Łukasz Pompa

IMG_914619. Stachuriada w Grochowicach rozpoczęła się w upalny piątek. Na polanie pod lasem powoli zaczęli pojawiać się pierwsi goście. Pole namiotowe zapełniało się, początkowo upstrzone kilkoma ledwo namiotami. Każdy mógł jeszcze spokojnie wybrać miejsce, ocenić, gdzie poranny cień pozwoli dłużej pospać rano. Już wkrótce ciężko było przycisnął się między namiotami i rozciągniętymi zasadzkami w postaci napinających sznurków, manifestujących swą obecność seriami ostrych szarpnięć podczas nocnych gawiedzi powrotów na trasie ognisko-namiot.

IMG_9184Jednym z zaproszonych gości był Krzysztof Wiśniewski, który miał rozpocząć program imprezy o godzinie 16:00. Jego wystąpienie było elementem przygotowanej przez grupę zapaleńców muzyczno-poetyckiej Sceny Babci Oleńki. Krzysztof Wiśniewski zapytany, czym dla niego jest Scena Babci Oleńki, odpowiedział: - Scenę Babci Oleńki trudno określić słowami. Mogli przeżyć ją tylko ci obecni wokół nieoficjalnego ogniska grochowickiej polany. Ludzie zgromadzeni wokół niego i w zamyśleniu wpatrujący się w jego żar mogli doświadczać poezji, gdy milknął głos śpiewających i subtelnie cichły gitary. Wtedy ona wyłaniała się jakby z płomieni płynąc między namioty do tych co posnęli [...].

IMG_9211Krzysztof raz po raz przeglądał pliki kopii dokumentów, trzymane w ręku, kopii rękopisów i zbitków poezji odbitych na powielaczu, które przyprawiały o dreszcze zapowiadając dawkę niepublikowanych bądź mało znanych informacji. Wśród nich list od wdowy po Wincentym Różańskim, Małgorzaty Kasztelan, dla organizatorów Stachuriady, a także kopia rękopisu matki E. Stachury. Z kolei Antoni Kamiński przygotował utwór do tekstu Witka (alter ego Stachury z powieści Cała jaskrawość), dedykowany przez poetę pamięci Edwarda Stachury.

IMG_9229Organizatorzy zdecydowali się przesunąć referat Krzysztofa na czas po koncertach (gdy planowana była druga część jego wystąpienia, na które miał składać się autorski wieczorek poetycki, recytacja wierszy Witka i Steda, oraz śpiewogranie do tekstów obu). Zatem rozpoczęcie grochowickiej Stachuriady przesunęło się na godz. 17. koncertem Nieobecnych. Widownia z czasem zapełniała się za sprawą gęstniejącej publiczności. Część koncertową zamknął zespół U studni oraz poeta Adam Ziemianin. Następnie na deskach został odegrany spektakl muzyczny Siekierezada.

Gdy estrada ucichła i zgasły światła, rozgorzał gwar przy głównym ognisku na polanie. Tutaj zorganizowano konkurs Stedogranie, spośród czterech zgłoszeń jury wybrało najlepszego ich zdaniem wykonawcę. Po zakończeniu tego punktu programu nastąpiło przekazanie przez Krzysztofa Wiśniewskiego listu od Małgorzaty Kasztelan na ręce organizatorów Stachuriady. Pani Małgorzata, wdowa po Witku, pisała m.in.: funkcjonowanie w świecie poetyckim oraz odkrywanie na nowo tajemnicy twórczości Edwarda Stachury zasługuje na najwyższe uznanie. Jest promocją fascynującej, najszlachetniejszej gałęzi sztuki. Próbą kreowania świata w stale gasnącej świadomości. Walkę z mechanizmami amnezji, z pustką kolejnych nisz czasowych. Krzysztof Wiśniewski odczytał jego treść, tudzież fragmenty innych dokumentów (m.in. oryginał listu Jadwigi Stachury – matki poety - do Wincentego Różańskiego). Na bezchmurnym niebie świecił okrągły księżyc. Jego światło ujrzało jednak tylko nieznaczną część materiału, która została przygotowana na ten wieczorny wykład. Nie dopisała atmosfera. Krzysztof skrócił go do absolutnego minimum. Trudno zrozumieć, że kilkoro krzykliwych ogniskowiczów wolała śpiewać po raz enty te same piosenki, zamiast skorzystać z okazji, by raz (może jedyny) wysłuchać rewelacji na temat Witka i Stachury.

To było ciekawe doświadczenie ścierania się literackiej poezji słowa oraz prostych pragnień ogniskowych śpiewów, artykułowanych w formie żądań z podchmielonych (pojedynczych acz głośnych) gardeł ("Grajcie!", "Zróbmy przerwę!" itp. Itd.). Większość siedziała zdumiona takim dysonansem. Część próbowała reagować, wdając się w dyskusje z co głośniejszymi współtowarzyszami ogniskowego "miru".

IMG_9129Program Krzysztofa czy pieśń Antoniego Kamińskiego do tekstu Witka to element programu Sceny Babci Oleńki (stworzonej ad hoc na potrzeby grochowickiej Stachuriady, ale wyrastający poza jej ramy), czyli sceny, której zamiarem jest doszukiwanie się źródeł postaw poetyckich, jej najbardziej twórczych (ale też wymagających) aspektów. Postawienie tamy pewnym procesom upraszczającym czy wręcz prymitywizującym współczesną kulturę. A w skali grochowickiej Stachuriady – próba sięgnięcia do tradycji dawnych Stachuriad, gdy podstawową inspiracją była poezja Edwarda Stachury. Warto przyznać zresztą, że jubileuszowa Stachuriada w Grochowicach zrobiła zdecydowany krok w stronę stachurowych fundamentów. Co cieszy tym bardziej, że nieraz twórczości poety rodem z Kujaw stopniowo bywa spychana na margines, na rzecz artystów czy twórczości niezwiązanej z poetą. Nie da się tego powiedzieć o tegorocznej edycji. Pojawiło się wiele motywów związanych ze Stedem, by wspomnieć licznych wykonawców, program konkursu (obowiązkowo jeden z trzech utworów do tekstu Stachury) czy nocny konkurs Stedogranie przy ognisku (pojawiła się tutaj chyba pierwsza w historii aranżacja muzyczna dzienników Stachury w wykonaniu Antka Kamińskiego). Chwała za to organizatorom. Piątkowe ognisko podzieliło się na kilka ognisk, spośród których najwytrwalsze nie wygasło i trwało jeszcze przez kilka godzin po wschodzie słońca.

IMG_9145W ramach Sceny Babci Oleńki odbyły się również (w sobotę) kameralne wycieczki śladami Stachury (i okazów okolicznej fauny i flory) pod przewodnictwem Bolesława Kai, miłośnika przyrody. Czasu było mało, więc siłą rzeczy trasa bardzo wybiórcza. Odwiedziliśmy też leśniczówkę, znaną z powieści Steda, a także grób babci Oleńki, która spoczywa na grochowickim cmentarzu (naprawdę nazywała się Franciszka Olechna). Bolesław, autor książki o komercjalizacji gór, publikowanej na portalu Stachuriada.pl, także realizował program Sceny Babci Oleńki, sięgając do formy krajoznawczej, edukacyjnej.

W odpowiedzi na pytanie organizatorów "czy coś zmienilibyście z konwencji tego wydarzenia? Macie jakieś propozycje?" pojawiły się takie głosy: Don Silentio: "Wielkim atutem grochowickiej polany jest poczucie wolności (można rozpalić sobie ognisko, wjechać autem, wybrać sobie miejsce biwaku) i dobrze gdyby tak zostało. Generalnie im mniej "nowinek" tym lepiej, poza tymi które wymusza sytuacja." Waćpanna Anna: "Niestety tak jak wiele imprez masowych wydarzenie z roku na rok traci swój klimat. Podejrzewam, że jest to spowodowane tym, że przyciągają one coraz więcej ludzi z bliższej okolicy, którzy chyba sądzą, że jest to raczej festyn rodzinny, niż wydarzenie kulturalne. Niestety strasznie to utrudnia odbiór poezji śpiewanej, gdzie ważne są nie tylko dźwięki, ale i słowa, które często trudno w hałasie wychwycić. Połączenie z Motostachuriadą też jest wg mnie nietrafione." Piotr Stefański: "więcej wspólnego bytowania a mniej festynu i festyniarzy." Itd. Mimo słów krytyki odnoszę wrażenie pozytywnego odbioru (np. - żartobliwe - głosy o przedłużeniu imprezy do tygodnia). Charaketerystyczne: postulat, by nic nie zmieniać, nie ruszać w kierunku komercji. Mam wrażenie (patrząc choćby na sam tylko program i regulamin), że tę prośbę próbuje się spełnić. Miejsce jest idealne. Wolność związana np. ze swobodą na polu namiotowym (wjazd samochodem, brak wejściówek) wyróżnia Stachuriadę na plus na tle niektórych innych imprez. Warto zachować taki kształt festiwalu. I pamiętać o źródłach. Szkoda, że nie każdy punkt programu udało się zrealizować. Dało się zauważyć dwa sprzeczne nurty: chęć rozrywki i chęć zadumy. Grupki pijanych krzykaczy ("zagraj coś, co każdy zna, żeby można było pośpiewać") i środowisko ludzi twórczych, bardów i poetów ("zagraj coś, czego nikt nie zna, żeby nikt nie mógł śpiewać"). Piosenki kabaretowe, rubaszne i piosenki poważne, zatrzymujące się nad prawdą świata. Zajmowanie ogniskowej przestrzeni audialnej i – czekanie na swoją kolej, odstępowanie tej przestrzeni po odegraniu jednej dwóch piosenek.

Na Facebooku pojawił się zarzut, jakoby na Stachuriadzie niepotrzebnie tworzyło się wiele ognisk. Ale to jest chyba potrzebne. Bo różne są temperamenty uczestników, różne potrzeby. Część chce rozmawiać, część słuchać tego, co właśnie zostało stworzone przez autora ("czego nikt nie zna"). Część po prostu śpiewać i bawić się. Może warto pójść dalej i pomyśleć o dwóch scenach? - Na przykład scena kameralna w ogrodzie domu babci Oleńki? Dwie sceny nie są niczym wyjątkowym, dość wspomnieć Giełdę Piosenki w Szklarskiej Porębie, tam na Skwerku "Trójki" jest druga scena z osobnym programem. Czas pewnie pokaże, w którą stronę pójdzie grochowicka Stachuriada.

czerwiec 2013.

 


 

fotorelacja: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.538507039547330.1073741826.468310033233698&type=1

 

Daniel Chemycz

 

Temat artykułu, na pierwszy rzut oka, może się wydawać niezrozumiały. Co więcej, bez wyjaśnienia poszczególnych pojęć w nim zawartych, należałoby również dodać, iż został sformułowany wyjątkowo pretensjonalnie. I właściwie trudno byłoby się z tym nie zgodzić. Czym bowiem dla przeciętnego czytelnika jest „cała jaskrawość” i po co to upoetyzowanie tytułu „przebijaniem przez mgłę”; wszak praca naukowa posługuje się innym językiem, ma tłumaczyć zawiłości poruszanej tematyki, a nie mnożyć już na samym początku kolejne komplikacje. I jeszcze ta nieokreśloność oraz metaforyczny sens „refleksów egzystencjalizmu”, jakby nie można było powiedzieć po prostu o wpływie filozofii egzystencjalnej na prozę Stachury, albo lepiej jeszcze, o śladach tej formacji intelektualnej odciśniętych na twórczości Steda...

Pytanie brzmi, czy tak byłoby rzeczywiście lepiej? Czy o dziełach autora, który w życiu i w pisarstwie pokazywał, że dla niego „wszystko jest poezja”, czy można o nich pisać czysto naukowo, trzymając się niewolniczo terminologii badawczej i określonych zasad analizy dzieła literackiego? Czy można mówić o Stachurze, nie zagłębiając się w widziany jego oczami świat, tak bardzo wyjątkowy i osobny? Czy można o nim pisać stojąc z boku i chłodno oceniając jego dorobek literacki, bez próby dojrzenia „całej jaskrawości”, bez zagubienia się we „mgle”?

Odpowiadam: nie można. W przeciwnym razie badacz ryzykuje kompletne niezrozumienie zamysłu autora „Siekierezady” i przeprowadzenie krytyki mającej z gruntu błędne założenia. Zbyt wielka jest swoistość twórczości Stachury, jej odrębność i nieprzystawalność do jakichkolwiek wzorców interpretacyjnych, żeby przemknąć przez jej analizę bez wysiłku. Oczywiście nie znaczy to, po pierwsze, że niemożliwa jest dekonstrukcja pisarstwa Stachury (choć często utrudniona tam, gdzie nie wiemy już, czy zmagamy się z chorobą autora, czy też konfrontujemy się z ukrytym w tekście zamysłem); stwierdzenie takie byłoby co najmniej śmieszne i głupstwem byłaby próba dowodzenia czegoś podobnego. Po drugie, nie chodzi tu o dodatnie wartościowanie, gloryfikowanie tej twórczości; nie chodzi o wartościowanie w ogóle. W stwierdzeniu, iż pisarstwo Stachury posiada silną odrębność na tle całej polskiej prozy powojennej, nie kryje się ani nacechowanie pozytywne, ani też ironicznie negatywne. To po prostu fakt, z którym nie zmierzyła się dotąd na poważnie polska krytyka literacka. Wymagałoby to utworzenia konkretnych, odpowiednich dla tej twórczości narzędzi interpretacyjnych, opracowania słownika pojęć ważnych dla uniwersum Stachury i odkrycia ich znaczenia, dogłębnej analizy języka, bardzo specyficznego i dotąd nie objaśnionego zadowalająco (ignorancją wydaje się stwierdzenie, że swoistość języka Stachury polega na nieświadomym zaburzaniu polskiej syntaksy poprzez wpływy języka francuskiego, i poprzestanie jedynie na tym)1. Nie znalazł Stachura po dziś dzień badacza, który byłby w stanie zmierzyć się z jego spuścizną w sposób w pełni bezstronny, rozsądny i jednocześnie niepozbawiony autentycznego zrozumienia dla świata kreowanego przez autora „Siekierezady”. Recepcja jego dzieła przebiegała w trzech kierunkach i żaden z nich nie był z całą pewnością tym właściwym.

Pierwszy krąg interpretacyjny wyznaczyli ci, dla których Stachura był kimś więcej niż poetą, pisarzem, człowiekiem dotkniętym chorobą psychiczną; dla nich stał się prorokiem i mistycznym guru głoszącym prawdy brzmiące w tym tonie: „Ja to wąż. Ja to rak. Rak umarł na raka. Wąż umarł od własnego ukąszenia. Czas umarł na czas. Ja umarło na ja. Nie ma ja. Się jest. Się jest się. Się jest duch. Się jest nikt.”2 Nie podejmują oni właściwie próby tłumaczenia tego pseudo-filozoficznego bełkotu. Ewentualnie ulegają podobnej retoryce, co Stachura z okresu „mistyczno-filozoficznego”, tłumacząc niezrozumiałe przez niezrozumiałe jeszcze bardziej. Prawda jest natomiast taka, że dla nazwania tego okresu w twórczości Stachury potrzebny jest cudzysłów, bo to już czas głębokiego zagubienia Steda w zakamarkach własnego umysłu, okres grafomańskiego „Fabula rasa”, który niektórzy badacze, jak choćby Krzysztof Rutkowski, chcieliby widzieć jako etap ewolucji twórczej pisarza3; w rzeczywistości to etap przerażającej degradacji umysłu zdolnego twórcy, a z pewnością wybitnie interesującego człowieka, jakim był Edward Stachura. On sam dał temu wyraz w rozbrajająco szczerych słowach: „Byłem buntownikiem łagodnym, najłagodniejszym z możliwych, ale krańcowym. Poszedłem do końca. Czy za daleko? Chciałem unieść wszystkie nieszczęścia świata ludzi. I zwariowałem. Ale czy od tego? Nie wiem.”4

Druga grupa ludzi zajmujących się twórczością Stachury to jego zajadli przeciwnicy, dostrzegający w autorze „Kropki nad ypsylonem” miernego pisarza, schlebiającego gustom mało wymagających odbiorców, zadufanego w sobie, o narcystycznej osobowości, która doprowadziła go w końcu do obłędu. Ich głównym zarzutem wobec pisarza, niosącym konsekwencje na każdym poziomie interpretacji jest aintelektualizm Stachury, jego prostota (ocierająca się ich zdaniem o prostactwo) i zwykłe pustosłowie, stwarzające jedynie pozory głębokiego doświadczania rzeczy5. Tu stykamy się, więc ze Stachurą przegadanym, pseudo-filozoficznym, pseudo-intelektualnym, piszącym błahe wiersze i nie posiadającym dobrego warsztatu literackiego. W zestawieniu z pierwszą grupą interpretatorów widać, na jakich dwóch odległych biegunach rozpostarła się „prawda” o Stachurze. I jak to zwykle bywa ze skrajnościami, obie rozmijają się z rzeczywistością. W tym przypadku błędne są przyjęte odgórnie założenia, iż Stachurze zależało na analizie intelektualnej, ściśle filozoficznej (w znaczeniu systemowym), bo tylko w takiej sytuacji powyższa krytyka miałaby sens. Nic bardziej mylnego jak stwierdzenie, iż Stachura chce być pisarzem „rozumowym”. Jego twórczość jest wybitnie sensualna6 i taka jest z założenia, nie ma w tym przypadku. Autor absolutnie nie ufa rozumowi i wielokrotnie daje temu wyraz, choćby w tym fragmencie z „Całej jaskrawości”: „Już od dawna wiedziałem, że łatwo można oszaleć. Nietrudno. Nie myślałem jednak, że tak straszliwie łatwo. Z czasem zacząłem coraz lepiej się na tym znać. Tak, że teraz mogę postawić zagadkę: jaka jest najłatwiejsza rzecz na świecie? Oszaleć! I druga zagadka: jaka jest najtrudniejsza rzecz na świecie? Nie oszaleć!”7 Cytat ten pokazuje, jak bardzo głęboko Stachura zdaje sobie sprawę z kruchości ludzkiego umysłu, z jego ułomności. Przez twórczość Steda nieustannie przewija się motyw pragnienia prostoty życia. Prostoty właśnie, nie głębokiej analizy intelektualnej. Za tą analizą bowiem Stachura dostrzega coś przerażającego: nicość i śmierć, a wraz z uświadomieniem sobie tego - nieuchronny obłęd. To przed tym będzie się bronił w „Całej jaskrawości” i „Siekierezadzie” - dwóch, jedynych dziełach w jego dorobku, mogących bez zastrzeżeń zostać określonymi powieściami. Dopiero po nich nadejdzie okres mistyczny w twórczości Stachury, w momencie kiedy uzna on już, że radosna afirmacja życia jest niemożliwa, a walka ze śmiercią skazana na porażkę. Dopiero wówczas zagłębi się w abstrakcyjne rozważania ontologiczne i epistemologiczne, bez powodzenia jednak i bez szans na przezwyciężenie postępującego rozpadu osobowości. Ocenianie twórczości Stachury tylko przez pryzmat jego późnego pisarstwa jest jednak bardzo niesprawiedliwe i źle świadczy o tych, którzy takiego uproszczenia się dopuszczają. To równie niedorzeczne jak bezkrytyczna akceptacja pisarza.

Istnieje w końcu trzeci krąg interpretacyjny Stachury; to współczesny, przelotny, licealno-ogniskowy sposób czytania pisarza. To taki Stachura piosenkowy, przyjaciel, który rozumie rozterki nadwrażliwego, kilkunastoletniego serca8. Nie znalezienie dla pisarstwa Steda właściwego opisu, brak poważnego zbadania jego dzieła, doprowadziły do tego, że tak mało zostało dziś z tej niepowtarzalnej twórczości: jej urzekająca, ale jednak najmniej interesująca część – piosenki.

Z całą pewnością najlepiej, z najgłębszym zrozumieniem, całokształt twórczości Stachury zarysował Henryk Bereza9. Pomimo, że nie ustrzegł się pewnego romantycznego zachwytu nad pisarzem, a ukuty przez niego termin „życiopisania”10 nie da się w całości obronić, to jednak widać w jego analizie zrozumienie dla idei przekazywanych przez Stachurę, dla towarzyszących mu wzruszeń i życiowych objawień; Bereza nie lekceważy ich, nawet jeśli ostatecznie okazywały się jedynie idealistycznymi iluzjami. W tej interpretacji pojawia się również wiele wątków z twórczości Stachury, korespondujących z problematyką poruszaną przez filozofię egzystencjalną. Zawarty w powieściach Steda namysł nad istnieniem człowieka i jego egzystencją w świecie wymaga szerszego omówienia.

To co zostało dotychczas powiedziane wyjaśnia w dużej mierze sensowność podjętego tematu. Należy to jednak ostatecznie doprecyzować. Terminy „cała jaskrawość” oraz „mgła” streszczają w sobie egzystencjalną drogę bohatera Stachury w swoistej dylogii powieściowej, tworzonej przez „Całą jaskrawość” i „Siekierezadę”. Ich znaczenie wymaga oczywiście dokładnego objaśnienia. Z kolei sformułowanie „refleksy egzystencjalizmu” wyrażać ma powierzchowność i wybiórczość wykorzystania przez Stachurę motywów z filozofii egzystencjalnej, co zostało już zasugerowane programową sensualnością poety, odcięciem się od intelektualizmu. Dlatego nie ma w powieściach Stachury miejsca, na wprowadzanie do ich struktury całych elementów systemowych tej filozofii. Chodzi tu jedynie o zauważalne zainspirowanie się, tak bardzo żywym wówczas w Polsce prądem myślenia - o jego wpływ na powieściowy świat pisarza. Nie jest to bowiem proza na kształt wielkich dokonań literackich Alberta Camusa, czy Jeana Paula Sartre'a. Nie stanowi próby przekazania filozoficznej koncepcji poprzez strukturę powieści. Zaś bohater Stachury nie pozuje na filozofa-egzystencjalistę. Jest on sam dla siebie nade wszystko poetą (w Stachury rozumieniu „poety życia”), i świat postrzega kategoriami raczej estetycznymi, nie typowo filozoficznymi. Jednakże, mimo tych wszystkich zastrzeżeń, to właśnie powieści Stachury stanowią znakomite świadectwo przenikania do polskiej literatury wątków z filozofii egzystencjalizmu. Wykorzystane nieraz świadomie, choć bywa, że i nieświadomie, ukazują żywotność egzystencjalizmu w ówczesnej literaturze polskiej.

Nareszcie wyjaśnić należy kwestię, która mogłaby wzbudzić wątpliwości, a mianowicie to, iż za powieści uznaję w dorobku Stachury jedynie te dwie: „Całą jaskrawość” i „Siekierezadę”. Bywa to traktowane rozmaicie, ktoś może określać powieściami również takie dzieła jak „Wszystko jest poezja” i „Fabula rasa”, wydaje się jednak, że nie jest to dostatecznie uzasadnione. Te prozatorskie utwory są bowiem właściwie pozbawione fabuły, powieściowej akcji, książkowych bohaterów. To osobiste wyznania pisarza, swoiste szkice, które należałoby przypisać innemu gatunkowi literackiemu. Zresztą to właśnie w powieściach, będących głównym przedmiotem zainteresowania tej pracy, wątki egzystencjalne pojawiają się w najbardziej czystej i oryginalnej (nie zmąconej mistycznymi zapędami autora) postaci. Nazywanie „Całej jaskrawości” i „Siekierezady” dylogią jest uprawnione, gdyż w obu dziełach mamy do czynienia z tym samym rodzajem bohatera: wrażliwym poetą, poszukującym metafizycznego spełnienia, szukającym swojego miejsca na świecie. Sam Stachura zadbał nawet o przeniesienie wątków fabularnych z jednej powieści do drugiej; w pewnym momencie główny bohater „Siekierezady” Janek Pradera wspomina głównego bohatera „Całej jaskrawości” Edmunda Szeruckiego, spotkanego w czasie podróży11. Można dopatrywać się w tym wewnętrznego rozwoju bohatera Stachury, drogi jaką przechodzi od „całej jaskrawości” utożsamianej z metafizycznym spełnieniem, chwilowym zrozumieniem świata, praw nim rządzących do ataków „mgły” rozumianej jako wszechogarniający pesymizm, przeczucie nieuchronnej klęski, dławiące wcześniejsze przebłyski szczęścia. Rozwój ten udokumentowany jest na poziomie tekstu omawianych utworów.

„Cała jaskrawość” to opowieść o kilkutygodniowym epizodzie z życia Edmunda Szeruckiego i jego przyjaciela Witka. Młodzi mężczyźni pracują przy oczyszczaniu basenu na terenie uzdrowiska, wynajmując w tym czasie kwaterę u staruszki Potęgowej. Wolny czas spędzają na rozmowach ze swoją gospodynią i innymi mieszkańcami Laksandrowa, a także na wędrówkach po okolicy, które pobudzają głównego bohatera do snucia rozmaitych refleksji nad życiem. To właśnie w czasie jednej z tych wypraw Edmundowi Szeruckiemu objawia się „cała jaskrawość”: „I...zobaczyłem jaskrawość. Zobaczyłem jaskrawie wszystko. Całość (...) Zobaczyłem całą jaskrawość tego, że to nie chodzi ni o śmierć, ni o życie, ni o sens i bezsens, ni o istotę i istnienie, ni o przyczynę i skutek, ni o materię i ducha, ni o serce i rozum, ni o dobro i zło, ni o światłość i ciemności, i tak dalej, i tak dalej, ale o coś zupełnie innego. Chodzi o to wszystko razem wzięte i podane na tacy”12. I znowu nieco dalej zauważa: „(...) zobaczywszy całą jaskrawość można dalej śmiało żyć. Bo tylko żyjąc mogę do tej pełni życia i śmierci razem wziętych, do tej dopiero pełni zbliżyć się. Żyjąc, nie zapominając o śmierci. Walcząc z nią. Ocierając się, muskając ją z bliska. Żyjąc w natchnieniu tym wstrząsającym, że żywi jesteśmy(...)”13 Cytaty te nasuwają kilka spostrzeżeń. Po pierwsze, prezentowana przez Szeruckiego postawa jest głęboko afirmatywna, po drugie, zgłasza sprzeciw przeciwko czysto intelektualnej percepcji świata. Szerucki przyjmuje całość świata jak dar („podane na tacy”). Istnienie tłumaczy się tu samo przez się, życie samo w sobie jest spełnieniem. Życie i śmierć razem, możliwe są do zaakceptowania; jest w tym jakaś wiara w słuszny porządek świata, skoro dopiero razem, życie i śmierć tworzą pełnię; porządek ten możliwy jest, mimo że ze śmiercią, nieustannym towarzyszem naszego życia, trzeba walczyć. Jednak w momencie zobaczenia „całej jaskrawości” nawet to wydaje się być godne afirmacji. Tak myśli Szerucki, gdy widzi ową „całą jaskrawość”, gdy ogląda ją przez chwilę, zanim zniknie, zamaże się, przestanie być dostrzegalna. I właśnie w tej chwilowości tkwi zasadnicze pęknięcie. „Cała jaskrawość” jest tylko przelotnym błyskiem, na jakiś czas wypełniającym duszę Szeruckiego w sposób absolutny, wciąż jednak momentalnym. Potem znów przychodzi zwątpienie i konieczność toczenia boju ze strachem przed nicością, z lękiem przed niemożnością porozumienia się z ludźmi („Wódka to jest człowiek, z którym można porozmawiać”14).

Między Szeruckim, a Witkiem pada bardzo niewiele słów. Zasadniczą tego przyczyną jest nieustannie towarzyszący bohaterom relatywizm doznań, wszechogarniająca względność, która nie pozwala im wypowiadać się z mocą, z pewnością; nie pozwala im zrozumieć i oswoić otaczającego świata. Ten głęboki pesymizm poznawczy zostaje przerwany przez „całą jaskrawość” – ale tylko na mgnienie oka. To zmusza bohaterów do nieustannej wędrówki, do pogoni za upragnionym stanem spełnienia.

Zakończenie powieści nie jest pozbawione nadziei na przezwyciężenie nicości. Bohater ma w sobie dość siły by otrząsnąć się z opadającego na niego uczucia niemocy. Powieść kończy obietnica zwycięstwa nad śmiercią: „A przedtem zobaczymy śmierć śmierci. Urządzimy to. Wyprawimy jej pogrzeb. Symboliczny wprawdzie, pogrzeb śmierci, ale na początek to nie jest mało.”15 Próżno by jednak szukać w „Całej jaskrawości” tego optymizmu i czystej radości, które zauważali niektórzy krytycy. Nieustannie przeprowadzana przez Edmunda Szeruckiego refleksja nad „byciem” jest punktem wyjścia do rozważań egzystencjalnych, które często prowadzą do wniosków dalekich od rzekomego przeświadczenia bohatera o otaczającym go raju16. Już pierwszy wyrazisty obraz zaprezentowany w książce, wnosi ze sobą do utworu silny egzystencjalny niepokój: „Żal się robiło, patrząc. Wielki wodny ptak męczył się w tym powiększonym akwarium. Potykał się nogami o płytkie dno, wpadał wyniosłą piersią na błotniste mielizny, nie miał jak i gdzie zanurzyć swojej długiej szyi, nie mógł rozwinąć szerokich skrzydeł i bijąc nimi nieść się po wodzie w pełnej świetności i wolności całego gatunku i osobnego osobnika”17. Nawet odżegnując się od narzucającej się tu metafory z ludzkim losem, Szerucki udowadnia, że towarzyszy mu męczące poczucie relatywizmu rzeczy, niepewności co do tego, czy przeprowadzana obserwacja świata jest słuszna: „Ten łabędź. Od niego, jak od iskry wychodząc, mógłbym zacząć mówić o sprawach tych tak skomplikowanych, że nigdy chyba nie będą proste. Wystarczyłoby tylko porównać los tutaj ptaka do losu tutaj człowieka(...). Ale nie zrobię tego. Zbyt łatwa jest ta wspaniała okazja”18. Ogromnie daleko tym dwóm fragmentom do wyrażania radosnej afirmacji świata. Nie są to jeszcze mdłości towarzyszące refleksji Sartre'a nad istnieniem, ale podobne jest u bohaterów Stachury uczucie nadmiaru otaczających rzeczy i związany z tym stan chorobowy. Czytamy w „Mdłościach”: „Wszystkie te przedmioty...jak to określić? Przeszkadzały mi, życzyłbym sobie, aby istniały mniej silnie, bardziej sucho, abstrakcyjnie, bardziej powściągliwie(...) A ja – wiotki, osłabiony, sprośny, trawiący, chwiejący się od ponurych myśli(...) Marzyłem niejasno o zgładzeniu siebie, aby unicestwić jedno przynajmniej z tych przesadnych istnień.”19 Zbliżoną do tej jest refleksja Szeruckiego w czasie pracy przy kopaniu basenu. Widzi on w jednej chwili mnóstwo prozaicznych, pozbawionych sensu rzeczy, które po prostu „są” i nie sposób ich wszystkich ogarnąć: „Niesamowite działy się rzeczy w tym niby spokojnym powietrzu, w tym otoczeniu niby stworzonym do cichej łagodnej rekonwalescencji”20 myśli Szerucki i na głos podsumowuje „Za dużo czasami się widzi. (…) Próbowałem nieraz to wszystko stępić. (…) Żeby było łatwiej żyć. Bo to jest jednak cholernie męczące. (…) Ale nic z tego.”21 A więc bohaterowi Stachury przeszkadza ten nadmiar rzeczy i podobnie jak Sartre ma poczucie absurdalności, przypadkowości istnienia. Pojawia się przy tym motyw towarzyszącej tym rozpoznaniom choroby: „Bo nie znałem mojej choroby, ale znałem Witka straszliwą chorobę i jej fatalne nawroty. Widziałem już parę razy Witka z odwróconymi w słup oczami, bitego niewidzialnym łomem w łeb i powalonego na kolana, i stałem przy tym, i nic nie mogłem zrobić.”22 W osobie tego nękanego wstrętem do świata i lękiem przed nicością Witka, który jest de facto alter ego Edmunda Szeruckiego, ukazuje się cierpiąca, bezsilna część bohatera Stachury. W „Siekierezadzie” to właśnie ona przemówi pełnym głosem i wówczas Janek Pradera rozpozna swoją „mglistą chorobę”. W „Całej jaskrawości” mamy jednak jeszcze do czynienia z człowiekiem w sposób heroiczny zmagającym się z przeciwnościami losu. Mimo, że jego rozpoznania są zbliżone do tych z Sarte'owskich „Mdłości”, to odmienny jest sposób jego ustosunkowania się do nich. U francuskiego filozofa nicość staje się wartością pozytywną, charakterystyczną dla człowieka i będącą wyrazem jego wolności; przeciwstawia się ona absurdalności wszelkiego istnienia. Sartre, podobnie jak Szerucki, widzi coś, co można by nazwać śmiało „całą jaskrawością”, lecz u niego ma to wymiar jednoznacznie negatywny: „A potem nagle przyszło, było jasne jak dzień – nagle istnienie odsłoniło się. Straciło obojętny wygląd abstrakcyjnej kategorii: to była właśnie miazga rzeczy(...) różnorodność rzeczy, ich indywidualność była tylko pozorem, lakierem. Ten lakier rozpłynął się, pozostały masy monstrualne i miękkie, w bezładzie – nagie, nagością przerażającą i obsceniczną.”23 Zupełnie inaczej widzi to Edmund Szerucki. On właśnie przed nicością ucieka, w mnogości istnienia widzi wyzwolenie od śmierci i bólu istnienia. Najlepiej wyraża to ten fragment: „(...) każdy nasz ruch był w natchnieniu. Wszystko. Szliśmy, pracowaliśmy, jedliśmy, piliśmy – w natchnieniu. Któryś z nas kopnął puste pudełko na ulicy, zgniłe jabłko, przejechał patykiem po żelaznych grających prętach, któryś z nas splunął w natchnieniu. (…) Tak to my czuliśmy i dźwigaliśmy wstrząsający ciężar najbłahszej chwili, że to jest wprost niewiarygodne, tak żyć w ciągłym nieustającym napięciu. (…) tylko tak mogliśmy się uratować. Życiem bez reszty. Wypalić się do końca (…) żeby śmierci, tej zwyczajnej wariatce, nic nie zostawić w spadku (...)”24 Lęk przed śmiercią jest podstawą egzystencjalnej refleksji. Nie jest to jednak lęk wyzwalający, jak u Heideggera (u którego pozwala na pełniejsze wykorzystanie życia). To lęk paniczny, który wywołuje silną emocjonalną reakcję i takie same, nerwowe, ekstatyczne działania, po to by świadomość śmierci przezwyciężyć, zagłuszyć.

Nie jest także bezpodstawne mówienie o „Całej jaskrawości” w kontekście poglądów innego wielkiego egzystencjalisty (który sam nigdy nigdy z tym kierunkiem nie chciał się utożsamiać) – Alberta Camusa. To właśnie jego „heroizm humanistyczny”, nie zaś „egzystencjalistyczny humanizm”25 Sartre'a bliski jest Edmundowi Szeruckiemu. W koncepcji Sartre'a człowiekowi wolno wszystko, jest bowiem nieustannym projektem sam dla siebie, nie ma żadnego prawodawcy poza samym sobą. Miarą wolności ludzkiej jest tu odpowiedzialność, polegająca na konieczności podjęcia wyboru i przekonaniu o jego słuszności. Wedle tego przeświadczenia Sartre nazwie „świętym” Jeana Geneta świadomie wybierającego zło. Taki sposób myślenia obcy jest Szeruckiemu. On, podobnie jak bohaterowie „Dżumy”, ma silne poczucie ludzkiej uczciwości, wie, że istnieją granice, których nie wolno przekraczać. Nie potrzebuje specjalnej motywacji do czynienia dobra, całym sobą czuje, że złu należy się przeciwstawiać. Podobnie jak Camus pyta o to, czy warto żyć26. Usilnie poszukuje szczęścia, żyje w sposób gorączkowy, zachłannie pragnie życia; przez chwilę widzi nawet „całą jaskrawość” i wtedy towarzyszy mu poczucie jasności rzeczy, jasności dokonywanych wyborów. Odmienne to od towarzyszącego egzystencjalistom rozpoznania bezsensu świata, dla bohatera Stachury bowiem życie ma w sobie ogromnie dużo piękna, od początku skażonego jednak przerażającym wyrokiem śmierci, ciążącym na każdym człowieku. W konfrontacji z własnym przeznaczeniem rodzi się w Szeruckim poczucie absurdu, które zaprowadzi go w „Siekierezadzie” do całkowitego poddania się, bezradności i ostatecznie wyboru samobójstwa, jako ucieczki przed bólem istnienia. Pomimo tej tragicznej decyzji, nie sposób nie zauważyć, że Szerucki, a później, wyraźniej jeszcze, Janek Pradera, mają w sobie coś z wyobrażonego przez Camusa Syzyfa. Prowadzą walkę skazaną na porażkę, jednak nie o zwycięstwo w tej walce chodzi, lecz o samo jej podejmowanie. Syzyf jest w absurdalny sposób radosny, bo świadomy swojego losu dokonuje jednak wolnego wyboru i podejmuje trud życia. Szerucki też jest takim Syzyfem, heroicznie idącym przed siebie i opierającym się przygniatającemu go poczuciu bezsensu. Nie ma jednak jeszcze świadomości Syzyfa, świadomości przeznaczonego mu losu, sądzi bowiem, że może śmierć pokonać, odegnać, sprawić, że o niej zapomni. Nie umie jej zaakceptować, poza krótkimi przebłyskami „jaskrawości”. Kiedy świadomość niemożności zwycięstwa do niego dotrze, już tylko przez jakiś czas będzie w stanie buntować się przeciw losowi i całemu światu. Jego heroizm nie przejdzie ostatecznej próby, ugnie się w końcu pod ciężarem samoświadomości, która popchnie go w stronę znienawidzonej śmierci. To właśnie metaforyczna „mgła”, na której ataki cierpi bohater „Siekierezady”, stanie się przyczyną jego nieszczęścia.

Janek Pradera to bohater zaprojektowany już w „Całej jaskrawości”. Wrażliwy poeta, heroicznie przeciwstawiający śmierci zachwyt nad życiem, poszukujący piękna, które przy życiu mogłoby go zatrzymać. Tym razem wędrowny tryb życia sprowadza go do pracy przy wyrębie w lesie. Ma ona zagłuszyć lęki, które wywołuje w nim wzrastająca świadomość bezsensu jego działań. Już otwierająca „Siekierezadę” aluzja do tragicznej śmierci Zbyszka Cybulskiego, ukazuje przerażający wymiar ludzkiego „bycia-ku-śmierci”, niemożliwej do odwrócenia właściwości ludzkiego istnienia – skończoności. Jest w tym jakieś poczucie okrutnej przypadkowości życia, kiedy Janek Pradera rozważa rozmaite, alternatywne scenariusze wejścia Cybulskiego na peron, takie które nie kończą się jego bezsensowną śmiercią. „Przeklęty bądź zegarze, w którym czas nie może być cofniony”27 mówi Pradera po tym jak słyszy konkluzję jednego z pasażerów pociągu: „Miał zginąć i zginął. To jest los.”28, która w tak ozięble zwięzły sposób wyraża chwilowość ludzkiego istnienia.

U bohatera Stachury zachodzi, więc wewnętrzna przemiana, wzrasta jego świadomość własnych ograniczeń, nieuchronności końca oraz przemijania tego piękna, którym świat go napawa. Słusznie napisał Tadeusz Nyczek, że „Siekierezada” „jest jednym wielkim, heroicznym i absurdalnym zarazem, śpiewem na cześć życia, które jest literaturą, i literatury, która tak pięknie udaje życie.”29 Pradera wciąż jeszcze wierzy w nowe „zmartwychwstania”, powstania do życia, do dalszego zapamiętałego mierzenia się ze śmiercią; lecz sił na otaczającą go absurdalność i nicość co raz bardziej mu brak. Nawet literatura przestaje być odtrutką na mroczną rzeczywistość, pomimo że bohater oglądając świat przez jej pryzmat, stara się kreować świat przepełniony pięknem. Próba powrotu do jasnych, zrozumiałych prawd kończy się jednak klęską, Pradera zaczyna zadawać sobie pytanie, czy on sam nie nadinterpretuje świata i czy ponowne odnalezienie prostoty widzenia jest możliwe. Śmierć prześladuje go z rosnącą mocą: „(...)z jednej strony poniechałem obłędnych spekulacji o tym: jak zginę? gdzie? kiedy? z czyjej ręki? jaka planeta zmiażdży mi płowy łeb? jaka kometa? jak i czym podkuty but? (…) Z drugiej strony jednak dobrze wiem, (...) że śmierć ani na moment mnie nie opuszcza, na głowie wiecznie mi siedzi, na czole mam ją wypisaną, przy nodze mojej zawsze wiernie jest.”30 Tu też pojawia się po raz pierwszy chorobliwa „mgła”: „A ta mgła ta mgła? (…) Dosyć przerażające to jest, ale to jest jakby obok gdzieś jednak, choć dzieje się we mnie, w moim ścisłym obrębie. (…) Mówiłem, że ja bez śmierci ani rusz. Ona mi daje życie ta śmierć. To dopiero zaczyna być ciekawe.”31 Co raz mocniej bohater Stachury rozumie, że ciężar świadomości jest dla niego zbyt ciężki, powoli zaczyna zdradzać syndromy szaleństwa, sam siebie przestaje rozumieć. Wciąż jeszcze ma przebłyski radości, wtedy gdy rano wychodzi do pracy na zrębie, kiedy przenikają go „dreszcze nowego dnia”, kiedy wraz z miejscowymi pije w knajpie i rozprawia o rzeczach absolutnie banalnych. Sam jednak widzi rozdźwięk między jego marzeniem o życiu prostym, poetyzowaniem tego życia, a rzeczywistym stanem umysłu niezdolnego do istnienia w taki sposób. To właśnie powtarzające się zapadnięcia w „mgłę” będą wyrażały głębokie poczucie beznadziei towarzyszące Praderze. Kiedy „mgła” ustępuje Janek może jeszcze przez jakiś czas cieszyć się życiem, swobodą, naturalnością, aż do kolejnego ataku.

Kluczowym momentem „Siekierezady” jest wspomnienie spotkania z Edmundem Szeruckim i opowieść tego ostatniego o „całej jaskrawości”. Jej opis został już zacytowany wcześniej, warto jednak przytoczyć reakcję Pradery na spotkanie z Szeruckim: „Bardzo mi się podobał ten chłopak. Bardzo. (…) Podobała mi się jego żelazna konsekwencja i podobało mi się to „Bądź zdrów”. (…) Wyszło z mody to piękne proste pożegnanie. A on „bądź zdrów” powiedział. I to jakoś tak, jakby coś wiedział o tym, o tej mgle mojej, co mnie wszędzie ściga i, dopadłszy mnie, dusi”32. Pomimo tego zachwytu, Pradera po pewnym namyśle, okazuje się nie akceptować przedstawionej mu koncepcji „jaskrawości”. Autor książki stosuje tu ciekawy zabieg, wkładając w usta Szeruckiego więcej niż powiedział on literalnie w „Całej jaskrawości”. Chce w ten sposób inaczej ustosunkować się do przekazanej wówczas idei, wyrazić przemianę jaka w bohaterze zaszła. Janek Pradera mówi: „Coś nieludzkiego było w tym wszystkim. On sam, Szerucki, to przyznał, choć innymi słowami: - „I kiedy zobaczyłem tę całą jaskrawość, to nie czułem nic: ani smutku, ani beznadziei, ani strachu, ani przerażenia, ani radości, ani nadziei, ani spokoju, ani zachwytu, ani uniesienia, ani nawet zwyczajnej obojętności. Nic. Żadnego uczucia”.”33 Wkracza tu z mocą pojęcie „nicości” w odniesieniu do „całej jaskrawości”. Nie jest to jednak „nicość” wyzwalająca. Pradera mówi o nieludzkości tego spojrzenia dlatego, że bierze się ono „wybitnie spoza”, „spoza elipsy galaktyki”. To spojrzenie boskie i w odczuciu bohatera okrutne, bo nie uwzględniające autentycznych wartości życia ludzkiego. Pradera mówi: „Bogiem się jest tylko czasami, bardzo rzadko to się zdarza i dosyć krótko to trwa, i dobrze (…) i poza tymi krótkimi wypadami jest się zawsze tu, na tej planecie (…) i wtedy to jest tak, że to jednak idzie o miłość, o życie, o dobro, o światłość, o pokój i tak dalej, i tak dalej, i niedobrze, niedobrze jest z tym na planecie, słabo z tym jest, ale o to idzie, o to się trzeba bić(...)”34. A więc pojawia się zasadnicza zmiana w światopoglądzie bohatera Stachury. To „cała jaskrawość” okazuje się kuszącą nicością, pozwalającą na oderwanie się od życia, na rozpłynięcie się w niebycie. Życie niesie ze sobą piękno i ból zarazem, oszałamiające w swojej sile; „cała jaskrawość” jest tylko pustką, umożliwiającą okrutny dystans do tych ogólnoludzkich wartości, o które Pradera walczy. Heroizm jego polega na zgodzie na ból, na odrzuceniu wygodnej, bezemocjonalnej nicości, na wyrzeczeniu się nihilizmu, nawet jeśli trzeba będzie to przypłacić życiem.

Wydaje się, że właśnie w czasie wspomnienia spotkania z Szeruckim, Pradera zaczyna rozumieć ten „humanistyczny heroizm”. Lekarstwo na napady beznadziei i załamania woli walki, znajduje w swojej ukochanej Gałązce Jabłoni. W tym momencie nic w powieści nie zapowiada dramatycznego końca. Wręcz przeciwnie, tchnie ona świeżością czułej miłości i związanych z nią nowych nadziei. Aż do momentu, w którym pojawia się alter ego Pradery – Michał Kątny (jak Witek w „Całej jaskrawości”). Przybywa on do pracy w lesie i od tej pory mają dzielić wspólnie kwaterę u Babci Oleńki: „Oczy ma jak z dymu, pomyślałem sobie. Niesamowite to było. Jak z mgły. Tej mgły tej mgły. Pomyślałem sobie, że ma takie oczy, jakby kiedyś chorował na tę samą co ja straszliwą dymną chorobę i zwyciężył ją, wyszedł z niej cało, i tylko w oczach został mu ten dym, ta mgła ta mgła.”35 Czy jednak aby na pewno Michał zwyciężył? „(...) miał uśmiech taki niepełny, częściowy, fragmentaryczny. Jakoś tak się uśmiechał, jakby nie chciał całą duszą się uśmiechać. Albo może jakby nie mógł. Jakby w jego życiu wydarzyło się coś, co mu zniszczyło, pogruchotało i zaprzepaściło pełen uśmiech, i Michał Kątny nie mógł już tego odbudować albo nie chciał (…)”36. To bardzo znaczący fragment. Ukazuje, że spoza „mgły” już się nie wraca takim samym, że ten heroizm życia, jaki pozostaje człowiekowi jest wyprany z jakiejkolwiek radości i satysfakcji. Pozostaje uśmiech zrozumienia, świadomości, ale nie śmiech wstrząsający całym ciałem, prosty i oczywisty. Tu już nie ma żadnej prostoty. W tym momencie Janek Pradera uświadamia sobie jeszcze jedno: nigdy nie powiedział o swojej „mglistej chorobie” Gałązce Jabłoni, nigdy nie podzielił się z nią swoją świadomością. Zaczyna powoli rozumieć, że na tej heroicznej, „mglistej” drodze, człowiek musi być sam. Pradera nie mógłby zarażać ukochanej kobiety noszonym w sobie wirusem, bo nie chciałby jej nieodwracalnie skrzywdzić; z drugiej strony wie, że ona nie chciałaby przyjąć go świadoma ciążącej na nim dolegliwości, byłoby to dla niej nie do zaakceptowania. Jeszcze bardziej jasne staje się to w ostatniej scenie, poprzedzającej kończący powieść „atak mgły”, kiedy to Michał Kątny w rozmowie z leśniczym zwierza się ze swojej tragedii:

„ - Ja jestem samotnik. Od czasu jak mnie porzuciła - powiedział Michał Kątny z uśmiechem.

- To porzuciła, porzuciła? - powiedział leśniczy z uśmiechem.

- Porzuciła. - powiedział Michał Kątny z uśmiechem. - Wzięła i porzuciła.

- Wolała drugiego - powiedział leśniczy z uśmiechem.

- Wolała drugiego - powiedział Michał Kątny z uśmiechem.

- I poszła z nim - powiedział leśniczy z uśmiechem.

- Nie. Została z nim. Ja poszedłem - powiedział Michał Kątny z uśmiechem. (…)

- Poszliśmy się powiesić z rozpaczy - powiedział leśniczy z uśmiechem.

- Nie. Poszliśmy się rzucić do kanału z rozpaczy - powiedział Michał Kątny z uśmiechem i tuż zaraz natychmiast potem, kiedy wypowiedział te słowa, uśmiech zniknął z jego twarzy (...)”37

Słysząc tę rozmowę Pradera odczuwa ogromny ból, a nawet strach, kiedy widzi przed oczami samobójczą próbę Michała. Dzień kończy ciężkie milczenie jakie zapada między bohaterami.

Koniec powieści przynosi definitywne, choć zakamuflowane w poetyckim opisie, rozwiązanie losów bohatera. Janek budzi się sam w pokoju i wraz z zadumą dopada go uczucie rozpłynięcia się w niebycie, w nicości. Pragnąc ukoić smutek, który na niego spłynął, ucieka się do zdystansowanego oglądu rzeczywistości, próbuje stępiać swoją wrażliwość. W pewnym momencie otrząsa się jednak z tego i ze zdwojoną mocą zaczyna odczuwać. Pojawia się w nim nieodparte pragnienie ujrzenia Gałązki Jabłoni, ogromna, nienazwana tęsknota za ukochanym człowiekiem. Wstaje i natychmiast decyduje o tym, by wyruszyć w powrotną drogę do swojej kobiety. Gorączkowo rozmyśla nad tym jak najszybciej się do niej dostanie. Idzie na skróty, skrajem lasu i pola, do Hopli, gdzie spodziewa się znaleźć jakiś środek transportu. W tym momencie zaczyna na niego zstępować mgła. Charakterystyczne jest, że narracja, która przez całą powieść była pierwszoosobowa, przechodzi w narrację trzecioosobową, jakby bohater tracił świadomość samego siebie, jakby rozpadała się jego osobowość. Ekspresyjny, kilkustronicowy opis szamotaniny Pradery, połączonej ze zniechęceniem i osłabieniem, kończą słowa: „(...) o niczym nie myślał (…) stracił nawet to jedyne, co miał: zdziwienie, że chce mu się spać (…) absolutnie bezbronny już był, już się nie widział jako atakowany kłębek człowieczy (…) chyba już się w ogóle nie widział, klęczał we mgle z uniesioną we mgle głową i patrzył na mgłę, nic nie wiedząc, nie wiedząc nawet tego, że jest skazany na zagładę, na pożarcie przez mgłę, na rozmycie, na rozpłynięcie, na rozwianie się we mgle we mgle.”38 Sen, który spływa na Praderę to sen śmierci. Michał Kątny przynosi Jankowi rozstanie się z ostatnimi złudzeniami. Świadomość samotności okazuje się zbyt trudna, zbyt przygniatająca; niemożność porozumienia z drugim człowiekiem jest ostateczną przyczyną upadku bohatera Stachury. Ciężar, który trzeba nieść przez życie samotnie jest zbyt przytłaczający. „Mgła” ostatecznie zakrywa Praderę i niosąc mu, bądź to fizyczną śmierć, bądź obłęd, wyrywa go z kręgu życia.

Powieściowa dylogia Stachury podejmuje bardzo wiele pytań charakterystycznych dla refleksji egzystencjalnej. Bycie w świecie, sens istnienia, możliwości poznania, istota wolności ludzkiej, towarzyszące bohaterom uczucie niepokoju, heroizm trwania, osamotnienie człowieka w świecie, subiektywny sposób oglądu rzeczywistości – to tylko niektóre z problemów poruszonych w „Całej jaskrawości” i „Siekierezadzie”. Dodatkowo posługiwanie się dosłownie, bądź też w domyśle pojęciami, którymi operuje egzystencjalizm, wskazuje na bardzo silną inspirację intelektualną Stachury, tym sposobem myślenia. Przypadkowość, nicość, absurdalność, nadmiar istnienia, heroizm bycia, los ludzki naznaczony zmierzaniem ku śmierci i bunt przeciw temu losowi - to sformułowania niezwykle istotne dla filozofii Sartre'a, Camusa, Heideggera, czy sięgając głębiej Kierkegaarda. Ich obecność w omawianych dziełach jest dowodem na żywotność egzystencjalizmu w polskiej literaturze przełomu lat 60. i 70. Sposób, w jaki pojawiają się te pojęcia w powieściach Stachury jest równocześnie dowodem na dość powierzchowną refleksję autora, podporządkowaną jego chwilowym wrażeniom i znajdującą w egzystencjalnym namyśle, oddźwięk własnych niepokojów i intelektualnych poszukiwań. Nie mamy tu do czynienia ani z bardzo spójną koncepcją myślową Stachury, ani tym bardziej z dojrzałą polemiką, z którymś z egzystencjalistów. Trzeba przy tym odnotować, że najistotniejszymi postaciami, do których można by się odnosić w związku z tymi tekstami są Sartre i Camus. To ich myśl cieszyła się wówczas w Polsce niesłabnącą popularnością, byli oni też filozofami najbardziej aktualnymi. Nie sposób jednak ocenić, na ile świadomie Stachura zbliża się do koncepcji któregoś z nich. Kategorie egzystencjalne stosowane przez autora „Siekierezady” są zbyt rozmyte, niejasne i pomieszane, w zestawieniu z filozofią Sartre'a, czy Camusa. Z pewnością bliżej bohaterowi Stachury do światopoglądu wyrażanego, przez autora „Dżumy”, z późnego okresu jego filozoficznej refleksji. Tak Szerucki, jak i Pradera niosą w sobie silne poczucie ogólnoludzkiej uczciwości, postulują życie w świecie wartości. Można nawet powiedzieć, że podobnie jak Camus z okresu „Obcego”, bohater Stachury przeżywa swój okres nihilistycznego postrzegania świata, by ostatecznie wybrać heroizm działania, życia wbrew losowi i na przekór absurdalności istnienia. Tyle tylko, że odpowiedzią Camusa na pytanie o sens istnienia jest stwierdzenie, że żyć jednak warto; bohater Stachury nie ma na to siły, nie wytrzymuje przygniatającego go uczucia samotności i braku nadziei. Myśl o śmierci i nicości nie jest dla niego wyzwalająca, tak jak jest to możliwe w refleksji egzystencjalnej. Janek Pradera nie realizuje wolności ani na sposób Sartre'a, ani Camusa. Bohater Stachury nie zna wolności absolutnej (nihilistycznej) i moralności zupełnie subiektywnej; tak samo jednak nie czyni go radosnym świadomość, że jego los pozostaje w jego własnych rękach, bo przeraża go absurdalność wyborów, które musi podejmować. Można więc powiedzieć, że w pewnym sensie bohater powieściowej dylogii Stachury jest polemiczny wobec poglądów Sartre'a (widzi wielość istnień, ale nie napawa go to takim wstrętem jak autora „Mdłości”; dostrzega w tej wielości piękno, mimo jednoczesnej nieznośności tego uczucia), poglądy Camusa okazują się natomiast ideami heroicznymi, zbyt trudnymi do uniesienia dla jednostki świadomej, ale nadwrażliwej. Przy tym wyraźna jest akceptowalność Stachury dla poglądu Sartre'a o egzystencji poprzedzającej esencję (w odniesieniu do człowieka), co udowadnia, że traktuje on egzystencjalistów wybiórczo, podporządkowując ich poszczególne refleksje własnym przemyśleniom. Tak samo jak u Sartre'a bohaterowie Stachury widzą własną nieokreśloność i nieustanne tworzenie, przekształcanie, przeobrażanie siebie samego, w przeciwieństwie do jasno widzianego świata zewnętrznego, dającego się zdefiniować i opisać. Różnica polega tu na tym, że Szeruckiego i Praderę ta świadomość niepokoi, Sartre'a zaś doprowadza do pojęcia wolności i wyprowadzenia z tego nakazu jej realizacji.

Kończąc te rozważania warto jeszcze raz podkreślić istnienie w prozie Stachury bohatera typowo egzystencjalistycznego, tzn. podejmującego refleksję egzystencjalną. Recepcja tego pisarza ogranicza się często do ogólników, do lirycznej sensualności, również w odniesieniu do twórczości powieściowej. Takie bazowanie tylko na wrażeniu i emocjonalności, spłyca intelektualne sensy zawarte w dziełach Stachury. Jego programowa zmysłowość ma swoje źródła w filozoficznym namyśle nad światem i stanowi sposób na przezwyciężenie niedoborów ludzkiej egzystencji. Jest kreacją świata piękniejszego niż ten, który poecie udaje się dostrzec realnie, przeprowadzoną po to by móc dalej żyć. Dopiero kiedy uwzględni się ten filozoficzny aspekt powieściowego świata Stachury, można zrozumieć dogłębnie dramat sytuację jego bohatera w świecie zbyt okrutnym dla jego poetyckiej osobowości, jak i dramat samego autora, tak bardzo mocno wyrażającego własne lęki w swoim pisaniu.

 

1 J. Marx, Legendarni i tragiczni, Alfa, Warszawa 1993, s. 429.

2 E. Stachura, Się w: Opowiadania, red. H. Bereza, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 421.

3 K. Rutkowski, Poeta jak Nikt w: Wiersze, poematy, piosenki, przekłady, red. Z. Fedecki, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 21 - 23.

4 E. Stachura, Pogodzić się ze światem w: Fabula rasa. Z wypowiedzi rozproszonych, red. K. Rutkowski, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 409.

5 J. Marx, op. cit., s. 427.

6 H. Bereza, Życiopisanie w: Fabula rasa. Z wypowiedzi rozproszonych, red. K. Rutkowski, Czytelnik, Warszawa 1982 s. 447 - 451.

7 E. Stachura, Cała jaskrawość w: Powieści, red. H. Bereza, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 117.

8 J. Marx, op. cit., s. 417, 420 - 421.

9 H. Bereza, Życiopisanie, s. 445 - 465.

10 Tamże, s. 454 - 456.

11 E. Stachura, Siekierezada w: Powieści, red. H. Bereza, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 306 - 308.

12 E. Stachura, Cała jaskrawość, s. 92.

13 Tamże, s. 93.

14 Tamże, s. 125.

15 Tamże, s. 197.

16 J. Przyboś, Cała jaskrawość, „Życie Warszawy” 1969 nr 308, s. 3.

17 E. Stachura, Cała jaskrawość, s. 8.

18 Tamże.

19 J. P. Sartre, Mdłości [w:] Słownik myśli filozoficznej, red. M. Siwiec, Park, Bielsko-Biała 2011, s. 386.

20 E. Stachura, tamże, s. 10.

21 Tamże, s. 10 - 11.

22 Tamże, s. 48.

23 J. P. Sartre, Mdłości, s. 386.

24 Tamże, s. 23 - 24.

25 J. P. Sartre, Egzystencjalizm jest humanizmem [w:] Słownik myśli filozoficznej, red. M. Siwiec, Park, Bielsko-Biała 2011, s. 389 - 391.

26 A. Camus, Absurd i samobójstwo. Bunt Syzyfa [w:] Słownik myśli filozoficznej, red. M. Siwiec, Park, Bielsko-Biała 2011, s. 402.

27 E. Stachura, Siekierezada, s. 206.

28 Tamże, s. 201.

29 T. Nyczek, Radość pisania, „Miesięcznik Literacki” 1972 nr 7, s. 126 - 128.

30 E. Stachura, tamże, s. 211.

31 Tamże, s. 214.

32 Tamże, s. 306.

33 Tamże, s. 307.

34 Tamże, s. 308.

35 Tamże, s. 358.

36 Tamże, s. 364.

37 Tamże, s. 368.

38 Tamże, s. 376 - 377.

BILETY

W studio koncertowym Programu Trzeciego Polskiego Radia, 2 września, odbył się niesamowity koncert Lubelskiej Federacji Bardów poświęcony poematom Edwarda Stachury z okazji 75 rocznicy urodzin poety. Jest to zapowiedź nagrywanego właśnie w Studio Hendrix w Lublinie materiału „Stachura – Poematy”, który znajdzie się na ósmej płycie w dorobku zespołu. Twórcami muzyki do poematów Edwarda Stachury są: Marek Andrzejewski, Piotr Selim, Krzysztof Nowak z Lubelskiej Federacji Bardów. W koncercie wystąpili: Marek Andrzejewski – śpiew, gitara akustyczna, kompozycje; Piotr Selim – śpiew, fortepian, kompozycje; Krzysztof Nowak – gitara basowa, kompozycje; Katarzyna Wasilewska – skrzypce, śpiew; Piotr Bogutyn – gitara elektryczna; Tomasz Deutryk – perkusja; Jolanta Sip – śpiew; Jan Kondrak – śpiew i prowadzenie. Zespół na początku koncertu zadedykował Stachurze swoje trzy autorskie piosenki, po których zaprezentowane zostały w piętnastu utworach fragmenty następujących poematów: Dużo ognia, Przystępuję do ciebie, Kropka nad ypsylonem i Po ogrodzie niech hula szarańcza. Przed nimi pojawiły się też wyśpiewane zdania z tomu opowiadań „Się”.

Jan Kondrak prowokował do tego, by poznawać w autorze Całej jaskrawości to, czego nie znamy. Wprowadzał do każdej piosenki, wygłaszając miniwykład rozjaśniający tajniki twórczości Edwarda Stachury. Postanowiłem połączyć wszystkie wstępy w jedną całość, aby można było je odczytać jako jeden wielki wykład Jana Kondraka prowokujący do czegoś jeszcze większego.

„Drodzy państwo! Jeśli ktoś żyje w głębokim przekonaniu, że można niektórych pisarzy i artystów nie znać, to jest to przekonanie obojętne mówiącemu te słowa, bo rzeczywiście można… Ale! Pewne postaci trzeba znać. Tak sądzę. Dla dobra kultury, dla dobra możliwości porozumiewania się. Taką postacią, takim artystą jest Edward Stachura… Więc, jeśli ktoś twierdzi, że zna twórczość Edwarda Stachury, znając tylko jego piosenki, to wie niewiele o tej twórczości. Ten kto zna jego poematy – trochę wie. Kto zna prozę i poematy – wie wszystko. My dzisiaj przywieźliśmy państwu poematy, którymi w sensie śpiewanym nikt się specjalnie nie zajmował do tej pory. Dla jasności: jednym z poematów, Missa pagana, zajmowało się wielu, począwszy od Jerzego Satanowskiego i Czesława Niemena. Rzadko kiedy dzieło owo oglądało światło dzienne, ale zajmowano się nim. Natomiast większą ilością poematów zajęliśmy się my siedem lat temu. Przychodzi ten moment, kiedy możemy część tych poematów państwu pokazać. O co chodzi? W poematach Stachury jest poezja. W piosenkach Stachury jest tylko proza rymowana, a chcemy pokazać pełniej tego wybitnego artystę, który zrobił bardzo wiele dla języka polskiego, poszerzając jego możliwości, czyli zachował się tak, jak poeta powinien. Ale również wykraczał poza poezję. Zrobił bardzo dużo dla psychologii i dla filozofii. Jeśli państwo posłuchacie uważnie, to będziecie wiedzieli, jak bardzo jest to daleko idąca operacja na języku polskim, jak daleko z notatnikiem w ręku poszedł autor w sfery życia wcześniej polszczyźnie nieznane. Choćby sposób opisywania olśnienia, które nazwał »całą jaskrawością«”.

„Jest taki poemat składający się z bardzo króciutkich wierszy, który się nazywa Przystępuję do ciebie i ta formuła – przystępuję do ciebie – przewija się w każdym z tych wierszy. Oczywiście przystępować można do Komunii, bo to jest formuła przejęta z modlitwy. Można oczywiście przystępować do obiadu. Można przystępować do próby konsumpcji przodka w pewnych kulturach pierwotnych. Nie o to chodziło Stachurze. Stachurze chodzi o to, że szuka jego bohater ludzi, którzy są w stanie przebywać w twórczym skupieniu – w takim stanie twórczym, który Stachurze wydawał się jedyną receptą na w miarę bezpieczne przebywanie życia na ziemi, kiedy się jest osobą nad-, nad-, nadwrażliwą.”

„A w innym poemacie pt. Missa pagana Stachura powołuje pewne kategorie moralne, które jego zdaniem mogą światu pomóc, bo Missa pagana jest wymyślona po to, żeby uratować świat. Dokładnie. Nic mniej, nic więcej. I te kategorie zawarł w części Mszy poganina pt. Komunia.”

„Jest taki poemat, który się nazywa Dużo ognia, on dosyć sławny jest. Bohater Stachury ma tam takie wybujałe ego, wybujałe ja. Czuje to ego, że nie ma nikogo podobnego w świecie do niego samego, więc prowadzi intensywny dialog ze samym sobą. Ego rozmawia generalnie z alter ego. Mówi się tam dużo o wędrówce, ale jest to raczej wędrówka w głąb siebie, w głąb po dróżce samo-się-poznania. Tak to wygląda i w tym samo-się-poznawaniu i w tym stanie tworzenia, w który Stachura się wprawia, ten człowiek się spala, stąd tego ognia tak dużo. Sam poemat zwraca uwagę na pewien zabieg, który się nikomu wcześniej nie udał, a mianowicie na połączenie stylu kolokwialnego i stylu wysokiego, retorycznego. Osiągnął tutaj autor efekt „retoryki intymnej” przez nawiązanie do Starego Testamentu i do kolokwialnej mowy. Jest to niezwykłe osiągnięcie w polszczyźnie. Państwo zwróćcie uwagę też na sposób użycia czasownika w tekście, który teraz będzie.”

„W innym poemacie pt. Po ogrodzie niech hula szarańcza Stachura skorzystał z pewnego pomysłu, jaki podpatrzył u amerykańskich poetów drogi, u tzw. beatników, gdzie podmiot mówiący wędruje po świecie i opowiada te elementy pejzażu i te spotykane zdarzenia, które budują mu jego historię wewnętrzną, pewną mitologię. Więc zauważa dookolny świat, ale bohaterem tego poematu Stachury, takim fizycznym jest polska prowincja i to bliska nam Lubelakom, bo rzeczy się dzieją też w okolicach naszych. Bohater liryczny powołuje też swoich innych bohaterów – takich, u których podejrzewa, że osiągnęli ten stan doskonałości, czy to też poprzez postradanie rozumu, tak jak Witek Różański – jako tzw. Dziecię Boże, czy też poprzez postać Szaleńca Bożego, jakim się jawi Ryszard Milczewski Bruno. Chodzi cały czas o takie szukanie sposobu na przeżycie życia godnie i żeby temu światu pomóc… Czarno na białym… fragment poematu Po ogrodzie hula szarańcza.

„Istnieje taka perspektywa (również dla Edwarda Stachury piszącego pewien poemat), że całe zło świata można zawrzeć w słowie „schemat”, a jednostka, zwłaszcza ta wybitna, jest sama jedna i bezradna wobec „owegoż schematu”, wobec drylu, wobec porządku takiego wszechogarniającego. Jest pytanie pewne tutaj: kto za tym się kryje… Pytanie filozoficzne, egzystencjalne i teologiczne, krótko mówiąc. Nie będziemy rozwiązań poddawać, natomiast chcę zwrócić państwa uwagę, że przy pomocy inwektywy, wyszukanej inwektywy, też można rozmawiać na poważne tematy. Że ironia, drwina, kpina i zwykły humor były Stachurze jako twórcy nieobce. Kropka nad ypsylonem”.

„Edward Stachura czasami wypowiadał się prywatnie na tematy związane z twórczością. Kiedyś mówił tak do swoich przyjaciół m.in. do Janusza Kuklińskiego, który jest na sali, że wszystko, co zostało napisane na świecie bez świadomości, że śmierć istnieje, jest nic nie warte. Warte jest tylko to, co gdzieś tam z tyłu głowy stale zakłada istnienie śmierci. W literaturze warte jest. Jedna pieśń pt. Wiara z poematu Dużo ognia”.

„Chcemy państwa jakoś zachęcić do lektury Stachury, łatwiej się wtedy porozumiewać. Ja wysłałem państwu tylko kilka sygnałów, że, no, jest nad czym podumać, gdy Stachura pisze, a się go czyta, a nie tylko słucha. Po to śpiewamy, żeby zwrócić uwagę, że ten człowiek pisał. Ale nie tylko piosenki na miłość Pana Boga Najwyższego! „O Zjawo Realna”!, „O Widoku Nad Widoki”! To są wszystko nazwy Pana Boga wymyślone przez Stachurę. W piosenkach to tam jest bardzo mało filozofii Stachury. A ona jest niezwykle interesująca. Naprawdę. Godzi się to powiedzieć w urodziny 75. Mistrza, który był nie tylko poetą, nie tylko pisarzem, nie tylko śpiewakiem swoich pieśni, nie tylko trubadurem. On przekraczał to wszystko, mówi się, że przekroczył literaturę. Tak – przekroczył, żył gdzieś bardzo daleko, bardzo dalej. Był pożyteczny dla wielu innych dziedzin życia, dziedzin nauki. Tak mądrzy ludzie piszą. Między innymi pan Jarosław Markiewicz we wspaniałym artykule… Wprowadzenie do … i tutaj długi barokowy tytuł następuje.”

„Mam ochotę podroczyć się intelektualnie z tym takim nurtem publicystycznym, który nie dość, że jest rachityczny i zamierający, myślę o krytyce muzycznej, krytyce dotyczącej piosenki, który na dobrą sprawę nie istnieje. Dziennikarze radiowi mają zasznurowane buzie, bo wszystko, co mówią, może być posądzone o reklamę. Ci którzy piszą, piszą o tym, czy był czad na koncercie, czy czadu mianowicie nie było. Nie wiedzą, że czad akurat zależy od siły aparatury, a nie od tego, co wydziela zespół… No więc pojawił się niepokojący artykuł mianowicie, że Stachura śpiewany do tej pory był „zaharcerzony” – cytuję słowo. No, i takie zdania można wypowiadać tylko z niewiedzy, więc chciałbym chociaż państwa powołać na świadków i troszeczkę wiedzy opublikować. Faktem jest, że piosenki Edwarda Stachury śpiewało około 30 tys. osób zawodowo, czyli biorąc za to pieniądze. Taka jest prawda, ale nie tylko. Nurt śpiewania z gitarą można jakoś od biedy zakwalifikować jako nurt harcerski, ale przecież ja nie śpiewałem tego 35 lat temu na sposób harcerski, tylko raczej na sposób operowy. Roman Ziemlański jest fantastycznym muzykiem klasycznym, komponował do Missa pagana. Czesława Niemena trudno o harcerstwo posądzać w złym sensie, Missa paganę opracowywał był, choć nie ujrzało to światła dziennego. Jerzy Satanowski chyba więcej niż połowę songów też skomponował. Niektóre ujrzały światło dzienne, niektóre nie. Pewien kompozytor z Łodzi życiem przypłacił ciężką pracę nad Missa pagana, ale nie pamiętam, czy doszło do premiery w filharmonii. Robert Stanilewicz, znany wam dziennikarz gospodarczy, wtenczas gitarzysta klasyczny tam studiujący, donosił mi na bieżąco, jak postępują prace, bo brał w tym udział. Zespół Rybie Łości, zespół rockowy z Torunia, grał Missa pagana na sposób rockowy. Wtedy pisano właśnie, krytycy, wtedy jeszcze było trochę krytyki za komuny. Nie wiem skąd się brała, ale niektórzy mieli fajne powiedzonka np. o zespole Rybie Łości, wystąpił na „Stachuriadzie” i krytyk pisze: „Ja rozumiem śledzia w śmietanie, ale żeby zaraz w bitej, prawda”. Nie przypominam też sobie, żebyśmy od siedmiu lat wypuścili chociaż jedną nutę harcerską w złym tego słowa znaczeniu. Anna Chodakowska dotknęła bardzo mocno poematu Missa pagana, ale to Roman Ziemlański komponował. Natomiast jest tam przez nią użyty też fragment Oto – w jej programie.

Przychodzimy z nieśmiałą nadzieją, że rozpocznie się w Polsce prawdziwa dyskusja na temat tego, co Stachura rzeczywiście wnosi jako artysta, czyli ktoś więcej niż tylko pisarz i poeta. Co wnosi w nasze życie jako ten, który wnosi coś do języka. To jeszcze nie zostało opisane dobitnie. Polonistyka się jeszcze tym niespecjalnie zajęła, jeszcze przy Teofilu Lenartowiczu polonistyka tkwi. Moi koledzy, z mojego roku polonistyki wszyscy się doktoryzują ze Słowackiego. Odkryli Słowackiego, słuchajcie! No nie ma biedy, no! Kiedyś dojdą do Stachury, ale można to przyspieszyć i my tak staramy się trochę prowokować tę dyskusję. Naprawdę Stachura zrobił nieprawdopodobnie wiele np. pisał w bezokolicznikach. Wtedy felietoniści mu mówili, pisali o nim, że pisze językiem Kalego, a to guzik prawda. Stachura przyjechał do Polski, nauczył się języka polskiego – jego pierwszym językiem był francuski. I nagle zobaczył, jaki to piękny język ten polski. Ile ma możliwości. Pisał w bezokolicznikach, ponieważ to po łacinie jest „infinitivus”, co znaczy „nieskończony”, a Stachurze chodziło o nieskończoność, o wieczność, o wejście do wieczności, więc starał się dostosować formy gramatyczne do idei, jakie sobie założył. Nikt wcześniej na to nie wpadł. Albo np. stosunek do zaimka zwrotnego „się” zrobienie z tego „pana się”… Nikt na to wcześniej nie wpadł. Albo do zaimka „to”. Wszystkie: „Przystępuję do ciebie, bo chciałbym jeszcze rzecz bardzo jak feniks napisać”. Albo: „Wszystki to jest splendor: móc i mieć prawo: do siebie uśmiechnąć się”. To są przecież zdania jak gwoździe z krzyża Jezusowego, bardzo wyraźne. Specjalnie tak robione, żeby pokazać światu, jak polszczyznę można modelować. Dzisiaj śpiewaliśmy kawałek utworu prozatorskiego Się – jest tam jedno zdanie: „Się szło…” Widzieliście, ile razy można to samo zdanie powiedzieć i jak to coraz inaczej znaczy, jak bardzo język polski jest językiem pozycyjnym. Mówi się, że angielski jest pozycyjny, to prawda, ale polski też i w zależności od kolejności tych słów nagle zmienia się światło, a z tym znaczenie i Stachura to wszystko pokazuje.”

Liczę, tak samo jak zespół Federacja, że ta wypowiedź Jana Kondraka na temat twórczości sprowokuje do polemiki i większej wypowiedzi w formie książkowej. Zapraszam na stronę Polskiego Radia też do obejrzenia koncertu, który zarejestrowany został w formie video, gdzie widać i słychać, jak zespół radzi sobie z poematami Stachury:

http://www.polskieradio.pl/9/200/Artykul/672901,Koncert-Stachura-Poematy-(wideo)

Pozwolę sobie w tym miejscu na małe wspomnienie, które może pozwoli sprostować, iż zespół jeszcze wcześniej rozpoczął swoją pracę nad poematami Edwarda Stachury. Pamiętam jak dziś, że był to czerwiec 2006 roku, kiedy to przyjechałem z Poznania do Warszawy na tzw. „Mironalia”, aby na spotkaniu poświęconym Edwardowi Stachurze wspomnieć o jego przyjacielu Wincentym Różańskim, który był bohaterem poematu Po ogrodzie niech hula szarańcza i powieści Cała jaskrawość, a wtedy jeszcze żył, mimo dużych problemów zdrowotnych. W takich oto okolicznościach poznałem Jana Kondraka i pierwszy raz usłyszałem śpiewane poematy Stachury. Federacja występowała wtedy w mniejszym składzie bez perkusji i gitary elektrycznej. Poprosiłem wtedy Jana Kondraka, aby przysłał mi płytę z tymi nagraniami i otrzymałem koncert zarejestrowany w Hadesie 5 listopada 2004 roku, bez obróbki studyjnej, co oznacza, że pracę nad poematami zespół rozpoczął nie siedem, a osiem lat temu. Ale mniejsza o daty. Ważne, że powstaje studyjna płyta z dodatkowymi instrumentami, przez co brzmienie nadaje siłę słowu śpiewanemu, podkreślając jego ważność.

Szukałem i znalazłem w sieci elektronicznych informacji ten długi barokowy tytuł, który w całości brzmi Wprowadzenie do ekstatycznego życia i cierpienia Edwarda Stachury, a także próba teorii tak zwanego obłędu i tak zwanej śmierci. Postanowiłem też potwierdzić słowa Jana Kondraka, o tym, iż Edward Stachura przekroczył literaturę. Znalazłem u siebie artykuł Wincentego Różańskiego o Stachurze pt. Był tym, który poszedł do końca opublikowany w piśmie „Integracje”, Cz. VIII, Warszawa, marzec 1983 r. W nim Witek Różański wspomina:

„Był to człowiek niezwykle dumny, tkliwy, obdarzony poczuciem humoru, a zarazem nie wolny od smutku, zadumy; prostolinijny i zdecydowany na wszystko, co stanowiło drogę literacką stopioną z życiem. Mówił mi, że pójdzie w literaturze do końca. Uważał, że życie i literatura to jedno. Był z tych, którzy rodzili się i umierali i tym, któremu to było za mało. Pisał mi, że pójdzie na całego; było to w okresie pisania Całej Jaskrawości. Pisał o śmierci jako o „zupełnej wariatce”. Był po stronie życia, ale w szczególnych chwilach tęsknił za lepszym światem.”

W tym miejscu warto przytoczyć słowa Brodzińskiego: „Literatura każdego narodu jest jego moralnym bytem, bezpieczną w swoich granicach, żadnemu zniszczeniu niepodległą” i warto dodać do tych słów, nie podlega zniszczeniu jeśli sami pragniemy ją poznawać i chronić przed zapomnieniem.

Krzysztof Wiśniewski

Warszawa, 20 IX 2012 roku

 

 

{gal}federacja2012{/gal}

fot. K. Wiśniewski.

Poniżej publikujemy zbiór slajdów, przygotowanych przez Samotnego Włóczykija (pomysł + zdjęcia) oraz Artura Nowińskiego (montaż + edycja dźwięku).

Dziki Zachód - Bieszczady

W pokazie wykorzystano utwory:
- Stare Dobre Małżeństwo - "Pożegnanie"
- Jerzy Michotek - "Stary cowboy"
- Tadeusz Woźniakowski - "Ballada bieszczadzka"
- Zespół Adama Drąga "Jesień w górach"
Film zawiera również: ryk godowy jelenia (6:47-8:24). Na zdjęciach również: tropy niedźwiedzia, ślady pobytu bobrów, pasące się żubry na prerii.

Las, skały i woda. Zalew Soliński

Jest to pokaz slajdów o wschodnim brzegu Zalewu Solińskiego. Można tu zobaczyć dzikie krajobrazy nadbrzeżne oraz zdjęcia zakapiorów bieszczadzkich i bieszczadników/ ślady po nich. Samotny Włóczykij odwiedził to miejsce, by spotkać się z człowiekiem, który w proteście przeciwko konsumpcjonizmowi wyjechał w Bieszczady wraz z koniem, by żyć na dziko. Muzyka:
-Ennio Morricone Il luono, il brutto, il cattivo (L'estasi dell' Oro) - muzyka z westernu "Dobry, zły i brzydki"
-Elżbieta Adamiak "Jesienna Zaduma"
-Wykonawca nieznany "Wędrowiec"
-Roman Roczeń "Cowboy"
-Stare Dobre Małżeństwo "Bieszczadzkie Anioły"

Jesień w Caryńskiem

Podkład muzyczny stanowi piosenka "Pocztówka z Beskidu" w wykonaniu zespołu Wołosatki. Pokaz slajdów o terenie dawnej wsi Caryńskie w Bieszczadach.

(...) Odczułem pewien niesmak gdy przeczytałem słowa Jerzego Stachury - Juniora, pozwólcie, że je Wam zaprezentuję:
Jest ich wielu. Ilu? Nie wiem. Mówią, że "śpiewają". Nie wiem co to oznacza, ale niech śpiewają. Tym przy ognisku - życzę gwiaździstego nieba. O tych co w świetle reflektorów, wolałbym nie mówić. Ale nie życzę im źle. Jednak znam paru chłopaków, któży (pisownia oryginalna - MK) do wierszy (piosenek) Edwarda Stachury zrobili kawałek dobrej muzyki. Jest wśród nich Marek Gałązka. Sted, jak sam mawiał, nie miał pretensji być grajkiem, czy śpiewakiem. Ale nie traktował piosenki (wbrew temu, co twierdzą dziś niektórzy "Stachurolodzy") jako marginesu swej twórczości. Do większości tekstów ułożył własną muzykę. Dlatego mając w pamięci jakże wymowne kompozycje Steda, długo nie mogłem pogodzić się, że do tych samych słów może zaistnieć jakaś inna muzyka. To właśnie Marek swoim śpiewem i grą na gitarze przekonał mnie, że można inaczej".{Powyższe znajduje się na okładce do kasety Ballady E. Stachury, śpiewane przez M. Gałązkę}
No dobrze, a co to oznacza? Wydaje mi się, iż kilka osób najchętniej chciałoby zamknąć twórczość Stachury w jakichś ciasnych ramach kilku wykonawców. Oczywiście w myśl tego odpada komercyjny SDM, który przecież gra zbyt sympatycznie dla ucha. Nie sądzę, aby do odpowiedniego przeżycia utworu, była konieczna jakakolwiek muzyka - wystarczy pewien klimat - teksty ballad są w gruncie rzeczy całkiem niezłą poezją. Może niezbyt skomplikowaną, ale bardzo trafną i adekwatną do sytuacji lirycznych. I to właśnie ta celowość utworu sprawia, że jest on piękny. Sam fakt, czy śpiewa sam Mistrz, czy też Gałązka, albo Polek - nie ma nic do rzeczy.
Moim zdaniem SDM robi kawał dobrej roboty skłaniając młodzież do słuchania czegoś innego niźli jakieś bumbumbumbumbumtatatata. Młody człowiek jeśli zainteresuje się wreszcie tekstem, a nie muzyką, to w pewnym momencie znajdzie wykonawców typu Chodakowska, Gałązka, Kondrak.
Powiedzcie mi - w czym tkwi Waszym zdaniem różnica między poezją ŚPIEWANĄ, a poezją? Czy Holoubek lepiej recytuje Wielką Improwizację niż ją Mickiewicz prezentował swym znajomym? Gdzie tak na prawdę przebiega granica między nadawcą, a odbiorcą dzieła? Kim zatem jest śpiewak?

-------------
(...) Dłuższy cytacik człowieka, który z racji swych bezkompromisowych poglądów nie cieszy się zbyt wielką popularnością - a szkoda, bo w moim mniemaniu pisze rzeczy całkiem mądre. Tako rzecze Jan Marx:

Przypuścmy, że licealista do bólu oczu wpatrujący się w ciemne wiersze Białoszewskiego, Karpowicza, Grochowiaka doznaje olśnienia przy Stachurze - nagle wszystko staje się jasne lub takim się młodemu czytelnikowi wydaje. A już na pewno do percepcyjnego orgazmu doprowadzą go Stachurowe piosenki. Tam dopiero można wyć z rozkoszy.
Natomiast czytelnicy, zaspokajający potrzebę poezji - tkwi ona przecież w każdym - za pośrednictwem hitów z radiowych list przebojów, w Stachurze dostrzegli szansę dowartościowania się bez dodatkowego wysiłku intelektualnego
{tu muszę wcisnąć swoje dwa grosze - Steda już nie puszczają w radio. Bardziej adekwatnym byłby tu G. Turnau - wg mnie typowy karierowicz wyzyskujący pojęcie PŚ do robienia pieniędzy}.
Otóż współczesna poezja w świecie (z małymi wyjątkami) uległa tak głębokiej interioryzacji {włączenia do kręgu własnych przeżyć - MK}, że przeciętny czytelnik nawet z dyplomem akademickim niewiele z niej rozumie. Powstała więc luka we wrażliwości takiego czytelnika, która bierze się z braku gotowości percepcyjnej, najczęściej wynikającej z lenistwa umysłowego, bo subiektywne postrzeganie świata przez poezję dzisiejszą wymaga wysiłku, o którym nie wiadomo z góry, czy się opłaci. Wierszowi współczesnemu niewiele pomoże nawet wsparcie interpretacyjne krytyki. Tę lukę wypełnia więc nie poezja, lecz jej substytut - piosenka, która ponadto za jednym zamachem zaspokaja potrzebę poezji i muzyki.
Podczas słuchania muzyki nawet pospolite rzeczy nabierają blasku, dając złudzenie obcowania z prawdziwą sztuką.
Śpieszymy się dziś. Mało kto ma czas na czytanie poematów, powieści. A tu piosenka proponuje surogat powieści, wiersza. To znamię czasu.

Hmmm, może niektórzy z Was krzykną zaraz o kalaniu własnego gniazda, etc. Nie sądzę, bym postąpił źle - po prostu - krytyka uszlachetnia.

Co do powyższego cytatu
1. Zwróćcie uwagę na fakt, ze faktycznie o wiele łatwiej odbiera się piosenkę niźli czysty wiersz. I może czasem świadczy to o jakimś upośledzeniu umiejętności do czytania., niemniej Sted tworzył piosenki, a nie wiersze do których potem GT dorabiał muzykę. Zatem obcujemy z jakimś intrygującym, ale już gotowym produktem spod ręki jednego autora.
2. Pojawia się jednak pewien problem - jak zaklasyfikować np twórczość nieszczęsnego GT - czy to poeta? Muzyk? Bard? Z tego co się orientuję - nie śpiewa do swoich tekstów, ale czy to właściwe kryterium?
3. [do pana Marxa] Czy postąpiłem źle - czytając bajkę "Jak gęś wodę w sitku nosiła"? Przecież to prymitywne i bezsensowne czytać takie idiotyzmy gdy się ma pięć lat. Uważam, że piosenki Steda są dobrym wstępem do późniejszej lektury poważniejszych utworów.
4. Współczesna poezja rzeczywiście jest bardzo zagmatwana i introwertyczna. Czy to źle, że są poeci, którzy próbują jasno opisać swój pogląd na świat?

Kiedyś miałem takie kryterium - jeśli potrafiłem zagrać utwór na gitarce i harmonijce - to znaczy, że obcowałem z poezją śpiewaną. Niestety potem trafiłem na Sielankę o domu WGB i koncepcję szlag trafił.

Laokon

źródło: forum Stachuriady

Regina (24.1.2011):

Skoro już tak węszycie....To moze ktos mi powie, co Steda laczylo ze slynna kolezanka Ola (mezatka niby byla)? W koncu bardzo czesto do niej listy pisal, a niektorzy lubia w tym podtekstow szukac.

Wit69 (24.1.2011):

Chyba chodzi o Olgę, a nie o Olę. Przytoczę fragment z książki Buchowskiego:
"Stachurze mającemu w Lublinie kłopoty mieszkaniowe udziela przez jakiś czas gościny lubelski oddział Związku Literatów Polskich,w lokalu ZLP przy ulicy Granicznej początkujący poeta nocował niejeden raz.Bardzo polubiła go sekretarka oddziału ZLP,wpisze jej potem Stachura do swojej pierwszej książki następującą dedykację:Drogiej i Szanownej pani Oldze Gajewskiej za dobre serce i wiarę w Stachurę-Edward Stachura".

Z tego, co wiem, zadedykował jej też wiersz "Kompozycja", a przecież jeden z jego wierszy nosi tytuł "Olga".

Regina (24.1.2011)

[...] czytalam, ze wlasnie duzo z nia korespondowal, nie dam glowy uciac, ale to chyba przed jego malzenstwem bylo, z tego, co gdzies przeczytalam i pamietam-chociaz jak przez mgle:) A moze on sam w dziennikach to pisal, hmmm musze poszukac dokladniej:)

Samotny Włóczykij (24.1.2011)

http://www.tnn.pl/himow_r...h_relacjePage=4

Cytat:

Również burzliwie, bardzo źle był przyjęty Stachura na swoim wieczorze autorskim. Tu był wieczór autorski, był chyba… albo w „Norze” albo w „Piwnicy”, nie pamiętam. To bardzo, bardzo źle było przyjęte też.
[W „Kamenie”] była sekretarka pani Olga Gajewska, w której się chyba Stachura podkochiwał, tak mi się wydaje. Ona musiała mieć ze czterdzieści parę lat i on nocował, tam w tym pokoiku i później kilka razy zobaczyliśmy takie kartki, ona nam pokazała, później jakieś zdjęcie Stachury z dedykacją dla niej. Ani nie była specjalnie taka piękna, ale była bardzo sympatyczna, tak trochę matkowała Stachurze, i mi się wydaje, że coś tam jakaś tam nić porozumienia chyba była, zwłaszcza, że on ją potem jeszcze w Warszawie chyba odwiedził. Ona zamieszkała z służbą na Saskiej Kępie i on ją chyba tam, tak mi się wydaje, że tam ją chyba też odwiedził.

Kobieta po czterdziestce, która matkowała Stedowi? Jakoś to nie bardzo pasuje do moich wyobrażeń o bohaterce "Listów do Olgi".

stachuraikowboje180px

Z menu powyżej wybierz fragment, który Cię interesuje.

W tym miejscu, dzięki uprzejmości Autora, publikujemy całość książki Stachura i kowboje. Zapraszamy do lektury i komentowania.

 

Okładka książki do druku [pdf]

Chicku
Z pewnej mailowej dyskusji z POlkiem - słów kilka

Gdyby nie zginął, napisałby jeszcze sporo porządnego tekstu, wszak wstępował właśnie w wiek największej płodności artystycznej. Pogodzić się ze światem czyta się całkiem dobrze, a Stachura dzieło to tworzył w czasie - jak sądził - upadku intelektualnego i wyjałowienia artystycznego. Człowieka-nikt wywyższał ponad siebie pod każdym względem. A pisał przecież dobrze. Był w dołku, a jak wiadomo, po każdym kryzysie nadchodzi wyniesienie. Napisałby z pewnością wiele. (...) O wiele więcej niż zdołał do 1979. Ale to co udało mu się napisać jest mimo wszystko CZYMŚ. Nawet Fabula rasa wnosi cosik do gatunku, nie ubolewajmy więc, że zginął, dało to przecież inny wyraz jego twórczości, moim zdaniem Jeden dzień straciłby, gdyby jego autor dożył lat starości. Jakoś to jest. Gdzieś tu tkwi reguła. Gdzieś tu jest jakaś niewidzialna spoistość, która łączy życie Stachury i wszystkie jego epizody życiowe w jedną konkretną całość. Iście doskonałą całość. Gdyby nie zginął, być może byłby odebrany przez Szwedów tak dobrze jak Miłosz. Ale stało się tak jak się stało. Wszak był człowiekiem tragicznym, romantycznym, a wiadomo, jak tacy kończą. Ideał książkowy. Tak miało być. (...) Zginął, bo chorowity wiek starczy nie był dla niego stworzony. Gdy w '79, po wypadku, stał się zależnym, coś się zmieniło. Ktoś go odciął od tlenu jego życia - swobody. Skończył z sobą. Zostawił po sobie spuściznę, można płakać, że mogło by być jej więcej, gdyby Stachura myślał inaczej, ale gdyby inaczej myślał, ta jego twórczość, która istnieje, byłaby inną twórczością, a życie jego nie było by tym życiem którym jest. Ile żywotów można nazwać, że są idealną kompozycją różnych epizodów? Które życie: Szymborskiej? Prusa? Sienkiewicza?
Stachury.

Stachurę można naśladować. Można dopisać to, czego on nie napisał. Co prawda, nie można go powtórzyć, bo nie byłby to już postępek oryginalny, ale jego twórczość może służyć jako podręcznik do nauki, można ją rozwinąć nie kopiując Stachury. Ktoś gdzieś kiedyś powiedział czy napisał o obawie przed peryfercjalizacją polskiej literatury, czego przykładem miał być właśnie Stachura. Że to, co on pisał, jest tym, czym były dzieła Mickiewicza dla klasyków - elementem niszczycielskim prawość kultury antyku. Nowatorstwem za dychę. Ten sam człowiek, który mówił o peryfercjalizacji polskiej literatury stwierdził, że możemy żyć spokojnie, gdyż Stachury się nie da skopiować, więc nie grozi nam nowy nurt flejtarskiej poezji. Stachura był kiepskim jej przedstawicielem, bez siły przebicia - uważał ów człowiek. A jednak  m o ż n a  go naśladować. Rozwijać w różnych kierunkach. On był pionierem. Pionierów literatury się nie kopiuje, ale gruntuje się na nich kolejne utwory. Za 300 lat epoka drugiej połowy wieku XX nie będzie nazywana epoką współczesną. Wiele widać w niej nurtów bazujących na wzorach antycznych, romantycznych, barokowych itp. itd. Ale trochę też takich, których nie było nigdy wcześniej. I może pod ich znakiem rozpoznawana będzie literatura współczesna (współczesna - nam i nikomu innemu), może rozpoznawana będzie pod znakiem dzieł garstki ludzi, a wśród nich jakieś tam miejsce zajmie sobie Stachura. Taki sobie przodownik. Taki sobie niedoceniony Mickiewicz XX wieku.

Laokon
Stachura i życie

Od dłuższego czasu zastanawiam się nad rolą Stachury w moim życiu. Czy był bożkiem? Przez pewien czas - na pewno. Ale nie modliłem się do Jego zdjecia. Modliłem się do jego poezji i sposobu życia. Wieczne wędrowanie. Bycie tu i teraz. Tam i później.

Pierwszy kontakt - kolega musiał zwrócić mi dług. Umówiliśmy się, że może mi oddać czyste kasety. Oddał "esdeemy", które dlań stanowiły półprodukt potrzebny do zapisywania nowych przebojów Vanila Ice. Postanowiłem, że przed nagraniem hitów MC Hammer'a zapoznam się z zawartością. Szok. To było to.

Uczestnictwa na koncertach SDM, gitara, dmuchadełko, publiczne występy. Ciekawe. Ale w pewnym momencie zauważyłem, że tak jak w kościele - oprawa liturgii jest piękna, ale jej blichtr sprzyja zapomnieniu o podstawach, na których bazuje filozofia.

Poszedłem do źródeł. Zacząłem czytać. Wyczytałem. Nie jest ciężko zrozumieć Stachurę. Sens Jego wierszy jest na ogół dosyć jasny i klarowny. To nie zarzut. Jego zwięzła forma sprzyja rozwijaniu dodatkowych możliwości konotacyjnych. Nagle okazało się, że Jego spiewanie o śmierci, tak na prawdę jest pieśnią o potędze życia.

Los różnie kieruje ścieżkami ludzi, mam coraz mniej czasu na czytanie i słuchanie Jego dzieł. Wiem jednak, że On zawsze będzie gdzieś we mnie. To kumpel na złe dni.

(Duże litery przy zaimkach - to tylko oznaka szacunku, dla faceta, który wykształcił mą wrażliwość)


Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Moda na Stachurę, czy...
(z grupy dyskusyjnej Stachuriady 6.07.2000 - 11.07.2000)


co sie dzieje- ludzie- gdzie sie podzialy tamte klimaty, w jakim my swiecie zyjemy, przeciez to wszystko , caly ten kolorowy zachod przyslania nam to co warte przezycia to co piekne dobre i prawdziwe - rzeczywiscie prawdziwe, czy sa jeszcze prawdziwi zyjacy poeci nie ci w czarnych gofach z lakierem na wlosach ale ci z wiatrem we wlosach i z poezja na codzien dla ktorych zycie to poezja niekoniecznie piekna i landrynkowa ale ta zyciowa , te wsciekle kly poezji .Jesli ktos mnie rozumie, rzeczywiscie rozumie takze Steda to niech skontaktuje sie ze mna , ach marzy mi sie taka prawdziwa stachuriada, a moze ktos organizuje takowa alvo chce to niech da znac trzymajcie sie stachurmeni w tych ciezkich czasach, ciekaw jestem co Edward by robil w dzisiejszym swiecie gdyby zyl
gabman


Wydaje mi się, że Ed byłby moderatorem tej listy :))

Tak na poważnie - to wrzuciłeś do listu masę problemów i wymieszałeś je trochę bez ładu.
Kwestia przeżycia dzieła literackiego to temat na bardzo poważną dyskusję. Generalnie my streszczamy ją jednym pięknym wyrazem: "życiopisanie". Oto autor projektuje nam swoje przeżycia w określonej rzeczywistości, my zaś odczytujemy je pod kątem własnych doświadczeń. Nie sądzę by britnispiryzm w jakis sposób zabijał duchowość poetycką. To po prostu odrębny dział tworzenia (chyba kiczem zwany) i persona, która zaangażuje się w czytanie Steda, mając do dyspozycji również tej miary "artystów" co Shazza - wybiera i podejmuje właściwe (naszym zdaniem) decyzje.
Nie sądzę by poeci w czarnych golfach byli do niczego - np. Wojtek Boros z Gdańska. Pisze z sensem, czasem nawet bardzo brutalnie. Publikuje i zbiera pochwały. Zresztą żel o niczym nie świadczy:
"W naszym mieście wyrąbali sady, (..), ważne, że w nas tkwi sad".
Pierwszą fizyczną Stachuriadą będzie zlot w Szklarskiej Porębie. Tam - my dzikusy z Wielkich Miast - mamy zamiar popoezjować sobie w rytmach Stedowych. I zapomnieć o naszej "landrynkowej" codzienności.
Marcin Kasjaniuk


Ja tam nie widzę żadnego landrynkowego zachodu itp. Nie wiem - może jako wolny pół-student obracam się teraz w środowisku nareszcie do siebie przystającym. Trzy pierwsze osoby, które na myśl mi przychodzą, gdy mózg zadaje pytanie "Kogo znasz?", to dwustuprocentowi poeci, od których zawsze mogę się uczyć tego, jak żyć i czuć się im potrzebnym - oni też się uczą ode mnie.

Myślę że to, czy nam britnispiryzm przeszkadza czy nie, zależy właśnie od środowiska. Po to są Stachuriady, Giełdy, SDM, a przede wszystkim pory roku i niebo zawsze takie samo, a zawsze inne, żeby nic więcej już nam nie było potrzebne w życiu. Przynajmniej w tym życiu nadświadomym. Bo pół-świadomie to ja mam zamiar pokręcić się trochę po świecie dorobków, $-ów i %-ów (wszelkiego rodzaju :-), żeby grosza trochę zgarnąć. Żeby na struny było, bilety PKS i wino. Resztę mam za darmo i w całym przepychu. I dziękuję za to światu, Bogu i od Wam.
POlek


>O ile wiem z relacji: ta "prawdziwa Stachuriada" to nie było nic ciekawego. To znaczy nudy na pudy. Jak to ktoś zauważył: Stachura nie jest do grupowych fascynacji - jego się smakuje w domowym zaciszu i nie można go traktować w TAK egzaltacyjny sposób. Sted był.... jest niesamowity i jego literatura taką jest. My to rozumiemy, i jego także rozumiemy, i wiemy co chciał nam przekazać. Myślę, że idziemy, my, Stachuriadzi z tej grupy dyskusyjnej, za Stachurą tak, jakby on tego chciał. I nie chodzi tutaj o permanentną fascynację Stachurą, a raczej o uzupełnianie się nim, tym co napisał i nie pokładać go przy tym w żadną wątpliwość.

To już byłby fanatyzm. Ja pokładam w wątpliwość wiele z tego, co napisał. I nie chciałbym zajść za Nim zbyt daleko. Uznaję, że do pewnego momentu wiedział naprawdę jak żyć i co robić by być szczęśliwym. Ale - primo: zabłądził nieco, wmawiając sobie pewne nieistniejące w Nim jeszcze rzeczy, secundo: sam napisał w Fabula Rasa bodajże, że nie daje on recepty na życie, bo każdy jest inny i dla każdego coś innego jest dobrem (nota bene - na to już wpadli Erich Fromm i Anthony de Mello conajmniej - pisali dokładnie to samo przy wyrażaniu swoich poglądów na osiąganie szczęścia).

>I jeszcze raz neguję tutaj wszelką bezgraniczną fascynację Stachurą, czego nigdy ja nie czyniłem, jednakże w tym, co Sted robił, nie ma dla mnie żadnych wątpliwości (w jego zachowaniu) i myślę, jeszcze raz powtarzam, że tutaj jest prawdziwa Stachuriada, lepsza od tej pierwotnej, na deskach sceny, gdzie setki wielbicieli jego piosenek słuchało piąty raz tego samego kawałka w kolejnym wykonaniu. To nie było to, czego chciałby Stachura.

No, to było to, czego oni chcieli... A nasza Stachuriada na czym będzie polegać? Myślę, że podczas pierwszej omówimy to. A tak to pośpiewamy i pogramy, podeliberujemy pewnie też. Robimy to trochę na dziko. Na improwizację.

>Na szczęście okres kreowania Stachury na bożyszcze powoli mija, a my jesteśmy następną generacją jego wielbicieli, tą doskonalszą, obiektywną i rozumiejącą Stachurę w jak najbardziej możliwej pełni. Bez bezgranicznej egzaltacji. Stąpiemy po ścieżcze, na której Stachura widziałby nas najchętniej. Nie wiem, czy Twój list jest zarzutem w NASZYM kierunku, ale przy takiej ewentualności, niniejszym obalam go.

Chyba nie. A propos - trzeba to powysyłać chyba na adres Gabmana, bo jego nie ma w Stachuriadzie chyba...

>Ale wydaje mi się, że jednak nie. Że jest raczej krytyką tego wszelkiego kiczu. Jak to zauważyło kilku młodych Niemców: Polacy kupują tandetę, ale nie chodzi o literaturę. Ktoś inny powiedział, że tylko Rosjanie, Amerykanie, ktoś tam jeszcze i Polacy potrafią docenić poezję. I w stosunku do nas na pewno się nie mylił. Stachura cały czas egzystuje w podziemiu (fakt: w sklepach ciężko o niego, z antykwariatów też znika prędko) i jest dosyć popularny o czym świadczy intensywność obrotów naszego licznika na www.viper.pl/~stachura , który został założony nie tak dawno. A to tylko sam internet. Ilu wielbicieli Stachury nawet mający dostęp do tego medium, nigdy nie wpisali do przeglądarki hasła "stachura", ograniczając się jedynie do mailowania, czy przesiadywania na ircu, albo nawet śmigania po witrynkach, ale w celach powiedzmy edukacyjnych.

Ok 70% listów na moją stronę dotyczyło Stachury. Pierwszy mail od Zuzy, jaki otrzymałem, też był wynikiem szukania Stachury w internecie. I to jest to, co Stachurze zawdzięczam bezpośrednio i jak na razie, w czystej egzaltacji i zauroczeniu, najbardziej :-).

>A ta cała szmira... Jeśli chodzi o młodzież - wielu z nich jest po prostu niedoinformowanych. Sam pokazałem Stachurę kilku osobom i byli zaciekawieni, czytają nawet, mimo, że na codzień nie interesują się literaturą pozaszkolną (Sted w LO jest często pomijany, a na studiach....). A te wszystkie harlequiny, czy inne czytadła, nie sądzę, żeby ludziom, którzy mają rodzinę, dzieci i w ogóle liniowy tryb życia, seriale w tv itp. Stachura przyniósł jakąś wielką radość. Raczej rozpacz nad tym, że dali się wpuścić w taki schemat życia, przed czym my mamy czas się jeszcze bronić.
chick

Święta prawda. Moje odejście od tego bagna zawdzieczam w dużej, jesli nie największej części, właśnie Stachurze.
POlek


Z tym nie pokładaniem Stachury w żadną wątpliwość to jest trochę dziwnie. Jeśli o mnie chodzi - ja nie neguję NICZEGO co napisał. Może i się nie zgadzam z kilkoma poglądami z Fabula rasa, ale z wieloma się jednak zgadzam, a te, które nie pasują mi do całości, ignoruję po prostu, będąc pewnym, że pojawiły się one w druki w wyniku dziwnej sytuacji, jaką była postać Stachury, a raczej człowieka-nikt w okresie redagowania Fabula rasa, który uważał, że to co raz zostało napisane, jest niejako święte.

Niczego stachurzego nie neguję, ale nie oznacza to, że zapisał się on na mnie jak na białej kartce (a paradoksalnie bardziej czystą kartą byłem dla wcześniejszych jego tworów, niż Fabuli rasy i Oto). Nawet nie wskrzesił we mnie tej całej łagodności bytowania, co ciekawe najpierw napisałem pewien dłuuugi tekst o wyrywaniu się z więzów schematów i bagna, a potem zacząłem czytać całego Stachurę i z zaskoczeniem zauważyłem całkiem niedawno kilka zbierzności. Mimo wszystko jednak to on był pierwszy;)). I stałem się jego fanem. Bardzo mnie w tym czasie uzupełnił.

I co to za pomysły, żeby wrzucać taki tekst do grupy dyskusyjnej nie zapisawszy się do niej? Może zaplanował sobie jedynie przestudiować index wiadomości jakiś czas po wrzuceniu owegoż tekstu....
CHICK


To, że się z kilkoma poglądami nie zgadzasz to świadczy o tym, że pokładasz Stachurę w jakąś tam wątpliwość. Po zapoznaniu się z dokładnym opisem Twojej dolegliwości (;-)), zauważyłem, że masz to samo co ja. Ja się właśnie z człowiekiem-nikt (w postaci stachurzej) po części nie zgadzam. A to, z czym sie zgadzam w Fabula Rasa i Oto to sprawy oczywiste i wielokroć przedtem opisane przez autorów innych.
POlek


Ta moja wątpliwość do Stachury to jest ta inna wątpliwość - ja sam mógłbym popełnić takie niezgodności, jakie zdarzyły się mu w Fabuli rasie i Oto, ale później bym do nich doszedł i zmienił je. Stachura nie ingerował w Fabulę rasę ani w Oto (chodzi mi o sam szkielet ideologiczny), co było powodem wypuszczenia kilku nieprzemyślanych wątków filozoficznych w druku. I Stachura na pewno wywaliłby z treści wyżej wymienionych utworów kilka elementów, gdyby nie to, że w okresie człowieka-nikt był tak oślepiony ideą nieomylności swojej postaci, że nawet może nie będąc potem pewnym niektórych wątków z FR i Oto, nie ruszał ich, uważając, że to jednak musi być prawda, skoro wypowiedział to STAN DOSKONAŁY. Po wypadku z pociągiem trochę wstydził się Fabuli rasy i Oto. Tzn. że generalnie nie mam zastrzeżeń do tego co napisał. Bo z tym, z czym się nie zgadzam i on w g r u n c i e r z e c z y się nie zgadzał również.
chick

Strona 2 z 11

       Dziękujemy Rodzinie Edwarda Stachury za zgodę na wykorzystanie wizerunku i fragmentów twórczości Poety.

     Zapraszamy do wirtualnego zwiedzania domu rodzinnego Edwarda Stachury

     TV Stachuriada to nasz kanał telewizyjny na You Tube. Zapraszamy do oglądania i subskrybowania.

 ZAPRASZAMY DO WSPÓŁPRACY

     Stachuriada.pl cały czas jest na etapie tworzenia (nie wiadomo, czy ten proces zostanie kiedykolwiek zakończony). Co więcej, w żadnym wypadku nie jest tworem zamkniętym na pomoc z zewnątrz, szerszą współpracę, czy drobne uwagi nie tylko od znawców tematu, bo każdy zainteresowany Edwardem Stachurą jest mile widziany. Chodzi przede wszystkim o to, by znalazło się tutaj jak najwięcej informacji, które chcielibyście tutaj widzieć, a także te, o których chcielibyście powiedzieć innym (począwszy od imprez, koncertów w waszej okolicy, skończywszy na własnych przemyśleniach, artykułach, sugestiach odnośnie technicznej strony Stachuriady). Nasze skromne grono redakcyjne z chęcią przyjmie nowych, stałych współpracowników. Zapraszamy również do udzielania się na  FORUM , albo do bezpośredniego kontaktu z nami poprzez KONTAKT e-mailowy.