Wydrukuj tę stronę

Barbara Rejek „Poczekalnia W” – fragment książki

    Fragment książki Barbary Rejek „Poczekalnia W”, wydana w 2019 roku.

 

Rozdział 7

NOCNA PODRÓŻ PO SZYNACH 

     – Cóż ty tam czytasz? – zapytałem mych myśli.
     – Nocna podróż pociągiem – pozwoliłem sobie na odpowiedź, choć nie byłem pewien, czy chciałem rozmawiać z pytającym.
     – Ciągle do tego was ciągnie? – zapytałem mych myśli z lekką pogardą.
     – Odczep się! – burknąłem. Masz miejsce siedzące, to korzystaj z uroków życia doczesnego, zdrzemnij się, o nas się nie martw.
     – Dobra, dobra! Nic już nie powiem, wy tam i tak swoje zawsze wiecie, ale mam dosyć tułania się z wami po tym kraju w poszukiwaniu śladów wilków. Stary już jestem, spójrzcie na moje zmarszczki i schorowane nogi…. – zaczęło narzekanie moje ciało, ale przerwało, bo pani obok rozpoczęła głośną rozmowę przez komórkę. I nawet moje myśli w tym momencie nie potrafiły się skupić. Starucha ględziła głupoty niejasne:
     – Mówię ci, że to była jego zmora, teraz to będzie twoja zmora. On potrzebuje twojej pomocy. Jak to, w nic się nie wplątałaś, to po prostu zmora była i już. Do kościoła idź i mu pomagaj, bo cię będzie nachodzić.
     Chrząkam, wychodzę na korytarz. Patrzę przez okno mknącego pociągu.
    – „Cóż to za pory roku niejasne?” – cytuję, bo rzeczywiście nie wiem, czy jest wiosna, czy jesień. Nie odmierzam czasu porami roku, świętuję Boże Narodzenie i Zmartwychwstanie Pańskie, kiedy mnie na to nadejdzie ochota. Świętuję także dzień mojego narodzenia, czyli dzień, w którym mi odebrano wszystko i zostałem goły i wesoły, jak to mówią. Nie wiem kto tak mówi, ale się mówi, że tak mówią. Nad moją głową już nie latają zmory, nic nie mam już, więc niczym się nie martwię. Swoje myśli i swoje ciało mam, ale dbam o nie tak średnio. Do lekarza poszedłem w zeszłym roku. Kazał zadbać o siebie, bo inaczej, powiedział, nie dociągnę do pięćdziesiątki. Nogi mi odmawiają posłuszeństwa, ponoć od palenia.
     – Rzuć pan palenie, to krew zacznie panu i w nogach krążyć! – mądrość lekarska.
     Jak rzucę palenie, to źle mi się będzie myślało. A przecież gwarancji bym nie dał, że te nogi to od kiepów, więc po co rozum psuć? Teraz też mogłem siedzieć wygodnie i słuchać babsztyla, ale przecież buzować zaczęło w głowie. Ja wiem, że ona tak głośno, bo przecież szuka pomocy, gdzie może, nawet w przedziale pociągowym, niech wszyscy na świecie wiedzą, jaka to największa bieda, ją, właśnie ją, wybrankę bogów, spotkała i że jej właśnie teraz wysłuchać trzeba i zaradzić, bo ona sama nie jest w stanie wziąć tego swojego wybrania we własne ręce i pokierować tym swoim niebytem w stronę jestestwa, dlatego skamle o pomoc wszem i wobec. Krzyknąć chciałem:
     – Nie ma żadnej zmory, strachy na lachy! Czegóż ty się, idiotko, boisz? A pozwól tym swoim widziadłom dopaść cię, a przekonasz się, że strach to tylko strach i nic więcej. I zacznij w końcu żyć, a nie trząść się przed życiem! Jutro pani skona, mąż panią opuści za rok, przy wysiadaniu złamie pani nogę! Proszę, oto pani przyszłość, oto twoje widma. Za rok, w tej samej podróży będzie pani Boga wychwalać, że on ją w cholerę porzucił, że za nogę, to niezłe odszkodowanie dali, a trup, to trup, wszystko mu jedno.
     – Wielkie, wielkie dzięki, że mam pociąg i więcej nic! Szyny wiozą mnie do Nieba, tam, gdzie nie drży nikt, że nie ma nic, tam, gdzie nagim się po łąkach lata, tam, gdzie nie ma zimy i lata, tam, gdzie słowem wszystko jest. Na początku było Słowo, czarnym słowem stworzyłem się, białym Słowem stworzył Bóg Adama! Me myśli w głowie turkocą, a wagon za wagon ciągnie koła pociągu z mozołem.
    – Dokąd mnie tak ciągniesz?! – zmęczony staniem, krzyknąłem do własnych myśli, bo odfrunęły gdzieś w obłoki i widoki za oknem. – Posadź mnie na tyłku, odpoczynku się domagam! Poszedłem, usiadłem zmęczony podróżą. A baba trajkotała i trajkotała, gęba się jej nie zamykała. I bała się, i bała, coraz bardziej się bała, że bać się przestanie i pasażerowie nie będą jej żałować i współczuć jej nie będą. I bała się, i bała, i trajkotała, i trajkotała, a głowa mi pękała, i pękała. Znużony, zapadłem w sen błogi. I śniło mi się, że byłem Adamem i jabłko od Ewy dostałem i zjadłem je ze smakiem, bez strachu. 

Barbara Rejek

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Artykuły powiązane

Najnowsze od Krzysztof Wiśniewski