Stachriada w Świdniku - 8 lutego 2003
więc ja powiem, ze dziewczyna ktora recytowala Steda teksty
(Zobaczysz i Jest juz za pozno) byla rekomendowana do przez JanKa do szkoly
teatralnej i rzeczywiscie mowila to bardzo aktorsko. za bardzo. bo jak to
ktos powiedzial - Stachura to zwykly facet byl a nie aktor. i robic
przedstawienie z jego zycia to niesmaczne.
Gloria

Marek Galazka, ktory wystapil z synami - na codzien muzykami z
zespolu Tymona Tymanskiego, zagral poteznie, rockowo.
Havro
Gałązkowie grali ostro, ale pieknie. ja wiem ze nie wszyscy poeci lubia po
ostremu, ale jak sie okazalo sa i tacy (prawda Mala?? :)). ja lubię. i
dlatego Biała Lokomotywa zaspiewana z tak wielkim impetem i uruchomieniem
wszystkich (jak na moje niedoskonałe muzycznie ucho) mozliwosci instrumentow
wykorzystywanych do tworzenia muzyki rockowej wyszla swietnie. az sie czulo
pęd tej lokomotywy. ale jego autorskie teksty nie robily na mnie juz takiego
wrazenia. moze dlatego ze nie wiedzialam z czym je zjesc, jak do nich
podejsc, bo czlowieka ani odrobinki nie znam...
za to poznalam jego synow, szczegolnie Filipa G. ....... ;) kariera muzyczna
przed nim, gral na gitarze i spiewal (szczegolne ze na co dzien jest
perkusista) gdy inni juz padli z nog... a gdy inni wstali, padl on. :)
Gloria
Przez cala czesc oficjalna, prowadzacy impreze Jan Kondrak, nie
szczedzil publicznosci historyjek z zycia Steda, choc nie tylko, bo
i o Witku wspomnial, i o Bruno, czym utwierdzil swoja, i tak mocna
juz, pozycje czolowego polskiego stachurologa.
Havro
nie szczedzil tez innych celnych uwag. :Pa teraz wystapi Havro
Bośniak z okolic Szczecina. Bosniak bo bez butow. Havro rzeczywiscie wylazl
na scene kompletnie boso nawet ebz skarpetek, jako ze wszystko co mial przez
droge na stopach bylo mokre. ale nie wszyscy goscie to od razu wiedzieli i
mogli byc zdziwieni.
POlka tradycyjnie juz niemalzne przedstawiono Apolinary najpierw Polak, a
potem Poległ. dopiero krzyki z widowni uprzytomily JanKowi blad. POlek
musial przedstawic sie sam :)
Gloria

Po wystepie Marka Galazki przyszedl czas na czesc mniej
oficjalna, ktorej wiekszosc publicznosci niestety nie doczekala.
Zaczely sie mini koncerty i mini recitale.
Havro
ja doczekalam i bardzo sie ciesze, ze juz mozna bylo odetchnac. bo
poczatek zalatywal nieco oficializmem i troche to tremowalo. a potem mozna
bylo juz spiewac i spiewac i spiewac...
Gloria
Potem wywialo mnie precz w pierwszy samochod jadacy do Lublina,
ale wiem, ze wina zostalo jeszcze sporo, wiec moze Gloria wam opowie o reszcie ;)
Havro
zgadza sie, wina zostalo, a nawet okazalo sie, ze i szampan
niegdysiejszy sie znalazl, ktorego degustacje i proby smakowania pozwolily
dno butli zobaczyc... :)
jak dla mnie (jak sie potem okazalo - nie tlko dla mnie) wielkim wydarzeniem
wieczoru objawil sie niejaki Sebastian Stefanski. gdy rozmawialam z
czlowiekiem przed jego wystepem, sprawil wrazenie cichego, spokojnego,
skrytego, lagodnego i delikatnego. gdy usiadl na scenie i poprzez bląd
włoski spojrzał poniekąd złowrogo na widownię, zaczęło się. głos donosny,
mocny, pełny, głęboki... przerazajacy wrecz. a do tego teksty - siejace
spustoszenie wewnetrzne, ale nie pozbawione pozytywow.
z malo dotad znanej strony dal sie poznac Havro ze swoja melorecytacją. i
chociaz ja juz kiedys chyba cos podobnego slyszalam, to wyśpiewany przez
Havro fragment Całej Jaskrawości w akompaniamencie Klubu Dobrej Piosenki z
Lublina robił wrażenie. :)
a potem dyskusje i śpiewanie po swit, prywatny recital JanKa w "garderobie",
dla pozostalych przy zmyslach i przytomnosci (mialam to szczescie do konca
:)), perla chmielowa (rodem z klasztoru!)...
a od rana Lublin i zapoznanie z miastem ponoc przekletym... a potem to juz
tylko co sil do domu :)
Gloria

Max:
Żaba wraz z Havrem zdała wam już relację ze Stachuriady w Świdniku.
Ja zrobię coś nieco innego, opowiem Wam jak to wyglądało z oczu kogoś nowego,
z moich oczu.
Wyruszyliśmy ( my to znaczy Żaba i ja ) z dworca Centralnego w Warszawie pociągiem do Lublina, a z stamtąd busem prosto do Świdnika. Podróż, pomimo
złowieszczych prognoz metrologicznych, przebiegła bardzo sprawnie. Śnieg wprawdzie nadał Lublinowi egzotyczny wygląd, ale nie zakopał go, więc wszystko było
dobrze. Świdnik zaskoczył nas mnogością domów kultury ( napotkani przechodnie podawali aż trzy lokalizacje), więc znalezienie właściwego zabrało nieco czasu.
Kiedy byliśmy już blisko do naszych uszu dotarła muzyka, nie pozostawiając wątpliwości, że to ten właściwy. Przypuszczam, że to JanKo miał próbę.
Znaleźliśmy się w środku. Wnętrze domu kultury świeżo odnowione. Czysto, całkiem sympatycznie. Po plecakach było widać, że z daleka przybyliśmy, więc do
garderoby (zaimprowizowanej w sali plastycznej) nas skierowano.
I nawet jak się okazało, że na scenie nie występujemy zdana nie zmieniono. Ukłon do organizatorów. Czajnik gorący, kawa, herbata bez znaczenia nie były w
mroźny wieczór. Po chwili JanKo się pojawił, dłoń uścisną i nieco zaniepokojony zapytał gdzie reszta.
Kilka minut napięcia i reszta pojawiła się tłumnie. Najpierw wiele nie znanych twarzy ( wtedy, a dziś na zdjęciach nawet utrwalonych ) potem, Ci których z pisania
uprzednio znalem jedynie. I to spotkanie z Wami było najcenniejsze. Tak trafnie ujął to POlek w "W tym mieście", że pozostaje mi jedynie do tego tekstu odesłać.
Garderoba zapełniła się. Wszyscy pochłonięci przygotowaniami do występów, a ja bezproduktywnie siedzę.
Odczucie pustki trwało ledwo moment. Ja też miałem coś do zrobienia. Wyjąłem z plecaka torbę foto, z niej aparat, obiektyw i lampę. Nieco nieśmiało zabrałem się do
pierwszych zdjęć ( to te kolorowe, jeśli kto widział ). Nikt nie protestował więc nieśmiałość znikła prędko, pozostała profesjonalna ciekawość. JanKo oznajmił, że
koncert czas zacząć, więc wszyscy przemieściliśmy się do głównej sali.
Sala była pełna, miejsc wolnych ledwo kilka. Zająłem jedno z ostatnich po lewej stronie ( dużo nas tam znajomych było, co na zdjęciach widać ), ale siedzieć w jednym
miejscu nie było mi dane. Raz na krześle, raz na podłodze, na środku, z boku, tak wędrowałem nieustannie aby utrwalić to co widzę. Błyskałem lampa, ale nikt się nawet
nie skrzywił, bardzo to przyjemne było.
A najprzyjemniej wspominam te chwile oficjalnego koncertu, kiedy siedziałem blisko Was. Z Żabą, na podłodze za lewym głośnikiem w zasłuchaniu. To były te chwile
kiedy odkładałem aparat. Chciałem tylko słuchać. Ale on do łask wracał prędko. Czułem, że powinienem robić tamte zdjęcia.
O muzycznej stronie Świdnickiej Stachuriady napisane jest już wiele. Muzycznie było dobrze, nawet bardzo dobrze. Wiem bo nie opuściłem żadnego koncertu, nie tak
jak niektórzy ;)
Stachuriada to wszak nie tylko koncerty, ale i to co między nimi a zwłaszcza po nich. Życie "kulturalne" kwitło do świtu. Większość uczestników obyła się bez
snu, inni poprzestali tak jak ja na symbolicznych dwóch godzinach. Choć byli też tacy co jeszcze przed nastaniem kolejnego
dnia udali się na spoczynek, pozbawiając innych swojego towarzystwa ( POlek mówił, że bardzo zmęczeni byli ;)
Najlepiej zapamiętałem scenę kiedy to Karolina, Homer i ja wygłupialiśmy się w wąskim korytarzu przy dźwiękach gitary i śpiewie POlka. Nie trwało to więcej niż
kilkanaście minut, lecz było nad wyraz ekspresyjne ;)
Stachuriada w domu kultury zakończyła się rano, kiedy to wszyscy zostali poproszeni o opuszczenie gościnnych murów. Tamtego ranka, nie wszyscy wyglądali
dobrze. Po wyglądzie widać, było kto oka nie zmrużył. A jak kto kosztował miejscowych specjałów w nadmiarze ( jak jeden Filip na przykład ;) to już żadnych
wątpliwości nie było.
Opuszczenie domu kultury jednak końcem Stachuriady nie było. Została nas trójka: Żaba, Homer i ja. Nasz kroki skierowaliśmy do Lublina. No może nie zupełnie same
kroki, bo PKS się przydał. Jeszcze na przystanku PKS w Świdniku spotkaliśmy niespodziewanie Karolinę i POlka, którzy wyszli z MOKu przed nami. Spotkanie
to tym oto zdjęciem zaowocowało:
Zwiedzanie Lublina miało swój początek na dworcu. Pierwej zwiedziliśmy miejscową komunikację autobusową i za jej sprawą trafiliśmy na starówkę. Śliczny poranek
był, lecz mroźny wyjątkowo. Za moją namową wstąpiliśmy na herbatę do Mc'd. ( była niedziel 9 rano, niewielki wybór był ), bo herbata myśli rozjaśnia i kaca koi.
Był zupełnie pusty, więc nawet przyjemnie było zupełnie jak nie w Mc'd.

Kilku godzinny spacer po uroczych uliczkach Lublina i rozmowa, dużo bardzo rozmowy. Spacerowalibyśmy pewnie tak jeszcze długo, gdyby
nie przenikliwy mróz. Zziębnięci trafiliśmy do baru mlecznego (lub czegoś o zbliżonym standardzie). Tam podjęta została decyzja o zakończeniu imprezy, bo sytuacja
się patowa zrobiła. Mróz odebrał nam chęć do spaceru kolejnego, a szczupłe finanse uniemożliwiały lokali okupowanie. Pociąg odjeżdżał niedługo, a do następnego
ponad cztery godziny były.
Już na stacje jechaliśmy, kiedy to Żaba wpadła na genialny pomysł - obiad stachuriadowy na stacji zrobić. W myśl ogólnie znanego przepisu: "do chleba ser,
do picia deszcz" nabyliśmy serki, pieczywo i jogurt (bo się Żaba o niego dopominała). Obóz rozbiliśmy na ławce w hali głównej dworca naprzeciw kas.
Sądząc po minach nie małe zdziwienie powodowaliśmy naszą biesiadą ;) Po objedzie przyszło z sennością natarczywą nam się potykać. Ale walczyliśmy dzielnie i
nikt z nas nie usną. Zamiast tego rozmowa się zaczęła. Niezwykle ważna dla mnie rozmowa.
Dopiero odjazd pociągu zakończył Stachuriadę, my pomknęliśmy w stronę Warszawy a Homer zapewne do łóżka.
Radości z tego spotkania starczyło na wiele dni euforii.
fot.: Max, text: Gloria i Havro oraz Max
POWRÓT