność Bruna i jego plebejski humor, nieokiełznana skłonność do robienia psikusów i kawałów bardzo przypomina charaktery bohaterów Haska, Hrabala lub, tak bliskiego mojego sercu, Jana Drdy. Nic też dziwnego, że podczas pobytu w Pradze Bruno czuł się nad Wełtawą tak, jakby to jego rodzinna Wisła czy Trynka była. Ale za parawanem z legendy i kawałów, z rubaszności i szerokiego gestu - miotał się z kąta w kąt Bruno prawdziwy, subtelny i nieśmiały, w wiecznej pogoni za groszem, w ustawicznym strachu, że nie dość prawdziwym i dobrym jest ojcem i mężem, jeśli nie daje rady zapewnić domowi swemu minimum egzystencji. Jakże przeżywał swoje niepowodzenia, pokrywając poczucie klęski werniksem sowizdrzalskich wygłupów. Każda z jego książek kilka wydawnictw przynajmniej odwiedziła. Dopiero za drugim "podejściem" Komisja Kwalifikacyjna ZLP zechciała jego kandydaturę do Związku pozytywnie rekomendować. Tak, ale było to już po nagrodzie "Poezji", więc i ten fakt musiał być brany pod uwagę. Sted nie miał takich trudności z drukiem książek, jakkolwiek, gdyby me wierna mu zawsze "Twórczość", później "Miesięcznik Literacki", także niewiele miejsca mógłby znaleźć w naszej społeczno-literackiej prasie!
Bruno miał przy tym jakieś szczególnie "zezowate" przeznaczenie. W sytuacjach zdawałoby się na sto procent bezpiecznych - jego odnajdywało nieszczęście, niezawinione, przypadkowe, ale obciążające. Tak jak w/w sprawa z Azylu jak wiele innych. Sklejany ciągle na nowo po każdej nie włóczędze, ale wyprawie po złote runo (które poślednią wełną w rezultacie się objawiało), dom powoli zaczął przypominać bardzo nieforemną budowlę. Po triumfalnym okresie kolejnych nagród Bruno został zapoznany. Bohaterem sezonu literackiego został kto inny, jego zapraszano na różne sympozjony, wiosny, maje itd. z nawyku, no i jako laureata, którym można byłoby się przed księgowymi przedsiębiorstw współorganizujących daną imprezę pochwalić. Wiedział o tym, ale jechał, zawsze z nadzieją, że kilka stuzłotówek dla domu ocali.
Po palmowej niedzieli nastaje zawsze Wielki Tydzień. Nieszczęścia poza tym, jak mówi stare przysłowie, chodzą parami. Śmierć trzeciego dziecka. Rozwód. Bezdomność i koczowanie po przyjaciołach. Wreszcie oczekiwany wybór wierszy i umowa na książkę dawno już hołubioną i wymarzona Gwizdy w obecność. Tej już nie doczekał. Doczekał się za to haniebnej zdrady ulubionego swego ucznia, chyba tylko po to, aby tradycji biblijnej stało się zadość. W przeddzień śmierci zjawił się w Toruniu elegancki i wytworny - takim widziałem go po raz pierwszy w życiu. "Wiesz - powiedział - mam wieczór w "Elanie", muszę być trzeźwy i porządnie wyglądać". Istotnie był to ostatni wieczór Bruna. Następnego dnia upomniała się o Niego jego ziemia, jezioro, o którym mówił: ..przecież ja je znam, ja jestem stąd". Powiedziałem po jego śmierci młodym poetom zgromadzonym na brzegu: "No i macie nowego Świętego!" - chociaż oni właśnie Brunowi by niieba przychylili. Recenzję o jego wyborze zamieściła "Poezja" w numerze, który ukazał się w Toruniu dzień po jego śmierci. A pisałem tam, że "każdy wybór jest przymiarką do wieczności". I nigdy nie zapomnę i zawsze odtąd z Brunem będzie mi się kojarzył polonez Ogińskiego Pożegnanie Ojczyzny, który na wieść o jego śmierci zagrała w studenckim klubie nieznana mi dziewczyna.
Idą przez percepcję czytelniczą dwaj znakomici i bardzo polscy poeci - Bruno i Sted. Poeci z pokolenia, które zawsze, niezależnie od chęci, było nieobecne. Wymanewrowywane przez kolejne nasze klęski i epoki sukcesów. "Poeci z daleka od lady" - jak mi kiedyś radził Sted zatytułować książkę o dziewięciu poetach rówieśnikach, książkę tyle razy już odrzucaną, że nie ja się tego będę wstydził jeśli jej nie wydam. Idą przez percepcję czytelniczą - Bruno i Sted. Jeżeli ich rysy choć troszkę przybliżyłem, w tych migawkowych i powyrywanych z dwudziestu pięciu lat znajomości fragmentach, jeśli pokazałem ich inaczej niż powoli zarastająca legenda - spełniłem swój obowiązek przyjaciela i poety.


JANUSZ ŻERNICKI ("POEZJA", nr 9, 1981r.)


powrót