W dniach 10-14 sierpnia br. już po raz drugi w Bieszczadach odbędzie się Rozsypaniec - impreza, która przejęła tradycję Bieszczadzkich Aniołów. Wśród wykonawców zagra m.in. Federacja z programem "Stachura-Poematy" (koncert odbędzie się w sobotę na polanie koncertowej za Restauracją Bieszczadzką - Skup Runa Leśnego w Dołżycy).

Szczegółowy program w tym miejscu.

Stachuriada w Grochowicach w tym roku odbędzie się w dniach 24-26 czerwca. Organizatorzy przewidzieli wiele atrakcji. Od warsztatów po spektakl teatralny. Szczegółowe informacje można znaleźć na stronie internetowej Gmina Kotla.
W dniach 24-26 czerwca w Grochowicach, gmina Kotla, woj. dolnośląskie, odbędzie się 17. Stachuriada.

STACHURIADA 2011

PROGRAM:

24. czerwca 2011 – dzień warsztatowy

12.00-19.00 Realizacja warsztatów
muzycznych (14.00-18.00)
"MÓJ GŁOS – MOJA PIEŚŃ" to warsztat pieśni i pracy z głosem, skierowany do tych, którzy pragną poznać swój głos w oparciu o pieśni tradycyjne i czują potrzebę śpiewania „całym sobą”.
Zapraszam do doświadczania emocji i radości płynących ze śpiewu i spotkania.
Warsztat poprowadzi:
Anna Jegerska – Michalska,  aktorka, pedagog, pieśniarka, animator kultury. Absolwentka Uniwersytetu Opolskiego wydziału Pedagogiczno – Historycznego kierunku Pedagogika Oświatowo – Artystyczna ze specjalizacją w dziedzinie muzyki. Absolwentka Akademii Praktyk Teatralnych w "Gardzienicach".

plastycznych (15.00-19.00)
"Ja - Drzewo" - działania plastyczne wykorzystujące różnorodne techniki plastyczne ukierunkowane na pracę sensoryczną, wyobrażeniową, emocjonalną.
Koryna Opala - Wnuk - teatrolog, reżyser teatralny, arteterapeuta, trener technik kreatywnego myślenia, terapeuta zaburzeń sensorycznych, trener komunikacji niewerbalnej, wykładowca kilku uczelni w Polsce. Prowadzi warsztaty autorskie w USA, Singapurze, Niemczech, Włoszech. Kierownik Artystyczny Instytutu Rozwoju w Indiach. Autorka książki "Sztuka, która pomaga dzieciom".

teatralnych (15.00-19.00)
"Maska" - prowadzenie Michał Wnuk, aktor, student ostatniego roku PWST we Wrocławiu, wydział lalkarski, arteterapeuta, prowadzi warsztaty i staże z zakresu animacji przedmiotu, arteterapi, zadań aktorskich.

teatralnych (TAQ 12.00-16.00)
"Impuls tworzenia" – prowadzenie Edward Gramond (Teatr Terminus A Quo)


ok. 19.00 Spektakl Terminus A Quo - „Wniebowzięcie” - reż. Edward Gramond z zespołem

Wybrane fragmenty tekstów Edwarda Stachury "Siekierezada albo zima leśnych ludzi", "Kropka nad ypsylonem", "Iście", "Się" - posłużyły Edwardowi Gramontowi do napisania scenariusza sztuki

W przypadku grup zorganizowanych, które wcześniej zgłoszą chęć uczestnictwa w warsztatach oraz podadzą ilość osób (do 15.06), organizator ma możliwość zarezerwowania noclegów w namiotach od dnia 24.06 do 26.06.2011 r.

20.30 – recital Lecha Dyblika - „Ojciec mój Lenin”

ok. 22.00 Plenerowy seans filmowy - Siekierezada reż. Witold Leszczyński


25. czerwca 2011

10.00 – rozpoczęcie warsztatów dla uczestników przeglądu

13.00 – 14.30 – Lalki - działania teatralne dla dzieci – Michał Wnuk

13.00 – 16.00 - „Kłopotliwy” teatr – warsztaty interdyscyplinarne – GAG oraz Stowarzyszenie dla Dzieci i Młodzieży SZANSA – Głogów - "Kłopotliwy" teatr, to propozycja dla starszej młodzieży i dorosłych. 
Poprzez dramę chcemy zaprezentować jakiś trudny do rozwiązania problem. Celem jest znalezienie rozwiązania, poprzez interakcję
i aktywność odbiorców. Aby udało się to osiągnąć przeprowadzimy krótkie warsztaty z technik scenicznych, a pomoże nam w tym doświadczona GAFA.

16.00 – Przegląd Piosenki Poetyckiej „Wyśpiewać poezję”

19.00 – koncert zespołu „Nieobecni”

20.00 – koncert zespołu „Pudełko zapałek”

21.30 – Spektakl Teatru im. Adama Mickiewicza z Częstochowy „Stachura”, w roli głównej Piotr Machalica

23.15 – koncert Renaty Przemyk – Akustyk Trio


26. czerwca 2011

14.30 - „Szuflandia czyli literackie wyprawy do krainy wyobraźni” - działania animacyjne dla dzieci

16.00 - Warsztaty poetyckie dla dzieci i młodzieży (Kotla sp i gimnazjum oraz dzieci z Głogowa nagrodzone na Konfrontacjach Literackich) - Głogowskie Stowarzyszenie Literackie

17.30 – rozwiązanie konkursów poetyckich - Głogowskie Stowarzyszenie Literackie

18.30 – 20.00 – Poezjobranie przy ognisku czyli slam poetycki – otwarta prezentacja tekstów poetyckich własnego autorstwa lub tekstów ważnych dla osoby prezentującej - Głogowskie Stowarzyszenie L

Pewnie większość miłośników Stachury dobiegła już wieść o rozpadzie SDM-u, zespołu, który ma ogromny wkład w popularyzację piosenek poety. Znając działaność muzyczną członków grupy można być pewnym, że usłyszymy o nich jeszcze nieraz, może pod tym samym szyldem, ale w innym składzie? Czas pokaże.

Równocześnie na firmamencie ciągle powiększającego się grona muzycznych interpretatorów twórczości Stachury pojawił się nowy zespół: BaBu Król. Grupę tworzy dwóch muzyków z kapeli Pogodno. Pełen surrealizm. Może się to podobać lub nie (miłośnikom Pogodno raczej się spodoba). Ale nie ulega wątpliwości, że takiego Stachury jeszcze nie było.

Poniżej lista koncertów, które odbędą się w ramach trwającej właśnie trasy koncertowej, promująca krążek "Sted" (premiera 14 kwietnia br.).

31.05 Jelenia Góra Pestka Festiwal Teatralny
6.06 Warszawa Festiwal Wyłącz System
7.06 Rawicz DK
8.06 Bydgoszcz Mózg
23.06 Kotla Festiwal - Stachuriada
29.06 Pasterka
14.09 Zamość

stachuraikowbojeStachura i kowboje to książka, w której postać Stachury jest tylko pretekstem, by opisać szerszy kontekst karty z historii dziejów. Czytelnik tej książki zupełnie inaczej spojrzy na rzeczywistość PRL-u, turystyki górskiej, czy opozycji demokratycznej. Mamy przyjemność opublikować treść tej książki na łamach portalu Stachuriada. Zapraszamy do lektury i - pozostawienia swojej opinii - a najlepiej udziału w dyskusji na temat jej treści w komentarzach pod tekstem. Przedwczoraj - w środę 5.01.br. zamieściliśmy pierwszy rozdział książki. W najbliższych dniach ukażą się kolejne fragmenty.

Tekst książki dostępny jest w tym miejscu. Wkrótce pojawią się kolejne rozdziały. Zachęcamy do lektury i - do komentowania.

banita-okladkaBanita zespołu Parafraza to niecodzienna synteza muzyczno-poetycka. Do tej pory, owszem, pojawiały się pojedyncze interpretacje piosenek Stachury, utrzymane w stylistyce wykraczającej poza nurt szeroko pojętej poezji śpiewanej, jednak to pierwsza taka płyta w całości poświęcona temu poecie.

Parafraza jest zespołem grającym muzykę punk-rockową. Na scenie obecna od 1984 roku, Banita to druga publikacja CD tej formacji.

Premiera albumu do tekstów Edwarda Stachury planowana jest na 29 czerwca. A już dziś w dziale Muzyka na naszej stronie do posłuchania Piosenka dla zapowietrzonego w wykonaniu zespołu.

plakat.dzienniki

Kolektyw "LeciEm na Grochów", Legalna, Wydawnictwo "ISkry" zapraszają na spotkanie promocyjne 1. tomu "Dzienników-Zeszytów Podróżnych" Edwarda Stachury.

Festiwal "Literatura na peryferiach", spotkanie 57, pt "POKER ZE STACHURĄ".

Poniedziałek, 8 listopada 2010, godz.19.

Siedziba orkiestry Sinfonia Varsovia, ul. Grochowska 272 (d.Instytut Weterynarii)

W rozmowie udział wezmą: Ernest Bryll, Jerzy Jachowicz, Andrzej Zaniewski; fragmenty "Dzienników" przeczyta Jacek Sut; piosenki Steda wykonają: Weronika Jegorow - wokal, Jagoda Jabłonowska - instrumenty perkusyjne. W trakcie promocji sprzedaż książki w cenie promocyjnej. Spotkanie poprowadzi Cezary Polak.

marekgalazka_plytaWydana właśnie płyta Marka Gałązki to 3-płytowy album podsumowujący jego dotychczasową twórczość muzyczną związaną z poezją Edwarda Stachury. W albumie pojawiła się specjalnie zredagowana przez Marka Gałązkę książeczka, na którą składają się najważniejsze dla niego cytaty z książek Edwarda Stachury oraz specjalny plik PDF z nutami i tekstami wybranych piosenek.

Marek Gałązka jest jednym z lepszych i dobrze znanych interpretatorów tekstów Edwarda Stachury. Album zawiera, to wszystko co dotychczas było najlepsze; ten jedyny i niepowtarzalny klimat, bardzo osobistej, artystycznej wypowiedzi. Dopełnia go książeczka z ulubionym cytatami Stachury wybranymi przez Marka Gałazkę. Jest mało prawdopodobne, aby w nadmiernie skomercjalizowanych mediach, szczególnie rozgłośniach, można było usłyszeć nagrania, z tej już z góry zaklasyfikowanej do swojej niszy, płyty. Dlatego tym bardziej warto się od maja b.r. udać do najbliższego dobrego sklepu muzycznego. Zaś słuchacze, którzy wolą bezpośredni kontakt z twórcami powinni wypatrywać informacji, o koncertach Marka Gałązki. Płytę możńa również zamówić bezpośrednio u źródła, szczegóły pod adresem: galazka.pl/2010/l_plyta.

marekgalazka_okladka

Rozdział 19

Pusty gościniec

A mogło być zupełnie inaczej1. Pokolenie westmanów mogło się wydoskonalić, zamiast przemieniać się w yuppies. Pozbyć się wad, zachowując to, co sensowne. Wyjść z kontrkultury i ściślej zjednoczyć się, zamiast brnąć w nią jeszcze głębiej lub popadać w atomizację społeczną. Przywrócić kontrolę członkowską nad organizacjami turystycznymi. Odróżnić to, co jest w Bieszczadach wartościowe, od czyhających pułapek – i to, co wartościowe, rozwijać. Cenić pozytywy, których dopatrywano się w Ameryce - nawet, jeśli okazało się, że Stany Zjednoczone do tych wyobrażeń nie dorastają. Raj na Ziemi nie istnieje2 – ale czy to znaczy, że mamy się pozbyć dążenia do Dobra? Mogli wreszcie nauczyć się patrzeć na losy Łemków i Bojków nie przez pryzmat własnych przeżyć estetycznych, tylko racji moralnych i zdrowego rozsądku.

Mogły grupy rekonstrukcyjne rozwijać się ewolucyjnie, tworząc na wzór kowbojów grupy z coraz to innych obszarów i okresów, nie roniąc nic z tradycji kowbojskiej, a jedynie wzbogacając ją o nowe elementy. Mogły nie musieć przeżywać rewolucji ani podnosić się po klęsce, a dziś nie być osaczane przez komercję, grożącą kolejną katastrofą.

Niestety, tak się nie stało...

***

Wehikuł czasu – to byłby cud!

(„Dżem”)



...I wiem, że coś jeszcze umarło tam (...). Marzenie naszych ludzi. Piękne marzenie... Krąg wspólnoty (...) rozprysł się na kawałki. Nie ma też środka. Święte drzewo umarło.”

(Czarny Łoś – za: Dee Brown „Pochowaj me serce w Wounded Knee”)




Z chlebakiem, plecakiem i przytroczonym doń namiotem, po górach, nizinach i wyżynach, po drogach kamienistych, piaszczystych i błotnistych, w różnych porach roku, dnia i nocy, wędruję tak po Polsce. Nie szukam żadnych nieziszczalnych marzeń, ani „szczęścia”, czyli stanu niekończącej się przyjemności. Szukam podobnych mnie wędrowców, resztek pokolenia westmanów, z jego zamiłowaniem do przygód i wiedzy, fachowym stosunkiem do turystyki i życzliwością dla ludzi, spotkanych na Szlaku. Szukam ludzi takich, jakich pamiętam z dzieciństwa, a jakich ostatnie przykłady widywałem jeszcze w liceum, w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Niestety, szukam na próżno. Choć bowiem szlaki górskie i brzegi jezior wypełniają tłumy coraz większe, nie są to bynajmniej westmani. W karykaturalnych szczątkach środowisk post-westmańskich, które jeszcze istnieją, brak jest zainteresowań intelektualnych i fascynacji Przygodą. Nie widzi się braterstwa – raczej zamknięcie na innych i indywidualizm. Także i oni uciekają już nie od „cywilizacji”, lecz od innych ludzi – i czują się bardzo zawiedzeni, gdy w trakcie wędrówki spotkają kogoś innego. Widomy to przecież znak, że ucieczka się nie udała3.... Nawet więc, jeśli mówią jeszcze „Cześć!”, myślą w rzeczywistości: „Bodajbyś przepadł!”. Gatunek turysty „przedkładającego cele poznawcze ponad inne” wyginął wraz z klęską pokolenia westmanów doszczętnie, niczym tur z Puszczy Jaktorowskiej. Można starać się go odradzać – tylko komu na tym dziś zależy? Jeśli było w tym coś dobrego, Niewidzialna Ręka Rynku odrodzi go sama. Jeśli nie odrodzi – widać był komunistyczny...

Co krok napotyka się za to w każdym ciekawszym i lepiej znanym miejscu tłumy konsumujących drobnomieszczan, spędzonych przez przemysł turystyczny i wszędobylską reklamę. Gdzie nie ma masowej turystyki – wyrastają domki letniskowe i wille oraz tablice: „TEREN PRYWATNY! WSTĘP WZBRONIONY!”. „Ludzi coraz więcej, człowieka coraz mniej”...

Rafał Ziemkiewicz pisał w cytowanym wcześniej artykule o ludziach „wypadniętych z czasu”. Im dłużej żyję, tym bardziej widzę, że jestem jakby ostatnim wojownikiem z wybitego do nogi plemienia, chodzącym po świecie, który był niegdyś jego, ale w którym nikt już nawet nie jest w stanie zrozumieć jego języka.

Czasem zdaje mnie się, że oto właśnie odnalazłem klimat pokolenia westmanów, jak choćby dwa lata temu na „Stachuriadzie” w Grochowicach, lub w bacówce pod Małą Rawką w Bieszczadach. Niestety, po bliższym przyjrzeniu się czar pryska jak bańka mydlana, zostawiając poczucie zawodu i nienasycenia.

Warszawa, grudzień 2010

1 R. 1989 nie przyniósł Polsce żadnej wolności (ani tym bardziej raju na Ziemi) – otworzył tylko możliwość legalnej walki o nią.

2 Tj. nawet nasz wspaniały bieszczadzki Dziki Zachód nie był rajem, choć był niewątpliwie czymś cudownym. Czy gdyby był rajem, mogłyby w nim istnieć negatywne zjawiska, o których pisałem w tej książce?

3 Ba, im nieraz nawet trudno jest wytrzymać dłużej we własnym gronie – ale czego można się spodziewać po ludziach, wychowanym w duchu indywidualistycznej, aspołecznej „wolności”?

Rozdział 18

Głosy z innego świata

Czasem zdaje mnie się, że to wszystko, co niegdyś widziałem na własne oczy i słyszałem na własne uszy, to tylko złudzenie, że pokolenie westmanów nigdy nie istniało, że nie było nigdy polskiej inteligencji, a jedynie yuppies i „klasa średnia”. I Ty, Czytelniku, który jeszcze pamiętasz czasy westmanów, zapewne również masz takie wrażenie. Nikt nie chce przecież narażać się na zarzut „tęsknoty za komunizmem”. Dziś zresztą obowiązuje „demokratyczny” dogmat, że o przeszłości nie wolno mówić dobrze, bo jest to nieracjonalna idealizacja, spowodowana wyrzucaniem z pamięci tego, co negatywne – i pozytywnym stosunkiem do czasów własnej młodości. Nie tylko mówić dobrze, ale idealizować wolno przecież wyłącznie przyszłość, wciąż oddalający się miraż kompletnego już „wyzwolenia jednostek” oraz dobrobytu.

Ja, na szczęście, na te sztuczki jestem już dawno uodporniony. Jednak świat, który widzę wokół siebie, tak mało ma wspólnego z rzeczywistością, którą przywodzą mi na myśl wspomnienia – że po prostu zaczynam zastanawiać się, czy aby pamięć nie płata mi figli.

Na szczęście jednak, ten świat nie całkiem zginął – pozostały po nim, jak po cywilizacji dawnych Rzymian - słowa, zapisane na kartach książek i pism. I te słowa te przekonują mnie, że ten świat, świat z moich wspomnień, istniał kiedyś naprawdę.

***

Opowieść o szeryfie kowbojskiej grupy rekonstrukcyjnej AKJ we Wrocławiu, którego członkowie grupy DOBROWOLNIE wybierali po to, żeby mógł mieć NIEOGRANICZONĄ WŁADZĘ nad nimi, czyta się dziś jak powieść science fiction1. Myślę, że dziś dla większości ludzi jest to absurd. Dla nich przecież wolność podejmowania decyzji i podporządkowanie się, to nie są dwie techniczne strony tej samej rzeczywistości, wchodzące ze sobą w różne kombinacje, by żyło się nam lepiej (albo - gorzej, jeśli się ich źle użyje). Są to natomiast dwie przeciwne opcje moralne, z których jedna jest dobra, a druga - zła2.

***

Dziś trudno też już nawet wyobrazić sobie, że 30-40 lat temu proponowano stworzenie przynajmniej w części Bieszczadów rezerwatu turystycznego. Miało to być miejsce przeznaczone wyłącznie dla – poza stałymi mieszkańcami – turystów kwalifikowanych. Chciano to osiągnąć przez zakaz budowy obiektów noclegowych o wyższym standardzie i ograniczenie ruchu motorowego do pojazdów na użytek własny mieszkańców, środków transportu zbiorowego i pojazdów specjalnych (należących do różnych służb i zapewne związanych z zaopatrzeniem). Przykład ten podaję po to, żeby pokazać, jak kolosalna przepaść dzieli obecnych Polaków, zwłaszcza tych „wykształconych, z dużych miast”, od ich rodziców, lub nawet ich samych sprzed dwóch dekad.

Tym bardziej trudno jest dziś zrozumieć, że rezerwaty turystyczne to nie był pomysł jakiejś „stukniętej” garstki nawiedzonych małolatów, lecz koncepcja, która powstała w głowach przedwojennych profesorów:


Idea utworzenia rezerwatów turystycznych była dyskutowana publicznie po raz pierwszy w 1935 roku podczas narady na temat „Turystyka w Karpatach polskich”. Z pomysłem wystąpił prof. Stanisław Leszczycki, reprezentujący pogląd, że polskich Karpat nie należy przegospodarowywać i że powinny istnieć pewne tereny, tak zwane rezerwaty turystyczne, dla wędrowców nielubiących masowego ruchu turystycznego. Zaproponował również, by terenem takim dla Beskidów Zachodnich stał się Worek Raczański w Beskidzie Żywieckim. Projekt ten poparł prof. Zygmunt Klemensiewicz, proponując rezerwat turystyczny dla Karpat Wschodnich z pasmami Czywczyna, Hnitessy, Baby Ludowej i Prełucznego. <<Powinien to być teren dziewiczy, jak obecnie, bez schronisk i znakowanych ścieżek>>” - pisze J. Rygielski w „Sporze o Bieszczady”.


Skąd pojawiały się takie projekty w głowach przedwojennych profesorów? Ano, widocznie w tamtych czasach w spędzaniu czasu wolnego widziano nie tylko indywidualną przyjemność oraz zarobek poszczególnych jednostek, ale i okazję do wielowymiarowego rozwoju człowieka, a także pożytek społeczny, z niego płynący. Nie wierzono też we wszechmoc komercji w zaspokajaniu wszelkich potrzeb ludzkich. Wiedziano choćby to, że taki sposób spędzania wolnego czasu, jakiemu sprzyjać miały rezerwaty, łączy się z popularyzacją wiedzy i ćwiczeniem silnej woli, czego nie zapewnia sama tylko fizjologiczna regeneracja na świeżym powietrzu, będąca istotą wczasów „popularnych”.

Oddajmy znów głos J. Rygielskiemu (rozdział „Miejsce dla wibramów”, s. 26-8):


Wartości górskiej turystyki nie należy szukać w sferze drobnomieszczańskich, kulinarno-hotelowych rozrywek (...) Dalecy jesteśmy od twierdzenia, że ludziom z wyższym wykształceniem należą się w górach większe prawa niż innym, ale zrównanie szans nie powinno polegać na upowszechnieniu gustów prymitywnych. Przeciwnie, jak najszerszym kręgom społeczeństwa należy oferować model turystyki wartościowej, kształcącej.

[To znów jest dziś niezrozumiałe, ponieważ każdemu skojarzy się z jakoby edukacyjnymi lekkostrawno-komercyjnymi ścieżkami przyrodniczymi, będącymi w założeniu „atrakcjami turystycznymi”, służącymi do spędzania możliwie największej ilości masowych turystów.]

Na Wschodzie i Zachodzie już dawno uznano turystykę górską za pożyteczny społecznie sposób spędzania wolnego czasu. Środkami finansowymi i administracyjnymi działa się na rzecz jego rozwoju.

We Francji nocleg wysoko w górach jest tańszy niż w dolinie, a ceny żywności są niższe niż w położonych przy szosach gospodach. Ale też i klientela jest tam inna niż w naszych schroniskach. Nie kursokonferencje, nie wczasy rodzinne, ale turyści z prawdziwego zdarzenia, którzy o piątej rano wybierają się na całodzienną wędrówkę. Od dziesiątej wieczorem rygorystycznie przestrzega się ciszy nocnej, a do pomieszczeń mieszkalnych można wchodzić dopiero o kolacji, co automatycznie wyklucza traktowanie schroniska jak hotelu.

[Jest to także myślenie dziś zupełnie niepojęte. Jaki sens ma pozbawianie się zysków w tak ciekawych miejscach, jak te, w których znajdują się schroniska? Jaki sens ma zaprowadzanie dyscypliny, co przecież musi zmniejszać ilość chętnych, zwłaszcza spośród tych, którzy mogliby zapłacić najwięcej?]

W wielu krajach oczywiste stało się również przekonanie, że inne prawa w stosunku do przyrody muszą przysługiwać znającym się na niej i jej nie (lub przynajmniej mało) szkodzącym, inne zaś spragnionym rozrywek. (...)

Umówmy się, że mówiąc „turysta” mamy na myśli osobnika, który cele poznawcze przedkłada ponad inne i jest gotów ponieść wysiłek intelektualny i fizyczny dla wzbogacenia wrażeń, wyniesionych z wędrówki. (...) Natomiast nie są w tym rozumieniu turystyką wczasy, ani też inne formy rekreacji, których głównym celem jest wypoczywanie.”


Dziś nawet nie jesteśmy już w stanie pojąć, o co chodziło pomysłodawcom rezerwatu. Dziś nie ma przecież turystyki ”prawdziwej”, kwalifikowanej, i opartych na fizjologii wczasów. Jest po prostu „turystyka”, łącząca jakoby pozytywy tamtych dwóch. Nikt też już nie zadaje pytań takich, jak te z książki Michałowskiego i Rygielskiego w „Spór o Bieszczady” (s. 62):

  • Jaka jest turystyczna pojemność Bieszczadów (czy jakiejkolwiek innej części kraju)?

  • Czy po sezonie równowaga biologiczna wraca do normy?

Zamiast tego, zadaje się jedno pytanie, zupełnie inne:

  • Jak ściągnąć do Polski kolejne miliony masowych turystów, jak najwięcej do każdego regionu, by Polacy mogli wreszcie dogonić „Zachód” w poziomie konsumpcji?

***

Równie dziwnie, wręcz groteskowo brzmią słowa Piotra Topińskiego z książki „Kampinoskie bobry” (wydawnictwa „Alfa”, Warszawa 1987, obwoluta):


Pragnę przekonać Czytelnika, że zorganizowanie naukowo-dydaktycznej wyprawy do pobliskiego lasu, który niekoniecznie musi być od razu Puszczą Kampinoską, może być nie mniej frapujące, niż udział w ekspedycjach na Antarktydzie, Spitsbergenie czy Oceanie Indyjskim.”


Ci, którzy czytają takie słowa dziś, muszą być przekonani, że autorem ich jest mitoman. Cóż może być tak interesującego w „zwykłym”, polskim lesie, że porównuje się go z Antarktydą? Ale to jest właśnie różnica poznania polegającego na zdobywaniu wiedzy od „poznania”, polegającego na „zaliczaniu atrakcji”, co rzutuje na zupełnie inny sposób patrzenia na te same rzeczy. Masowy turysta domaga się ciągłych nowości, rozrywek, które szybko go nudzą – i nie znosi bezsensownego oraz uciążliwego, jego zdaniem, wysiłku poznawczego. Ocean Indyjski, Antarktyda – są dla niego ciekawe, bo nowe, bo nie przywykł do nich. Ale jaka jest obiektywna wartość takiego myślenia, skoro dla mieszkańców wybrzeży Oceanu Indyjskiego zwykłe jest z kolei właśnie to otoczenie, w którym żyją, a europejski las jest czymś egzotycznym? Turysta, który „cele poznawcze przedkłada ponad inne”, sięga głębiej - i odkrywa coraz to nowe wiadomości, znajdując w tym przyjemność i zyskując za swoją wiedzę szacunek w swoim otoczeniu. Okazuje się bowiem, że każda część świata jest ciekawa sama w sobie i ma swoje osobliwości, niespotykane gdzie indziej.

Masowa turystyka działa niestety zupełnie odwrotnie, niż ten rodzaj turystyki, który kiedyś zwano kwalifikowaną. Turystyka kwalifikowana czyni z rzeczy, zdawałoby się, zwykłych – bardzo interesujące i nadzwyczajne. To jest właśnie naukowy sposób patrzenia na świat. Czy wiedzielibyśmy tyle o pospolitym zwierzęciu domowym, jakim jest koń, gdybyśmy zamiast interesować się nim i badać, ograniczyli się do oczywistego z nienaukowego punktu widzenia stwierdzenia: „koń jaki jest, każdy widzi”? Turystyka masowa działa przeciwnie – ona udostępnia za pieniądze miłośnikom rozrywek tę Antarktydę, Spitsbergen i Ocean Indyjski – przekonując ich ostatecznie, że są to miejsca nudne - gdy tylko przestaną być nowe.

***

Tak samo dziś trudno nam jest sobie wyobrazić nawet, że celem pierwszej demonstracji ekologicznej w okresie PRL, 2 maja 1976 r., nie była „obrona praw zwierząt”3, lecz ochrona Wielkopolskiego Parku Narodowego przed domkami letniskowymi ludzi z nomenklatury komunistycznej (nad jez. Małym Rosnowskim; wśród domkowiczów byli m. in. emerytowany generał, wyższy oficer Służby Bezpieczeństwa, dyrektorzy zakładu). Brała w niej udział młodzież liceów z Poznania i grupa dorosłych, w której znajdował się bankowiec – czy wyobrażacie sobie współczesnego bankowca, protestującego przeciw domkom letniskowym? Niektórych uczestników spotkały potem nieprzyjemności (pisze o tym Zbigniew T. Wierzbicki w artykule „Pierwsza manifestacja ekologiczna w PRL”, „Przyroda Polska”, VII 1990).

Dziś każdy może najwyżej żałować, że to nie jego domek stoi nad jeziorem – zresztą liberałowie wmawiają nam, że to jedyny możliwy powód sprzeciwu. Dawna nomenklatura stała się przecież nową, „prawdziwą” (bo gospodarczą) elitą narodu, chwaloną i naśladowaną przez wszystkich.

„Nowoczesny” miłośnik przyrody jest bowiem wegetarianinem, a swoją miłość do natury przejawia w wyjeżdżaniu z ulubionym pieskiem lub kotkiem do położonego nad leśnym jeziorem domku letniskowego. Domki podobnych „miłośników przyrody” odcięły niejednokrotnie zwierzynie dostęp do wodopoju, zdewastowały otoczenie florystycznie i krajobrazowo, obecność i sposób zachowania ich mieszkańców płoszy miejscowe zwierzęta, a czworonożni pupile polują na nie4. Cóż to jednak „nowoczesnego miłośnika przyrody” obchodzi5?

***

Podobnym głosem z innego świata jest, gdy słyszę, jak pewien opozycjonista, zatrzymany przez milicję, tłumaczył się, że nie wyda kolegów, ponieważ nie chce, żeby przyszłe pokolenia miały o nim opinię taką, jak o jednym ze spiskowców z okresu rozbiorów, który załamał się w śledztwie.

Pobrzmiewają tu jakby echa „Pieśni o Rolandzie”, w której znajdująca się w beznadziejnej sytuacji drużyna ślubuje swemu wodzowi wierność: „Z pewnością nie przyniesiemy ci wstydu, i jak tylko Bóg pozwoli, [po śmierci] nie będą o nas mówić źle”. Jest to odpowiedzialność przed historią, zupełnie niezrozumiała w epoce, w której panuje materialistyczna dewiza „po nas choćby potop”, oraz niewzruszone przekonanie, że śmierć to problem, który nas nie dotyczy6.

***

Nikt dziś też nie mówi nam, jak wielkim dobrem jest inny człowiek obok nas. Że nie jest on gratem, zawadzającym nam drogę, frajerem do wykorzystania, ani potencjalnym wrogiem. Że nie jest „towarem” który zawsze występuje w nadmiarze. Że nie jest prawdą, iż usługi innych ludzi zawsze będzie można kupić, nie przejmując się relacjami międzyludzkimi, bo „każdy chce zarobić” – i że w związku z tym usługodawcy nie należy się wdzięczność. Że swojego standardu życia nie zawdzięczamy wcale wyłącznie sobie – lecz także innym ludziom7, w tym również wszystkim poprzednim pokoleniom, do doświadczeń których „ludzie nowocześni” odczuwają taką pogardę.

1 Zwłaszcza dziwne musi się dziś wydawać, że na takie porządki musiał godzić się wielki, zdawałoby się, indywidualista, jakim był Edward Stachura, który wszak brał udział w jednym z kowbojskich rajdów.

2 Podobnie tak oczywiste dla westmanów zestawienie turystyki z patriotyzmem i wojskowością wydaje się obecnie nonsensowne. No, bo co może mieć wspólnego z wojskiem wakacyjne słodkie nieróbstwo, połączone z maksymalną intensyfikacją przyjemności? Wojsko to wszak zawód, nie rozrywka - a w dodatku przecież polega ono na nieprzyjemnym wysiłku i równie nieprzyjemnym podporządkowaniu się.

3 Po 1989 r. utożsamiono bowiem ochronę środowiska z „obroną praw zwierząt”. Znów trzeba wytłumaczyć, na czym polega różnica, bo dzisiejsi ludzie tego nie zrozumieją. Ochrona przyrody była ochroną przyrodniczego dziedzictwa narodowego, wynikającą z pobudek użytkowych, naukowych i patriotycznych. „Obrona praw zwierząt” wynikała natomiast z:

  • rozdzierającego liberalne społeczeństwo konfliktu między jednostkami ludzkimi, owej liberalnej wojny gospodarczej wszystkich ze wszystkimi,

  • konieczności znalezienia sobie bliskiej istoty w tym świecie wzajemnej wrogości, a następnie ochrony jej tak, jak się dawniej, w czasach, które miały być jakoby „komunistyczną utopią”, chroniło bliskich sobie ludzi,

  • przenoszenia swoich stosunków z tą istotą na inne zwierzęta.

Owo utożsamienie spowodowało kompromitację idei ochrony środowiska w oczach normalnych ludzi. Słusznie traktowali oni pomysły zrównywania w prawach ludzi i zwierząt jako patologię i dziwactwo. Okazało się, że na tym właśnie ma polegać ochrona przyrody – a więc jest ona głupia.

Wobec takich, jak wyżej wspomniane, źródeł, „obrona praw zwierząt” łączyła się z kampanią antropofobii i nieliczniem się z interesami ludzi – nic dziwnego, skoro mieli przecież być źli („dobry jestem tylko ja i zwierzęta”). Poskutkowało to więc również przeciwstawieniem idei ochrony przyrody interesom ludzi. Ochrona przyrody okazała się więc być nie tylko głupia, ale i szkodliwa. Wykorzystały to natychmiast środowiska liberalne gospodarczo, widzące w zasadach ochrony przyrody, tej prawdziwej, barierę dla nieograniczonej konsumpcji środowiska, mającej w myśl ich doktryny powodować „rozwój”, a więc reprezentować właśnie interesy ludzi. Tak więc interes człowieka został utożsamiony z interesem zasobnych w pieniądze chuliganów. Spowodowało to zepchnięcie owych trzeźwo myślących do ich obozu. Wiązało się to również z utożsamianiem, w myśl światopoglądu liberalnego, racjonalizmu i rozsądku z dążeniem do własnej egoistycznej korzyści.

Zwróćmy też uwagę, że program „obrony praw zwierząt” milczeniem pomijał kwestie ochrony roślin i środowiska jako takiego. Ważne było, żeby poszczególnym osobnikom miłych zwierzątek nie działa się krzywda. Nie trzeba, oczywiście, dodawać, że oparta na chorych emocjach i lansowana przez media „obrona praw zwierząt”, wypierała w tej sytuacji prawdziwą ochronę środowiska również wśród działaczy ochroniarskich, tzw. ekologów. To znaczy, coraz mniej w ich myśleniu i działaniach było z ochrony przyrody, a coraz więcej – z „obrony praw zwierząt”. Ochrona przyrody okazała się bowiem czymś nazbyt intelektualnym, jak na czasy, w których założono kierowanie się emocjami i ślepą wiarę rozpalającym je „autorytetom”, zaś bagaż kultury inteligenckiej uznano za komunistyczny śmietnik, którego należy się pozbyć. Kogo zresztą miało w czasach, gdy jawnie potępiano dobro wspólne, obchodzić jakieś dziedzictwo narodowe?

4 Plaga domków letniskowych jest również jednym z głównych instrumentów szerzenia się kosmopolityzmu lokalnego, który w obecnych warunkach (otwarte granice) bardzo łatwo przekształca się w kosmopolityzm międzynarodowy. Właściciel domku letniskowego nie jest bowiem ani mieszkańcem, ani gościem na danym terenie – ma przywileje jednego i drugiego, a żadnych obowiązków. Przy czym te przywileje są prawami na szczeblu luksusowym, są to często wręcz przywileje, których pozbawiona jest miejscowa ludność (najpiękniejsze fragmenty danej okolicy na wyłączny użytek właścicieli daczy!). Zwróćmy też uwagę, że przywileje te zostały KUPIONE. Nic dziwnego, że w czasach, gdy jedyne obowiązki, na które się godzimy, to te, za których wypełnianie dostajemy pieniądze i panuje przekonanie, że wszystko powinno być do kupienia, ta szkoła kosmopolityzmu cieszy się ogromnym powodzeniem.

5 Warto tu zwrócić uwagę na jeszcze jedną charakterystyczną cechę ludzi tamtych czasów, nie tylko westmanów. Otóż szczytem postępu technicznego/cywilizacyjnego nie były dla nich najnowsze modele samochodów, komputerów i komórek, lecz podbój Kosmosu. Czyli bądź co bądź coś wymagającego dużej wiedzy, łączącego się również z Podróżą – i poszerzającego ludzkie horyzonty. Dziś jest to oczywiście tylko kolejna rozrywka dla znudzonych biznesmenów – z tym, że dla bardzo bogatych.

6 Jedno jest sprzeczne z drugim? To nic, nie pierwszy to przykład na wewnętrzną sprzeczność i brak konsekwencji w dominującym dziś światopoglądzie.

7 Wszystkim, którzy myślą, że swój standard życia zawdzięczają jedynie sobie, proponowałbym w celu wyleczenia się z liberalnej pychy samotny wyjazd na teren o powierzchni Polski, zupełnie bezludny i porośnięty lasami. Taka szkoła przetrwania – ale nie rozrywkowo-komercyjna, w wersji „light” dla biznesmenów i imprez integracyjnych, tylko prawdziwa. Ciekawe, czy potrafiliby zapewnić sobie standard, na jakim żyją w obecnych dużych miastach, o ile by w ogóle przeżyli.

Rozdział 17

Próby odbudowy

Klęska, która miała być wolnością, rozwiała nasze marzenia. Do tamtych czasów „nie mogło być powrotu”, ponieważ nasze wartości z tamtego okresu „nie zgadzały się z kapitalizmem i demokracją”. Kto jest przeciw „kapitalizmowi i demokracji” – ten w myśl teorii dwóch możliwych ustrojów siłą rzeczy musi być komunistą, a w „najlepszym” razie – nazistą. Co właściwie na jedno wychodzi, ponieważ liberałowie gospodarczy i tak głosili, że nazizm to socjalizm, a zatem właściwie - komunizm. Koło się zamknęło.

A jednak pojawili się ludzie, którzy postanowili wskrzesić świat wartości poza materialistycznym „nowoczesnym społeczeństwem” raz jeszcze, odbudowując od podstaw świat westmanów – tyle, że w innym miejscu. Zrobili to instynktownie, nie mając żadnej łączności z przemilczanymi przez jednych, a programowo zapominanymi przez drugich poprzednikami, opierając się bardziej na dziedziczonych odruchach. Byli to członkowie grup rekonstrukcji historycznych oraz miłośnicy nowych dyscyplin sportowych, zwłaszcza ekstremalnych. Nie protestowali już przeciw niczemu i z niczym nie walczyli – bo przeciw czemu protestować w raju na Ziemi? I o co walczyć? O powrót komunizmu1? Nie utożsamiali się też aż tak silnie z obiektami swojego odtwórstwa2 i nie próbowali eksponować „skompromitowanych” wątków artystyczno-wspólnotowych. Skupili się natomiast na – jak się im zdawało – „bardziej realnej” - bo łatwiejszej do zaakceptowania przez materialistów – nauce oraz wiedzy i umiejętnościach praktycznych.

Faktem jest, że marksiści wiecznie wycierali sobie buzię materializmem naukowym i że nauka jest mniej subtelna od sztuki oraz więzi międzyludzkiej. Tyle, że liberałowie gospodarczy od dawna już trąbią, iż nauka, zwłaszcza teoretyczna, to „socjalizm” i gotowi są zaakceptować jedynie wynalazczość – pod warunkiem, że „znajdzie ona sobie miejsce na wolnym rynku” – czyli dostarczy dużych i szybkich zysków.

Rekonstruktorzy historyczni postanowili sobie znaleźć w skomercjalizowanej, materialistycznej rzeczywistości niszę, przekonani, że „wolny rynek” uszanuje ich tożsamość i autonomię, gdy będą z nim posłusznie współpracowali. Niszę, w której znów liczyła się będzie wiedza i umiejętności, a nie tylko zasobność portfela, i gdzie możliwa byłaby prawdziwa przyjaźń oraz autentyczne przygody, nie tylko „atrakcje dla turystów”. Kontestację systemu zastępuje uczestnictwo w nim przy zachowaniu autonomii. Współpraca z nowym ustrojem miała polegać na dawaniu pokazów i sprzedaży wyrobów na imprezach komercyjnych, mających ściągać tłumy turystów „by zostawili pieniądze”. Z kolei sportowcy ekstremalni sądzą, że uzyskają ten sam efekt dzięki tworzeniu zapotrzebowania na kosztowny często sprzęt.

Oczywiście, jest to iluzja. Nawet „ucieczka do przodu” – jaką jest budowa nowych tożsamości - nie rozwiąże problemu, ponieważ zburzyć dla zarobku można wszystko, a burzy się zawsze szybciej, niż buduje. Naiwnością jest zaś zakładanie, że w czasach, gdy wszystko jest na sprzedaż, ktoś nie wykorzysta nastręczających się zysków tylko dlatego, że... my tak sobie życzymy. Dlaczego niby miałby to robić? Z wdzięczności za zgodną współpracę z ustrojem i wcześniejsze zyski - niekoniecznie zresztą tego samego człowieka, częściej jego poprzednika lub konkurenta? Przypisywanie jakichkolwiek motywacji etycznych działalności „wolnorynkowej” jest zresztą śmieszne.

Mechanizmy działania przemysłu turystycznego, a zwłaszcza najbardziej wynaturzonej jego formy, jaką są imprezy integracyjne, są ogólnie znane. W dążeniu do zwiększenia ilości sztucznych przygód („atrakcji turystycznych”), szczególnie w miarę, jak stare będą nudzić się masowym turystom, niewątpliwie będzie on starał się przerobić tożsamość środowisk sportowych i grup rekonstrukcyjnych również na „atrakcje”. Odbywać się to będzie w ten sam sposób, jak w przypadku rozkładu turystyki kwalifikowanej – część ludzi się kupi i zrobi z nich organizatorów „atrakcji”, resztę – zepchnie na margines, przy czym sama komercjalizacja wpłynie na spadek atrakcyjności tego stylu życia i rozpad wielu grup. Już dziś imprezy, w których biorą udział rekonstruktorzy, są tak nastawione na zarobkowanie, że prawdziwi rekonstruktorzy coraz częściej zadają sobie pytanie: „Co ja tu robię?”. Już teraz też tożsamość grup rekonstrukcji historycznych usiłuje się przerobić na kolejny typ imprez integracyjnych.

I może właśnie dlatego, mimo teoretycznego optymizmu, w środowiskach rekonstruktorskich od początku wyczuwało się jakby nieustanną niepewność. Jest to jakiś klimat tymczasowości, obcy wierzącemu w jasną przyszłość po obaleniu komunizmu pokoleniu westmanów. „Dziś istniejemy, ale jutro mogą nas wyssać i wyrzucić...”

Najszybciej wnioski wyciągnęli z tego sportowcy ekstremalni, wyrośli z kultury wybitnie egzystencjalistycznej – a więc mało ceniącej sobie ludzkie życie. Już teraz zaczynają uciekać na jedyne pole, na które komercja nie może podążyć za nimi. Tym polem jest łamanie prawa, stwarzające zagrożenie dla innych osób. Stąd coraz częściej uprawiają swoje sporty w dużych miastach.

I jeszcze jedna różnicę można zauważyć między dawnymi „środowiskami życia alternatywnego”, a ich obecnymi następcami. Tamci tworzyli jedną wielką społeczność wolnych ludzi, podzieloną tylko na specjalności tak samo, jak różne rodzaje broni tworzą jedną armię. Poszczególne środowiska interesowały się sobą nawzajem i szanowały, ich hierarchie uznawane były przez inne środowiska. Różnice między harcerzem, członkiem właściwych środowisk turystycznych, muzykiem lub poetą, rekonstruktorem, alpinistą, żeglarzem, „terenowym” przyrodnikiem lub historykiem – były bardzo niewielkie i płynne3; wielu ludzi należało zresztą do kilku środowisk i specjalności jednocześnie. Ich następcy tworzą natomiast całkiem odizolowane zbiorowości ze specjalizacyjnymi klapkami na oczach i kompletnym brakiem nie tylko łączności z innymi podobnymi środowiskami czy zainteresowania nimi, ale również poczucia jakiejkolwiek z nimi wspólnoty. Występuje przy tym tendencja do rozpadu tych środowisk (na wzór yuppies) na drobne, hermetyczne grupki koleżeńskie, w których z miejsce wspólnych zainteresowań i pasji zajmują stopniowo prywatne sprawy ich członków4.

***

W resztkach środowisk turystycznych widzi się dziś tylko frajerów, którzy przecierając szlaki biznesmenom, dostarczają im za darmo zarobków. Harcerze służą dodatkowo jako kopalnia „mięsa armatniego” dla partii politycznych (które nic dla nich nie robią), oraz darmowa przechowalnia dzieci dla „niemających czasu” rodziców. Nie należy się jednak z tej racji harcerzom ze strony tych rodziców żaden szacunek – „łoś nie bierze, gdy jeleń daje”. W odróżnieniu od komercyjnych firm, którym tacy rodzice powierzają dzieci przez pozostały czas wolny od szkoły, harcerze nie biorą przecież za swoją pracę pieniędzy. Ktoś, kto robi coś za darmo, to pachnący komunizmem frajer, nieudacznik, zacofaniec i dziwak – tym bardziej zasługujący na pogardę, że obnoszący się ze swoim dziwactwem publicznie. Gdy traktuje swoją tożsamość serio – jest ponadto jeszcze zdziecinniały. I jeśli dziś nikt nie wyśmiewa członków grup rekonstrukcyjnych, to tylko dlatego, że byli oni długo tak ulegli wobec komercji, że uznano, iż uważają oni swój styl życia wyłącznie za rozrywkę. Przez biznes i samorządy lokalne są oni oczywiście traktowani jak maszynki do dostarczania im pieniędzy. Ludzi, którzy swoim światopoglądem i postawą tak nie pasują do „tych czasów”, jak te środowiska, pewno zwalczano by zresztą dziś, jako „komunistów”, otwarcie - gdyby nie korzyści, które „zarobasy” i stada pijawek, które obsiadły Polskę, czerpią z ich istnienia.

Dziś kontrkultury „negatywne”, na skutek podejmowania przez tworzących w ich klimatach artystów tematów II wojny światowej, wracają do oficjalnego życia Polski. Środowiska, żyjące wciąż klimatami kontrkultur „pozytywnych”, trwają zaś dalej na marginesie – ledwo tolerowane, wykorzystywane, pogardzane, wyśmiewane, przez nikogo nie szanowane - resztki dawnej inteligencji polskiej, wciąż uparcie trzymające się poglądu, że życie jest czymś więcej, niż tylko przepuszczaniem przez siebie pieniędzy5.

***

Grzegorz Łyś pisze w artykule „Indianie z białostockiej prerii” (“Rzeczpospolita”, 4 IX 2009):


Dla Marka Maciołka – zarabiającego na życie w fabryce worków od odkurzaczy – te coraz bardziej ożywione “indiańskie interesy” i rozrastające się w letnich obozach kupieckie faktorie to szkodzące sprawie Indian handlowanie stereotypami. Co gorsza, zajmują się tym nie tylko wypróbowani przyjaciele i znawcy czerwonoskórych, ale i osoby, dla których indiańskie symbole to tylko pomysł na urządzenie pensjonatu czy restauracji.

- Tego nie da się zatrzymać, takie mamy czasy – stwierdza “Wiktorio” [tj. Bogdan Zdanowicz. I znów to “heglowskie ukąszenie”! Pytanie, czy ktoś próbował?].

Dla młodzieży zwiedzającej indiańskie wioski Winnetou, z jego mentalnością i niewzruszonymi zasadami, to postać całkowicie już obca. Jednak polscy przyjaciele Indian na razie nie obawiają się losu ostatnich Mohikanów.

- Zawsze znajdą się ludzie o trochę innej wrażliwości, którzy nie mogą zrealizować się w zwykłym życiu – uważa Maciołek. – A Indianie zawsze będą pociągającym przykładem.”


Optymistyczny, naiwny pogląd! Ludzie o innej wrażliwości, niepasujący do „zwykłego”, materialistycznego życia – z pewnością znajdą się zawsze. Ale gdy tożsamość grup rekonstrukcyjnych będzie uważana już tylko za komercyjną rozrywkę – czy będą chcieli do nich należeć? Oczywiście, nie znaczy to, że zabraknie dla nich miejsca – zawsze zostanie im jeszcze tożsamość kloszarda. A gdy i ta zostanie skomercjalizowana przez przemysł turystyczno-rozrywkowy, czego już są oznaki – pozostaną jeszcze więzienia i szpitale psychiatryczne.


Starzy ludzie
mówią
tylko ziemia przetrwa.
Mówiliście prawdę.
Nie mylicie się.

(pieśń indiańska – za: Dee Brown „Pochowaj me serce w Wounded Knee”)

1 Ba, w grupach rekonstrukcji historycznych można zauważyć coś wręcz przeciwnego: wiernopoddańczą wdzięczność wobec „nowoczesności”, która, mimo iż są śmiesznymi i żałosnymi utopistami oraz reliktem komunizmu, toleruje przecież egzystencję ich ruchu. Jest to wdzięczność wobec kogoś, kto mógłby czy nawet powinien zrobić im coś złego, ale tego nie robi. Stosunek ten przypomina wdzięczność kogoś skazanego na karę śmierci, ale ostatecznie ułaskawionego, albo żony do męża-alkoholika, który mógł przecież pobić mocniej. Zdają sobie oni sprawę, że są w „nowoczesnej”, pozbawionej niebezpiecznych mrzonek rzeczywistości kimś godnym najwyższej pogardy i potępienia. Że właściwie takie tendencje powinno się wykorzenić, i jedyne, co może ich usprawiedliwiać, to to, że ich inteligenckie skłonności są silniejsze od nich samych. Na takie właśnie dno upokorzenia zepchnęła polskich inteligentów ideologia „kapitalizmu”.

2 Jednak i u nich można znaleźć zamaskowaną postać tego samego westmańskiego dążenia do odnalezienia ideału. O ile jednak westmani idealnego miejsca na Ziemi poszukiwali w przestrzeni: w Stanach Zjednoczonych i w Bieszczadach, to rekonstruktorzy drugiej generacji poszukują go w czasie: w rozmaitych epokach historycznych.

3 Z tego bynajmniej nie wynikał niższy ich poziom fachowości, który w większości spośród tych środowisk był wyższy, niż obecnie.

4 Jest to faktycznie realizacja współgrającego z komercjalizacją programu stopniowego wygaszania inteligenckości, jako już nie tylko reliktu komunizmu, dla którego nie ma miejsca w świecie wolności i nowoczesności, ale wręcz czegoś uciążliwego dla własnych członków. Na szczęście, nie brak też inicjatyw przeciwnych, integrujących wewnętrznie poszczególne środowiska. Smutny jest jednak fakt, że jedyne środowisko, które ma dostateczny potencjał organizacyjny i autorytet, że mogłoby znów scalić ogólnopolską społeczność poszukiwaczy niezwykłości – harcerstwo - podległo już tak mocno demoralizacji, zastojowi i kultowi bierności, że nie ma zamiaru tego robić. Rozpad na koleżeńskie towarzystwa wzajemnej adoracji bardziej zaawansowany jest tylko w studenckich i parastudenckich klubach turystycznych, a kultura harcerska najczęściej dawno już zredukowała się do czystej formy.

5 Istnieją ponadto jeszcze grupy inteligenckie wśród ludzi starszych oraz (często typu przedwojennego) w małych miejscowościach. Tylko tam możliwe jest jeszcze zachowywanie wartości inteligenckich poza „środowiskami życia alternatywnego”. Pierwsza z tych grup aktualnie wymiera, druga – jest właśnie likwidowana przez „procesy cywilizacyjne” - razem z lokalnymi społecznościami, którym służy.

Strona 15 z 17

       Dziękujemy Rodzinie Edwarda Stachury za zgodę na wykorzystanie wizerunku i fragmentów twórczości Poety.

     Zapraszamy do wirtualnego zwiedzania domu rodzinnego Edwarda Stachury

     TV Stachuriada to nasz kanał telewizyjny na You Tube. Zapraszamy do oglądania i subskrybowania.

 ZAPRASZAMY DO WSPÓŁPRACY

     Stachuriada.pl cały czas jest na etapie tworzenia (nie wiadomo, czy ten proces zostanie kiedykolwiek zakończony). Co więcej, w żadnym wypadku nie jest tworem zamkniętym na pomoc z zewnątrz, szerszą współpracę, czy drobne uwagi nie tylko od znawców tematu, bo każdy zainteresowany Edwardem Stachurą jest mile widziany. Chodzi przede wszystkim o to, by znalazło się tutaj jak najwięcej informacji, które chcielibyście tutaj widzieć, a także te, o których chcielibyście powiedzieć innym (począwszy od imprez, koncertów w waszej okolicy, skończywszy na własnych przemyśleniach, artykułach, sugestiach odnośnie technicznej strony Stachuriady). Nasze skromne grono redakcyjne z chęcią przyjmie nowych, stałych współpracowników. Zapraszamy również do udzielania się na  FORUM , albo do bezpośredniego kontaktu z nami poprzez KONTAKT e-mailowy.