CAŁA JASKRAWOŚĆ
Wszelka literatura zaczęła się od poezji i do poezji zmierza. "Poezją" w najszerszym znaczeniu nazywają niektórzy wszystko, co się pisze po to, aby się podobało, a więc i prozę - wiadomo jednak, że w pisaniu artystycznym chodzi w końcu o tę poezję, którą tworzą poeci. O co więc? Jedni nazywają to "wizją świata", "uogólnieniem", " prawdą o człowieku", inni "esencją objawiającą się w obliczu spraw ostatecznych", jeszcze inni "tym, co wzniosłe w człowieku" itd., a wszyscy wiedzą, że tak czy inaczej pojętą poezję ukazać można jedynie za pośrednictwem słów. Przekaźnikiem poezji jest język, mowa. Kto lepiej włada językiem ten jest więc bliższy źródła poezji, bo poezji bezsłownej nie ma. (O "poezji" w muzyce czy plastyce mówią zazwyczaj ci, co się na tych sztukach mało znają).
Talent poetycki objawia sie wcześniej, toteż prawie każdy pisarz zaczynał od układania wierszy. Nie ma niezmiennych praw i regół w świecie twórczego ducha, zdarza sie więc, że w wieku 20 lat napisać można doskonałą powieść, zazwyczaj jednak powieściopisarz dojrzały to pisarz po czterdziestce. Dla debiutujących prozaików trzeba więc być bardziej pobłażliwym, niż dla poetów. A dla autorów publikujących jednocześnie tom wierszy i tom opowiadań lub powieść?
Mam właśnie w rękach powieść poety Edwarda Stachury pt."Cała jaskrawość". Fragmenty tej prozy czytałem przedtem w "Twórczości", tam też ogłaszał on swoje poezje. Wiersze bez rymu i wyraźnego rytmu różniły się od prozy wyglądem graficznym, a w treści - brakiem ciągłej anegdoty, ale ich wewnętrzny ton brzmiał tak samo. Wolę jednak tę książkę prozy od niedość wymownych wierszy Stachury. "Cała jaskrawość" to też poezja, ale to, co zowią "wizją świata" roztacza się w niej szerzej, widoczniej i ładniej niż w wierszach.
Nie jest to więc powieść jak inne, nie wabi ciekawą fabułą, postaci ludzkich w niej - niewiele, kompozycja jakby nie istniała. Opowiadający wędruje z kolegą Witkiem, pracuje z nim przy szlamowaniu basenu w parku zdrojowym i u wieśniaczki Potępowej - obaj radują się światem i nad sensem świata po poetycku deliberują. Tak by można najkrócej zasygnalizować ukazanie się tej książki i tak też to zrobiono na obwolucie.
Wgłębiwszy się jednak w opowieść, dostrzegamy, że te "dzisiejsze poetyckie wagabundy" pracując doraźnie, aby wyżyć i wędrując, aby zaznać swobody, dążą, jak w dawnych mitach, do odsłonięcia "całej jaskrawości", całej prawdy o bycie. Inaczej jednak, niż ich sławni literaccy poprzednicy, nasz wędrowiec (bo ów Witek toważyszący narratorowi jest tylko jego cieniem, jego alter ego) od razu jest w raju: szystko co robi i czego doświadcza, wydaje mu się godne zachwytu. Oto przykład: "Zjedliśmy i zapaliliśmy pierwszego papierosa. W natchnieniu. Wszystko w natchnieniu, każdy nasz ruch, gest ręki, zmrużenie powiek, skinienie głowy. Każdy nasz ruch i każda myśl ciężka, tysiąc ważąca i każda myśl zawrotna i każda lekka, zwiewna jak dotyk jedwabiu i każda zwykła, śmiertelna. Wszystko. Wszystko w natchnieniu tym przedziwnym, że żyjemy."
Wszystko robili w natchnieniu jak dzieci w czasie zabawy. Ale jak długo można żyć w takim uniesieniu? Toteż w zachwytliwym wielosłowiu Stachury, w potoku coraz to innych określeń tego samego przedmiotu czy zdarzenia szumi także, gdy się wsłuchamy, śmiech, szeroki śmiech, niewiadomo: z bezgranicznej radości istnienia czy z kpiny z tejże uciechy, a może i z tego i z owego?
Ta właśnie (świadoma czy nieświadoma) dwuznaczność w stylu opowiadacza bawi i czaruje czytelnika. Nic to, że autor się powtarza, że opowieść jest za długa, bo prawdę o owej "całej jaskrawości" wyłożył poeta już w połowie książki - nic to, wszystko mu uchodzi i czytamy jego poezję prozą z uśmiechem, jak utwór - gdyby takie były - dorosłego dziecka. (Niektórzy krytycy twierdzą, że poeta to wieczne dziecko)
Opowiadacz, jak dziecko, nie wierzy, że umrze. Ma w prawdzie za sobą , jak twierdzi, zwycięstwo nad dwiema niebezpiecznymi rzeczami: nad kolorowym dzieciństwem i nad snem, ale my mu nie wierzymy: aby tak czuć, trzeba zachować w sobie w całej krasie i kolorowe dzieciństwo i zdolność do marzenia.
Jak klasyczni wędrowcy poetyccy w poszukiwaniu ostatecznej prawdy dotarł bohater Stachury zezwłok zwierzęcy i poprzez pusta noc - do takiej konkuzji: "Zobaczyłem całą jaskrawość. Zobaczyłem całą jaskrawość tego, że tu nie chodzi ni o śmierć, ni o życie, ni o sens i bezsens, ni o istotę i istnienie, ni o przyczynę i skutek, ni o materię ducha, ni o dobro i zło, ni o światłość i ciemności i tak dalej, i tak dalej, ale o coś zupełnie innego. Chodzi o to wszystko razem wzięte i podane na tacy." I dalej: "Zobaczywszy całą jaskrawość, więc zobaczywszy całą jaskrawość, można dalej śmiało żyć. I nawet coraz śmiało. Co też będę czynił." (Czytelnik żachnię się na niepoprawnę "coraz śmiało", ale Stachura robi to rozmyślnie).
Nie jest to rewelacja - ta objawiona "jaskrawość" - ale na tle tego, co jest modne w młodej poezji i prozi - brzmi jak nowość, jak manifest zahartowanego przeżyć optymizmu. Jakże często równieśnicy Stachury jęczą wierszem i prozą o "udręce istnienia", uprawiając kult rozpaczy. Twórczość Stachury jest zbawienną odtrutką na panoszący się u nas desperacjonizm, napawa wiarą, że nie wszyscy młodzi muszą dzisiaj udawać zgorzkniałych staruszków.
JULIAN PRZYBOŚ
"Życie Warszawy" Nr 308 dnia 27.12.1969
powrót