Andrzej Moszczyński
Edward prawdziwy
Wyobrażałem sobie, że nasza znajomość dopiero się zaczyna, że jeszcze jest w początkowej, choć już wybujałej fazie, kiedy przyjechawszy do Warszawy dowiedziałem się, że od tygodnia nie żyje. Znałem go tylko kilka lat i mieszkaliśmy w różnych miastach, ale spotykaliśmy się dość często i prowadziliśmy ze sobą skondensowaną, napiętą korespondencję.
Zaczęło się od jego kilkutygodniowego pobytu w Oslo. I to, co wtedy nastąpiło, było niezwykłe. Coś jak wznowienie czasów gimnazjalnych, z włóczeniem się po mieście i okolicy i spędzaniem razem wszystkich wolnych chwil. Rozmowy unikające odgradzania się od siebie, stopniowe kredyty poufności, wzajemne prześciganie się w wirtuozerii sformuowań, pławienie się w poczuciu własnego świata odrębnego od codzienności i górującego nad jej środkami. Właściwie było to nieustające seminarium spraw, które nas absorbowały, prowadzone w formie gry towarzyskiej i w atmosferze zwykłego zaprzyjaźniania się. Cała mistyka tego świata. Jak bez tych zdań opisać, czym był Stachura? Uwielbiał ten tryb życia. Umiał go uprawiać. Czytam, że się o nim mówi, iż był trubadurem. Czy to znaczy, że byliśmy w tych dniach trampami? Biografowie piszą, że Edward był bardzo zajęty słowami, dotarciem do prawdy słów. Byliśmy trampami? Jak mówić, czym byliśmy, jeżeli się o nas mówi słowami i mamy nie docierać do prawdy słów?
Czytałem wiele wypowiedzi określających osobę Edwarda. Wszyscy omawiają pisarza, pogłębiając omówienie sądowaniami osobowości pisarskiej, psychicznych źródeł wypowiedzi, ale bez jednego, w moim pojęciu właśnie podstawowego, kluczowego członu. Wygląda to tak, jakby omawiano Stachurę bez omawiania spraw Stachury. Żeby omówić sprawy osoby, trzeba wyjaśnić to, co było rdzeniem, osią tego, co się omawia. Żadna znana mi biografia nei omawia skoligaceń Edwarda z naukami ścisłymi. Poznałem go w okresie, kiedy pisał "Wszystko jest poezja". Jedną z głównych osób występujących w książce jest biofizyk. Nie jest to osoba fikcyjna. Biofizyk jest pracownikiem PAN, jeździ na konferencje naukowe po całym świecie. Ci, którzy znają dobrze Edwarda, mówią, że w szkole interesował się fizyką. (Mickiewicz przecież też). Pokazałem mu książkę Heisenberga "Fizyka i filozofia", przeczytał jednym tchem. Wyciągałem go często na rozmowy w dziedzinach nauk przyszłych raczej niż dzisiejszych. Tutaj wydawało się, że mamy najwięcej wspólnoty myślowej. W moim wyobrażeniu Edward albo przeczuwał przyszłą fazę unifikacji wiedzy, albo tylko wyczuwał niedobory tradycji, a pewnie miał jakieś swoje konkretne rozważania, co jest inaczej niż by było lepiej w tym względzie. Nie usłyszałem od niego takich deklaracji, ale wykazywał gotowości pojęciowe w tych tematykach, które uważałem za najbardziej specjalne, złożone, nieoczywiste.
Pisarstwo Edwarda leży w ścisłej analogii do typowych problematyk filozofii natury. Znajomość tych problematyk jest jednak szczególnie niska w świecie. Niska do tego stopnia, że nawet światowi eksperci są w gruncie rzeczy mało obeznani z obrazem dziedzin, którymi się zajmują. W tym gąszczu trudności wysiłki Edwarda miały tę przewagę, że były wyrażane ekspresją, a nie formułą, czyli mogły dać upust intuicji, tej formy wyobraźni, która jest szybsza niż systematyzacja ściśle skonwencjonalizowana.
Jego język wypowiedzi jest szczególnie obfity w zabarwione patosem lapidarności bez ewidentnego wytłumaczenia znaczeń. Można to traktować jako brak kompetencji do omawiania spraw nauki. Co powiedzieć jednak, jeżeli najbardziej znany filozof skandynawski (prof. A. Naess), kiedy chce napisać sedno problemu, pisze zdanie: "Świat jest tym, czym jest"? Ten typ budowy myśli znamionuje również klasycznego dzisiaj Wittgensteina, a właściwie w ogóle jest często uprawiany przez filozofów.
Jednym z głównych frontów dzisiejszej filozofii jest sprawa materialistycznego zreferowania środowiska mentalnego, do której należy cały szereg podspraw, takich jak biologiczne przesłanki języka, stosunek abstraktu do materii, humanistyczny charakter koncepcji prawa w naturze, ewolucyjne nawarstwianie się przymiotników osobniczych. Żaden z tych tematów nie jest dzisiaj ani przez naukę, ani przez filozofię tak opracowany, żeby opracowanie miało szeroką akceptację czy choćby było ogólnie znane. Prawdą sytuacji jest raczej powszechniść kontrowersji poszczególnych stanowisk.
W tych warunkach napisał Edward swoje "Się". O osobowości, która się dzieje, w której nic nie jest czym innym niż funkcjonowaniem. Nie wiem, jak można omówić ten utwór bez odniesień do problematyk naukowego redukcjonizmu, do filozofii typu tej, którą historia zna pod imieniem Hobbesa, z których pierwsze były Edwardowi znane na pewno, a drugie w każdym razie pokrewne.
Społeczeństwo świata dziś jeszcze nie przetrawiło siedemnastowiecznego Lewiatana, a zmagania Edwarda na pewno należą do problematyki od stuleci opisywanej symboliką Molocha. Społeczeństwo-maszyna, machina żądająca posłuszeństwa. I bunt przeciw niedowierzaniu realizmowi przedmiotu "maszyny" i bunt przeciw konieczności subordynowania się żądaniom maszyny. Maszyna-logika. Maszyna-prawo. Bunt przeciw maszynie?
schemacie
jak ty nie lubisz tych co ci się wymykają
(...)
bo nie sięga za obręb
ni miesz twój ni obręcz
(...)
pomóż wspomóż dopomóż wyjątku czuły
odeprzeć tłumne armie reguły
Dramat rozdźwięku między standardem słowa a lotnością myśli, między koncepcją faktu a naturalnością stanu. Dramat konfliktu konkretnej realności z Regułą. To wszystko są osie konstrukcji uprawianej przez Edwarda. Ale jak trudno mu było wyrazić te treści! Jak mu się, takie niekiedy odnoszę wrażenie, treść wymykała jednoznaczności! Czy był tej konstrukcji świadom? Może w różnych fragmentach mówił o różnych aspektach i można tylko śledzić, czym był zajęty, a nie doszukiwać się jednorodności tematycznej, albo posądzać o niekonsekwencje w tekstach? Kto dzisiaj, bez niego, może wyjaśniać takie kwestie?
"Nie ma właściwie szczeliny między światem a słowem o nim, rzecz w tym, żeby dobrać włąściwe słowo do tego, co się dzieje ze mną wtedy, gdy idę, patrzę dookoła siebie, palę papierosa, piję piwo, rozmawiam z Potęgową i tak dalej."
O czym są te zdania? Można wiedzieć bez wprowadzenia? Żadne słowo nie odda, a tu nie ma szczeliny? Rzecz w tym, żeby dobrać właściwe słowo, rzecz w tym, by nie stawiać kropek nad ypsilonem. A pewnie też wiara w sprawność zestrojeń między słowem a wyobraźnią. Jakże potrzebny byłby Edward, żeby go teraz zapytać, czy to tak...
Problematyka wydolności identyfikacyjnej werbalizmu jest jedną z tych najbardziej awangardowych dyscyplin dzisiejszej praktyki teoretycznej filozofii. Wygląda na to, że na przykład jest szalenie trudno formułować tak, żeby odbiorca nie mógł równocześnie prowadzić swego pseudorównoważnego, a istotnie sprzecznego z intencją narratora, wątku tematycznego. Trudno uwierzyć, bo przecież rozmawia się tak łatwo, no i zna się te trudności na codzień, a bez wrażenia, że są istotnie złożone. A jednak. Właśnie okazuje się, że cały nasz świat interpretacji jest bardzo kruchy i pewny tylko w zakresie opracowanych rutyn. Kraże odejście od rutyny grozi awarią. Czytając wypowiedzi o Edwardzie łatwo ulec wrażeniu, że być zaabsorbowany słowami, że to, co go interesowało, to słowa. To nie jest to samo upierać się przy słowach i upierać się przy wyjaśnianiu nieewidentnych treści słów i nieewidentnych funkcji słów.
W moim wyobrażeniu Edward był wewnętrznie uwikłany w jakiś konflikt ze standardem pojmowania, który nie pozostawiał mu wiele z tych swobód funkcyjnych, które występują naturalnie, kiedy się nie stoi w takim konflikcie. Jego twórczość jest, jak sądzę, projekcją tego konfliktu.
Wyobrażam sobie, że został osaczony psychicznie, mentalnie, przez którąś z pułapek dyscypliny formułowanej oczywistościami. Że był ofiarą terroru oczywistości. Czyli uważam, że jego przypadek należy do probematyk techniki pedagogiczno-psychologicznej, czyli właściwie do psychiatrii w rozumieniu "nauki o zjawiskach psychocznych". To przeciw brakowi takiej dyscypliny, jak sądzę, protestowały jego wiersze.
Nie jest bynajmniej rzadkie, iż filozofowie, a także naukowcy mają tego rodzaju problemy. I nie jest bynajmniej faktem, że dzisiejsza psychiatria panuje nad specyfiką zjawiska. Zjawisko jest w ogóle poza rutynami identyfikacji w dzisiejszym społeczeństwie. W biografii (K. Rutkowski, "Miesięcznik Literacki", luty 1981) można przeczytać, że w ostatnim etapie twórczości Edwarda Stachury chodziło o odpowiedź na pytanie, co robić, aby nie popaść w fałszywe sytuacje wyboru, z których każde wyjście jest pozorne. Jak to wyraził Edward: "Innymi słowy, robić tak, by znieść pytanie (przez odkrycie oczywistości tego pytania i oczywistości odpowiedzi)."
Z tego, co wiem o nauce, nauka nie zawiera opracowania dialektyki konfliktów mentalnych. Ja bym uważał, że Edward mówił o tym, że oczywistości nie dają miejsca interpretacji, że oskarżać interpretację odzwierciedlającą postać dramatu jest absurdem.
Biografia przedstawia, że "w dialogu z Edwardem chodziło o sprawy wiedzy w znaczeniu materialistycznym, co dla mnei oznacza pokrewieństwo z rozumowaniami Platona, a również z problematyką poznawczą, tak jak ją referował Kartezjusz. Czyli uważam, jest to dyskusja należąca do odwiecznej kontrowersji filozoficznej dotyczącej teorii faktu i obejmującej rygory orzekania poznawczego, kontrowersji, która jest ciągle równie aktualna i dzisiaj. Nie rozumiem dlatego, kiedy autor biografii znajduje jednak rzecz możliwą do prostego skonkudowania, pisze, że z powyższego wynika, iż "w ten sposób wartość słowa poetyckiego znajduje swe spełnienie, materializuje się w napiętym i wymownym milczeniu".
W moim pojęciu oznacza to skanalizowanie sprawy nie tylko odrębne, ale i sprzeczne z wysiłkami autora. Nie sądzę bowiem, że chodzi w nim o określenie milczącego stanu doznawania treści jako źródła znaczenia pojęcia.
W moim pojęciu ze Stachurą dzieje się to, co się działo zawsze z dziełami takich jak on, pozostając w tym stopniu niezrozumiane, w jakim były oryginalne, zostają omówione w tym trybie, który usiłowały zdyskredytować. Nie jest to właściwie nawet zarzut dla biografa. Sprawa jest odwieczna i ogromnie skomplikowana. Zapewne przez to skomplikowanie wciąż taka aktualna. Biografia K.R. jest nawet, uważam, świetna. Ale to nie wystarczy, żeby nie zagubić Stachury.
Przez twórczość Edwarda, a także przez tekst biografii, przewija się pewna bardzo szczególna sprawa, granicząca z dziedziną rzeczy ponadzmysłowych, tajemniczych, takich jak telepatia. Dosłownie nie nazywana, ale wyrazista, jak zresztą i w ogóle w życiu, w świecie.
"Tekst nie może miec jednego autora, nikt nie jest do końca właścicielem tekstu, tak jak nie jest właścicielem języka, którym się posługuje na codzień. Tekst jest niczyj i tekst jest wspólny. Nie można powiedzieć: oto napisałem dramat, wiersz, powieść, ponieważ utwory te cały czas się ustoczą, zderzają w różnych miejscach i czasach, narastają, pulsują, pasują znaczenia, rodzą się w drodze i są przesywane z powietrza."
Jeżeli dodać do tego cielesność prawdy i jeszcze mechanistyczne pojmowanie osobowości, bardzo silnie eksponowanie w "Się", trodno nie sądzić, że mowa tu o metafizyce mentalności. Ale nauka nie lubi metafizyki. Tradycja zna głównie znaczenie "czary" pod tym pojęciem, prawie nikt z poza kręgu specjalistów nie wie nawet, co to jest ontologia.
Ludzie zajmujący się mechanistyczną teorią człowieka doznają znacznych presji socjo-fizjologicznych (nie ma na to standardowego pojęcia). Biografię K.R. kończy zdanie, że Edward "zmarł śmiercią, jak każda śmierć, tragiczną". Wydaje mi się, że nei należy tak pisać o tym, co było losem Edwarda. Edward zginął. Był partyzantem literatury i poległ pełniąc swoje funkcje frontowe. Pół roku przed śmiercią zaczął doznawać zaburzeń halucynacyjnych. Miał widzenia na jawie, makabryczne, koszmarne. Był leczony, uległ tajemniczemu wypadkowi, którego jakby nie zdecydował się uniknąć, stracił rękę, tę rękę, którą grał na gitarze. Bardzo go to dotknęło. Depresja się pogłębiła, przechodził ostre leczenie, przeciwhalucynacyjne. W tym czasie dalej pisał. Pisał bardzo gorzko, trochę tak samo, dużo inaczej niż przedtem, ale już ostentacyjnie gorzko. W dniu swojej śmierci napisał list do nas, "do pozostałych". List pełen żalu i oskarżeń, testament osaczonego. Niby pisze, że nie wini nikogo, a spisuje listę przyczyn, dla których umiera, z takimi zwrotami jak "bo już zostałem... najdosłowniej i najcieleśniej ukrzyżowany". Odebrał sobie życie, bo uważał, że tak najbardziej przysłuży się sprawie. Jakiej sprawie? Czy nie sprawie osaczonych, skazanych na halucynacje, dewiantów dyscypliny Rutyny?
Rzeczy mogły, prawdopodobnie, potoczyć się inaczej. Prawdopodobnie mógł być wyleczony. Ale jego tragedia nie byłaby przez to anulowana. Byłby dalej bojownikiem tej sprawy, za którą oddał życie. Awangadystów filozofii nie jest wielu. Jakieś promille populacji, ułamki promille. Wiedzieć, jakie są ich sprawy, nie jest łatwo. Prawie nikt ich nie spotyka wśród tych, których spotyka, a nawet z tych, którzy ich spotykają, niewielu, jeżeli w ogóle ktokolwiek, uczestniczy w ich problemach. W dziurach, jakie pochłąniają całe otoczenie. Od niedawna cierpi na tajemniczy uwiąd ciałą. Pewien znany filozof angielski jest na leczeniu psychatrycznym. Tradycja zawsze mówiła o zdziwaczeniu filozofów. Nauka jeszcze nie dotarła do wyjaśnienia ich zagadki. Za tę sprawę, w moim pojęciu, oddał Edward swe życie.
Napisał poemat "Kropka nad ypsilonem". Nad ypsilonami nie stawia się kropek, co robić z ypsilonem, nad którym postawiono kropkę? W moim pojęciu Edward zmagał się z kropkami, które pojawiły się nad jego ypsilonami i zaminiły je w absurdy. Dlatego też, uważam, miał tyle nadziei w fizycznym, cielesnym traktowaniu prawdy. Cielesność (rozumiana metateoretycznie) eliminuje dowolność abstraktu i absolutu.
15.4.1981
Powrót