Krzysztof Wiśniewski

Krzysztof Wiśniewski

    Fragment poematu Mateusza Nocka „skądinąd” wydany w 2018 roku.
 

prolog

 

 

Zerwało się z łańcucha i wyszło się w przedpola

Na ziemie prawem obce jednakże bliskie równie

Nade wszystko przecież kroczyć jest zbawiennie

Pod chmurami lewym utartym podążać szlakiem

Albo fosą istną nieosiągalną ogniwom wszelkim

W pogoni za butami

Przy których miast sznurówek

Resztki łańcucha pozostały

Dźwięczne.

 

 

 

I

ucieczka

 

 

Szumi las, huczy las

a na ramieniu plecak.

Wieje wiatr, świszczy wiatr.

Tę drogę ze mną zwiedza.

 

Lasu szum, szelest traw.

Nie widać żadnych chat.

Hula wiatr, porywa piach.

Szaleje w polu kwiat

aż strach.

 

Lasu szum, łąki szmer.

Ziemia jest, niebo jest.

Do słońca idzie się

na pień, do drzew…

 

 

 

z drzew dojrzałe spadają owoce

a ja idę poboczem

nigdy nie narzekała ziemia

jak boi się ów cienia

cienia mojego, czarnego ducha

pół ze mnie, pół ze słońca zrodzonego

taka dobra kostucha, która idzie ze mną

w obecności światła słonecznego

 

a ja idę poboczem

śmiejąc się od ucha od ucha

z ziemi podnoszę dojrzałe owoce

do worka je zbieram i lata słucham

jabłka, gruszki, śliwki w sadzie

dla włóczęgi to nie kradzież

agresty, wiśnie i czereśnie

zamykają mi kieszenie

na sam wieczór jest za wcześnie

by się żegnać z cieniem

do koszuli jabłek, gruszek

no i trochę śliwek, twardych, ładnych

odkąd pamiętam takie jadłem

a miękkie były robaczywe

do foliowej reklamówki

nazbierałem garście jagód

wiśnie, czereśnie, agresty i borówki

maliny, porzeczki, poziomki

i do smaku

miąższ z pokrzywy, w którą wpadłem

 

zbliża się już słońca zachód

pod ostatnią łuną promienia

by w nocy nie dopuścić strachu

z ogniskiem siedzę bez swojego cienia

smażę kolby kukurydzy

to w ogień patrząc to w gwiazdy

od lasu żem kijki pożyczył

i wtem nimi wznoszę toasty

za nieświadome zamknięcie oczu

za czuwanie nade mną w tym czasie

za łoże miękkie gdzieś na uboczu

za poranne przyśpiewki ptasie

za rzekę tuż obok lasu

i sadu też nieopodal

że mogłem w niej pluskać zawczasu

nim wstała ze słońcem przyroda

 

noc przespałem pod brzózkami

telepało mną sumienie

wschód podniosły obłokami

nim słońce zgrzało ziemię

i co dalej i gdzie teraz?

gdzie można podziać lęk?

której strony drzwi otwierać?

jaki życia to jest dźwięk?

pewnie ona tęskni, ale

pewnie tęsknią wszyscy

zapragnąłem być najdalej

tam gdzie nikt nie błyszczy

tam gdzie człowiek jest człowiekiem

a filozofia życia u podstaw tkwi prostoty

gdzie nad jasno-świeżym brzegiem

zmywa się swej pracy poty

gdzie się marszczy czoło

z uśmiechem, bo wesoło

chociaż ból objawem znoju

bywa, człowiek z nim ma sojusz

a praca wre i nieraz pod zabawę

się umywa, choć dotkliwa potem

jak to w polu w żarze słońca

czasem trzeba kpić z gorąca

do zachodu trzymać nogi

by nie upaść przed zachodem

w kłosy rzewne a i złote

aż do końca

 

z uśmiechem na twarzy idę poboczem

i każdy jeden to pewny mój krok

z góry czasami sturlam się, stoczę

zwykle dla frajdy dobre jest to

za czwartą jestem już górą i rzeką

za ósmym lasem i szóstą doliną

sierpniowe promienie całego mnie pieką

pasuje tę podróż dalej przepłynąć

obgryzam jabłko sięgając wzrokiem

na pola dalekie, gdzie młócą sierpami

owocu tego nasycam się sokiem

błyszcząc w oddali białymi zębami

krzyczą w moją stronę zupełnie sami

i wołają: — wędrowcze z Bogiem!

ja odpowiadam trzepocąc ustami

pokój rodzinie Twojej i Tobie

do tańca śmierci Danse Macabre

zapraszają mnie w ten upał

nim rękawy podwinąłem

to do studni z wiadrem

po wodę żem się udał

i już tańczę pochylony

nad złocistym zbożem

patrzą na mnie dziewki, żony

w wiejskiej swej pokorze

 

wtem o zmroku, gdy leżałem

na rozległych siana stogach

czyjeś głosy posłyszałem

a ów zachód miałem w nogach

— też ja często tutaj marzę

rzekłszy starszym głosem obok

córka z ojcem gospodarzem

który wdzięczny jest za pomoc

— widzę, żeś porządny człowiek

i nie gonisz za pieniądzem

pot Ci nie zamyka powiek

i nie chylisz się przed słońcem

młody jesteś jak się patrzy

a i bliski sercu memu

no i ręce też masz Boże

dobrze to o Tobie świadczy

więc jeśli wolę masz ku temu

to się z moją córką ożeń

tylko jedna mi została do wydania

starszym trzem już wyprawiłem weselisko

tę najmłodszą to Ci daję bez wahania

jeśli chcesz to bierz, a ja dziękuję Ci za wszystko

 

kończąc odszedł człowiek stary

i zostawił nas tu samych

pełen nieprzeciętnej wiary

że my sobie radę damy

abyśmy sobie pogadali

byśmy lepiej się poznali

zakochali

 

jak na imię masz? — spytałem

Katarzyna — powiedziała

ja jej wszystko wyjaśniałem

ta się przy mnie rozbierała

założyłem jej z powrotem

tę sukienkę zwiewną

straciła na mnie swą ochotę

stojąc z miną gniewną

 

Moja Droga, stać się to nie może

zowie się niebieskim ptakiem przecież

i zanim poranne wstaną zorze

będę już gdzie indziej w świecie

 

za drugą doliną

i piątą górą

za trzecią chałupiną

i siódmą chmurą

 

dopowiadam do tych zwierzeń:

 

piękna dziewko, chciałbym Ciebie

lecz ja często jestem zwierzę

które boli tak, że nie wiem!

 

pewność mam, że zrozumiałaś ogół mego życia

odrzut mój i rezygnację z tak cennego daru

wszystko lepiej pojmiesz, gdy pozwolisz na źrenicach

zasiąść gwiazdom i pyłkowi tego czaru

światło księżyca przez oczy dopuścisz do serca

zobaczysz, co czuję, gdzie jestem, co robię

i jaka to dziwna jest poniewierka

zobaczysz to wszystko na sobie

zobaczysz te noce i głód mój poczujesz

ja wtedy wychodzę i czujnie poluję

zobaczysz tu tego, siedzącego nad rzeką

pod niebem stojącym jak stawy, mielizny

jak mieni się woda w świetle przejrzystym

to woła przyroda do nóg mych, by przyszły

znowu w inne dale

i dalej i dalej

koszmar za koszmarem

w nieznane, w nieznane!

 

pochyliłem głowę, a ona rzekła:

— dobrze już dobrze, chodźmy do domu

objęła dłonią szyję i w nadmiarze ciepła

szliśmy boso, jakby po kryjomu

z twarzy gospodarz znał już odpowiedź

napomknął tylko: — i cóż tu ja mogę?

pieniędzy też nie chcesz, mówię ja Tobie

weźże jedzenia na swą długą drogę…

wziąłem, co w darze i za wdzięczność swoją

wręczyli mi tej nocy ludzie poczciwi

wy będziecie spać, a ja jak młody kojot

przed czasem ucieknę godzinom myśliwym

 

idąc jasnym poboczem

witał będę świeżą rosę

przegryzę jakieś owoce

a potem się nią upiję

ze dwa razy się zatoczę

i tak włóczęga żyje!

 

czasem z rana walnie się pod drzewem

wolny jest i robi to za swoim pozwoleniem

słońce wstaje, ptaki budzą go swym śpiewem
w noc idzie w dali, ze swoim kumplem
cieniem…

 

tedy można ze spokojem odejść w las

wejść do rzeki upragnionej w świetle fal

rozpalić ogień pod milionem gwiazd

księżycową nocą zbierać siły w drugą dal

 

oto powstał ten, co targnął siebie na tułactwo głębi

własnej przede wszystkim a i życia a i śmierci

raz pomiędzy a czasami miłość wokół rozmaicie tętni

a czas na to obojętny nieubłaganie pędzi

 

oto wstałem ja spod sławnych białych drzewek

odkąd pamiętam ptaki zawsze budziły mnie śpiewem

otrzepałem kurtkę, spodnie, ruszając w melancholię

stoicką niepogodę, w której mogłem już iść swobodnie

chłodem dął rytmiczny wiatr

obłoki purpurowe zbierały się nade mną

horyzont mgłą zaszedł i dzień jakby zbladł

nastała burzliwa w istocie swej ciemność

pioruny biły rozjaśniając mi drogę

wtem przypomniała się ona i ciepły nasz dom

przed siebie iść muszę, zawrócić nie mogę

las szumiał mi zewsząd, tam rozległy mam kąt

wstąpiłem w szeleszczące liście drzew zroszonych

a ulewa narastała podkreślając poniewierkę

człowiek rzucił się w nieznane cały roztrzęsiony

tak i teraz przydałby się ktoś, kto złapałby za rękę

ani stąd ani zowąd nie przybędzie żadne wsparcie

trzeba zmierzyć się łaskawie z tą nieprzychylną burzą

wyjść i iść do przodu ryzykownie na rozdarcie

przez pioruny, co drastycznie oczy moje mrużą

i zmrużyły się ponownie, głos czyjś posłyszałem

a mówił jakby do mnie szturchając moje ramię:

 

— żyjesz pan, panie? wstaniesz pan, czy nie wstaniesz?

wstanę, wstanę — odpowiadam dwakroć jasno z zapytaniem…, co się stało?

— grzmiało panie, grzmiało! a pan żeś burzę przeleżał całą
jak to całą?
— a no całą…

idę ja z doliny

schodziłem ze wzgórza

patrzę, bez peleryny

idzie, gdy burza?

i gwałtownie upadł pan

pioruny szaleńczo biły

żem blisko był, a Bóg tak chciał

tom z powrotem do doliny

po jaką pomoc poszedł

taką prawdę panu głoszę

 

starszy to był człowiek

z kapeluszem na głowie

leżałem na posłaniu zrobionym ze słomy

a brodaty chłop siedział tuż naprzeciw

 

— skądże jesteś? — spytał zaciekawiony

ze świata — powiadam, świata trochę zwiedzić

— niebezpieczno tak się włóczyć, mus uważać lepiej

ja chce się życia uczyć i poznawać siebie
— kiedyś uczyłem ja w szkole, stare to dzieje

a teraz utrzymuję oborę i wcale źle nie jest
a czegoście to uczyli i czemuż dalej nie uczycie?

— zamknęli — wyrzucili, a później inne wołało życie
a to przykro mi najmocniej

— nie potrzeba, lecz dziękuję, odpocznij

a przepraszam, gdzie pan wtedy stąpał?

— ach, proszę odpoczywać panie…?
Ignacy
— tam gdzie kwiatów pełna łąka!

poleż jeszcze, potem wstaniesz

ja już muszę iść

ktoś o Ciebie tutaj zadba

a czy raczy pan jeszcze przyjść?

— jak nie zjedzą mnie mokradła!

dziękuję za… (z niepewnością jąłem) wszystko!

— dbaj chłopcze o swoją przyszłość!

 

starzec skłonił siwą głowę

i podążył w długą drogę

ja natomiast wstałem

z wędrówki się otrzepałem

i czekałem…

 

nic się nie działo

nie podchodził nikt

o nic nikt nie pytał

nie wiem, co się stało

nie miałem przecież zwid

nikt mnie już nie witał…

 

zachodzące słońce spod chmur ostatnie promienie chowało między wzgórza

ruszyłem z miejsca udeptanymi ścieżkami chodząc po wsi owej

nikt nie dostrzegł osoby mojej, jakby każdy skręconą nosił głowę

a dzień na siłę godzinę jasności swej wydłużał

wobec tego otworzyłem pierwszą lepszą stodołę

tam na stogu siana zmęczony łeb mi poległ

przez szparę w dachu w niebo zachmurzone

patrzyłem przez jeden wycieńczony moment

myślałem przez chwilę o tym gdzie zabrnąłem

aż wreszcie zmorzył mnie sen i spokojnie zasnąłem

 

Mateusz Nocek

     Dzisiaj mamy niezwykłą przyjemność porozmawiać z Mateuszem Nockiem, który jest autorem poematu inspirowanego twórczością Edwarda Stachury pt. „skądinąd”.

Autor: Mateusz Nocek

Tytuł: „skądinąd”

Rodzaj literatury: Poemat

Wydawca: Oficyna Wydawnicza RuthenicArt, 2019, Krosno

Data wydania: 2 marca 2019 roku

Format: 135x205 mm, oprawa miękka

Wydanie: Drugie

Nakład: -

Liczba stron: 84

ISBN: 978-83-952033-2-9

Projekt i wykonanie okładki: Justyna Chabińska 

Zdjęcie okładki: -

Fragmenty książki do przeczytania:

„skądinąd” - fragment książki

Fragmenty książki do obejrzenia i wysłuchania w wykonaniu autora:

i jeszcze kłaniam się Tobie Beskidzie Niski

nikt naprawdę nie wie, co w mej głowie siedzi

Artykuły i recenzje:

„skądinąd” - przesłuchanie autora Mateusza Nocka - na stronie wydawnictwa

Miejsce gdzie można kupić książkę – na stronie wydawnictwa

 

    Niepublikowany wiersz Mateusza Nocka.

„A co tam kobity, były i niech sobie będą”

Zawsze powiadał Pan Peresada
Gdy siedzieli z Praderą przy stole
„a co tam kobity
były i niech sobie będą
lepiej my napijem się”

Oto jest recepta na wszelakie bóle duszy i zmartwienia ciała
jakaś to koncepcja – alkoholu dawka stała
po lamencie myśli
za tematem chłopskim wzrokiem pożądania
ostatnie spojrzenie się ugania
lecz zwykle przegrany jest ten wyścig

To znakiem jest więc dla tych
W których głowie roi się od kobiet
Że to jedna korzyść, potem same straty
Czuje się na sobie

To przestroga jest dla chcących
Zdobywać upatrzone
By nie dać się tej żądzy
Co nieraz życie niszczy w moment

Mateusz Nocek - urodzony w Jaśle wykolejeniec. Po czterech dniach przetransportowany do Zarzecza, gdzie podkreśla, urodziła mu się dusza. Odkąd dźwiga jarzmo artysty, pod wpływem tego, co go w życiu dotknęło, wielokrotnie przeobrażał się mentalnie i duchowo. W końcu, jak sam twierdzi, pojąwszy (a dzięki temu lepiej żyć) znane światu słowa Sokratesa: „Oîda oudén eidṓs”, twierdząc, iż każda litera jest odpowiedzią, tworzącą te trzy słowa, które są jedynie ukierunkowaniem do ich całkowitego zrozumienia (w sensie, tych liter) a przez to zrozumienia, o co tu kurwa mać chodzi!? Doskonale zdający sobie sprawę z tego, że bywa sardoniczny, wariacki, narcystyczny, persyflażowy, kostyczny, impertynencki, nieskromny, irytujący i egotyczny, zatem nie trzeba mu tego powtarzać. Balansujący na granicy arogancji i wulgarności wówczas, kiedy to potrzebne. Zna swoją wartość i podoba się sobie. Ma ten błysk w oku i kurwiki w źrenicach. Ceni sobie wyrafinowanie, dobry żart, kunszt i dostojność, która bije się codziennie z tym, co powyżej. Czasem, jakby kurna powodując rozdwojenie jaźni, rozmierzwienie osobowości, przez co bywa błazeński, ale i godny kapelusza z laską u boku. Bardzo cieszy się z zodiakalnej panny, która w przyjście na świat dzieciątka 15 września 1992 r. zamiatała liście, które wiatr do szpitala zaganiał. Gdziesik śpiewoł, cosik groł, cosik tam wydoł. P.S. – ma dystans do wszechświata.

Dotychczas opublikował:

"Piosenki na przetrwanie" (tomik poezji, 2014)
"Gitara za dziewczynę" (tomik poezji, 2015)
"Stadium wilka" (tomik poezji, 2015)
"wieszcz rzeczy znanej" (ballady, 2017)
"skądinąd" (poemat, wydanie I, 2018)
"skądinąd" (poemat, wydanie II, 2019)

Albumy muzyczne:

"Nędza" (2017)

W przygotowaniu:

"Pociąg wykolejeńców" (opowiadania, 2019)

Autor: Mateusz Nocek

Tytuł: „skądinąd”

Rodzaj literatury: Poemat

Wydawca: Wydawnictwo Miniatura, 2018, Kraków

Data wydania: 21 grudnia 2018 roku

Format: 150x205 mm, oprawa twarda

Wydanie: Pierwsze

Nakład: -

Liczba stron: 71

ISBN: 978-83-8052-418-7

Projekt okładki: Anna Maria Klecha 

Zdjęcia na okładce: Zuzanna Wiśniewska

Fragmenty książki do przeczytania:

„skądinąd” - fragment książki

Artykuły i recenzje:

„skądinąd” - przesłuchanie autora Mateusza Nocka - na stronie wydawnictwa

Miejsce gdzie można kupić książkę – na stronie wydawnictwa

    Fragment poematu Mateusza Nocka „skądinąd” wydany w 2019 roku.
 

prolog

 

 

Zerwało się z łańcucha i wyszło się w przedpola

Na ziemie prawem obce jednakże bliskie równie

Nade wszystko przecież kroczyć jest zbawiennie

Pod chmurami lewym utartym podążać szlakiem

Albo fosą istną nieosiągalną ogniwom wszelkim

W pogoni za butami

Przy których miast sznurówek

Resztki łańcucha pozostały

Dźwięczne.

 

 

 

I

ucieczka

 

 

Szumi las, huczy las

a na ramieniu plecak.

Wieje wiatr, świszczy wiatr.

Tę drogę ze mną zwiedza.

 

Lasu szum, szelest traw.

Nie widać żadnych chat.

Hula wiatr, porywa piach.

Szaleje w polu kwiat

aż strach.

 

Lasu szum, łąki szmer.

Ziemia jest, niebo jest.

Do słońca idzie się

na pień, do drzew…

 

 

 

z drzew dojrzałe spadają owoce

a ja idę poboczem

nigdy nie narzekała ziemia

jak boi się ów cienia

cienia mojego, czarnego ducha

pół ze mnie, pół ze słońca zrodzonego

taka dobra kostucha, która idzie ze mną

w obecności światła słonecznego

 

a ja idę poboczem

śmiejąc się od ucha od ucha

z ziemi podnoszę dojrzałe owoce

do worka je zbieram i lata słucham

jabłka, gruszki, śliwki w sadzie

dla włóczęgi to nie kradzież

agresty, wiśnie i czereśnie

zamykają mi kieszenie

na sam wieczór jest za wcześnie

by się żegnać z cieniem

do koszuli jabłek, gruszek

no i trochę śliwek, twardych, ładnych

odkąd pamiętam takie jadłem

a miękkie były robaczywe

do foliowej reklamówki

nazbierałem garście jagód

wiśnie, czereśnie, agresty i borówki

maliny, porzeczki, poziomki

i do smaku

miąższ z pokrzywy, w którą wpadłem

 

zbliża się już słońca zachód

pod ostatnią łuną promienia

by w nocy nie dopuścić strachu

z ogniskiem siedzę bez swojego cienia

smażę kolby kukurydzy

to w ogień patrząc to w gwiazdy

od lasu żem kijki pożyczył

i wtem nimi wznoszę toasty

za nieświadome zamknięcie oczu

za czuwanie nade mną w tym czasie

za łoże miękkie gdzieś na uboczu

za poranne przyśpiewki ptasie

za rzekę tuż obok lasu

i sadu też nieopodal

że mogłem w niej pluskać zawczasu

nim wstała ze słońcem przyroda

 

noc przespałem pod brzózkami

telepało mną sumienie

wschód podniosły obłokami

nim słońce zgrzało ziemię

i co dalej i gdzie teraz?

gdzie można podziać lęk?

której strony drzwi otwierać?

jaki życia to jest dźwięk?

pewnie ona tęskni, ale

pewnie tęsknią wszyscy

zapragnąłem być najdalej

tam gdzie nikt nie błyszczy

tam gdzie człowiek jest człowiekiem

a filozofia życia u podstaw tkwi prostoty

gdzie nad jasno-świeżym brzegiem

zmywa się swej pracy poty

gdzie się marszczy czoło

z uśmiechem, bo wesoło

chociaż ból objawem znoju

bywa, człowiek z nim ma sojusz

a praca wre i nieraz pod zabawę

się umywa, choć dotkliwa potem

jak to w polu w żarze słońca

czasem trzeba kpić z gorąca

do zachodu trzymać nogi

by nie upaść przed zachodem

w kłosy rzewne a i złote

aż do końca

 

z uśmiechem na twarzy idę poboczem

i każdy jeden to pewny mój krok

z góry czasami sturlam się, stoczę

zwykle dla frajdy dobre jest to

za czwartą jestem już górą i rzeką

za ósmym lasem i szóstą doliną

sierpniowe promienie całego mnie pieką

pasuje tę podróż dalej przepłynąć

obgryzam jabłko sięgając wzrokiem

na pola dalekie, gdzie młócą sierpami

owocu tego nasycam się sokiem

błyszcząc w oddali białymi zębami

krzyczą w moją stronę zupełnie sami

i wołają: — wędrowcze z Bogiem!

ja odpowiadam trzepocąc ustami

pokój rodzinie Twojej i Tobie

do tańca śmierci Danse Macabre

zapraszają mnie w ten upał

nim rękawy podwinąłem

to do studni z wiadrem

po wodę żem się udał

i już tańczę pochylony

nad złocistym zbożem

patrzą na mnie dziewki, żony

w wiejskiej swej pokorze

 

wtem o zmroku, gdy leżałem

na rozległych siana stogach

czyjeś głosy posłyszałem

a ów zachód miałem w nogach

— też ja często tutaj marzę

rzekłszy starszym głosem obok

córka z ojcem gospodarzem

który wdzięczny jest za pomoc

— widzę, żeś porządny człowiek

i nie gonisz za pieniądzem

pot Ci nie zamyka powiek

i nie chylisz się przed słońcem

młody jesteś jak się patrzy

a i bliski sercu memu

no i ręce też masz Boże

dobrze to o Tobie świadczy

więc jeśli wolę masz ku temu

to się z moją córką ożeń

tylko jedna mi została do wydania

starszym trzem już wyprawiłem weselisko

tę najmłodszą to Ci daję bez wahania

jeśli chcesz to bierz, a ja dziękuję Ci za wszystko

 

kończąc odszedł człowiek stary

i zostawił nas tu samych

pełen nieprzeciętnej wiary

że my sobie radę damy

abyśmy sobie pogadali

byśmy lepiej się poznali

zakochali

 

jak na imię masz? — spytałem

Katarzyna — powiedziała

ja jej wszystko wyjaśniałem

ta się przy mnie rozbierała

założyłem jej z powrotem

tę sukienkę zwiewną

straciła na mnie swą ochotę

stojąc z miną gniewną

 

Moja Droga, stać się to nie może

zowie się niebieskim ptakiem przecież

i zanim poranne wstaną zorze

będę już gdzie indziej w świecie

 

za drugą doliną

i piątą górą

za trzecią chałupiną

i siódmą chmurą

 

dopowiadam do tych zwierzeń:

 

piękna dziewko, chciałbym Ciebie

lecz ja często jestem zwierzę

które boli tak, że nie wiem!

 

pewność mam, że zrozumiałaś ogół mego życia

odrzut mój i rezygnację z tak cennego daru

wszystko lepiej pojmiesz, gdy pozwolisz na źrenicach

zasiąść gwiazdom i pyłkowi tego czaru

światło księżyca przez oczy dopuścisz do serca

zobaczysz, co czuję, gdzie jestem, co robię

i jaka to dziwna jest poniewierka

zobaczysz to wszystko na sobie

zobaczysz te noce i głód mój poczujesz

ja wtedy wychodzę i czujnie poluję

zobaczysz tu tego, siedzącego nad rzeką

pod niebem stojącym jak stawy, mielizny

jak mieni się woda w świetle przejrzystym

to woła przyroda do nóg mych, by przyszły

znowu w inne dale

i dalej i dalej

koszmar za koszmarem

w nieznane, w nieznane!

 

pochyliłem głowę, a ona rzekła:

— dobrze już dobrze, chodźmy do domu

objęła dłonią szyję i w nadmiarze ciepła

szliśmy boso, jakby po kryjomu

z twarzy gospodarz znał już odpowiedź

napomknął tylko: — i cóż tu ja mogę?

pieniędzy też nie chcesz, mówię ja Tobie

weźże jedzenia na swą długą drogę…

wziąłem, co w darze i za wdzięczność swoją

wręczyli mi tej nocy ludzie poczciwi

wy będziecie spać, a ja jak młody kojot

przed czasem ucieknę godzinom myśliwym

 

idąc jasnym poboczem

witał będę świeżą rosę

przegryzę jakieś owoce

a potem się nią upiję

ze dwa razy się zatoczę

i tak włóczęga żyje!

 

czasem z rana walnie się pod drzewem

wolny jest i robi to za swoim pozwoleniem

słońce wstaje, ptaki budzą go swym śpiewem
w noc idzie w dali, ze swoim kumplem
cieniem…

 

tedy można ze spokojem odejść w las

wejść do rzeki upragnionej w świetle fal

rozpalić ogień pod milionem gwiazd

księżycową nocą zbierać siły w drugą dal

 

oto powstał ten, co targnął siebie na tułactwo głębi

własnej przede wszystkim a i życia a i śmierci

raz pomiędzy a czasami miłość wokół rozmaicie tętni

a czas na to obojętny nieubłaganie pędzi

 

oto wstałem ja spod sławnych białych drzewek

odkąd pamiętam ptaki zawsze budziły mnie śpiewem

otrzepałem kurtkę, spodnie, ruszając w melancholię

stoicką niepogodę, w której mogłem już iść swobodnie

chłodem dął rytmiczny wiatr

obłoki purpurowe zbierały się nade mną

horyzont mgłą zaszedł i dzień jakby zbladł

nastała burzliwa w istocie swej ciemność

pioruny biły rozjaśniając mi drogę

wtem przypomniała się ona i ciepły nasz dom

przed siebie iść muszę, zawrócić nie mogę

las szumiał mi zewsząd, tam rozległy mam kąt

wstąpiłem w szeleszczące liście drzew zroszonych

a ulewa narastała podkreślając poniewierkę

człowiek rzucił się w nieznane cały roztrzęsiony

tak i teraz przydałby się ktoś, kto złapałby za rękę

ani stąd ani zowąd nie przybędzie żadne wsparcie

trzeba zmierzyć się łaskawie z tą nieprzychylną burzą

wyjść i iść do przodu ryzykownie na rozdarcie

przez pioruny, co drastycznie oczy moje mrużą

i zmrużyły się ponownie, głos czyjś posłyszałem

a mówił jakby do mnie szturchając moje ramię:

 

— żyjesz pan, panie? wstaniesz pan, czy nie wstaniesz?

wstanę, wstanę — odpowiadam dwakroć jasno z zapytaniem…, co się stało?

— grzmiało panie, grzmiało! a pan żeś burzę przeleżał całą
jak to całą?
— a no całą…

idę ja z doliny

schodziłem ze wzgórza

patrzę, bez peleryny

idzie, gdy burza?

i gwałtownie upadł pan

pioruny szaleńczo biły

żem blisko był, a Bóg tak chciał

tom z powrotem do doliny

po jaką pomoc poszedł

taką prawdę panu głoszę

 

starszy to był człowiek

z kapeluszem na głowie

leżałem na posłaniu zrobionym ze słomy

a brodaty chłop siedział tuż naprzeciw

 

— skądże jesteś? — spytał zaciekawiony

ze świata — powiadam, świata trochę zwiedzić

— niebezpieczno tak się włóczyć, mus uważać lepiej

ja chce się życia uczyć i poznawać siebie
— kiedyś uczyłem ja w szkole, stare to dzieje

a teraz utrzymuję oborę i wcale źle nie jest
a czegoście to uczyli i czemuż dalej nie uczycie?

— zamknęli — wyrzucili, a później inne wołało życie
a to przykro mi najmocniej

— nie potrzeba, lecz dziękuję, odpocznij

a przepraszam, gdzie pan wtedy stąpał?

— ach, proszę odpoczywać panie…?
Ignacy
— tam gdzie kwiatów pełna łąka!

poleż jeszcze, potem wstaniesz

ja już muszę iść

ktoś o Ciebie tutaj zadba

a czy raczy pan jeszcze przyjść?

— jak nie zjedzą mnie mokradła!

dziękuję za… (z niepewnością jąłem) wszystko!

— dbaj chłopcze o swoją przyszłość!

 

starzec skłonił siwą głowę

i podążył w długą drogę

ja natomiast wstałem

z wędrówki się otrzepałem

i czekałem…

 

nic się nie działo

nie podchodził nikt

o nic nikt nie pytał

nie wiem, co się stało

nie miałem przecież zwid

nikt mnie już nie witał…

 

zachodzące słońce spod chmur ostatnie promienie chowało między wzgórza

ruszyłem z miejsca udeptanymi ścieżkami chodząc po wsi owej

nikt nie dostrzegł osoby mojej, jakby każdy skręconą nosił głowę

a dzień na siłę godzinę jasności swej wydłużał

wobec tego otworzyłem pierwszą lepszą stodołę

tam na stogu siana zmęczony łeb mi poległ

przez szparę w dachu w niebo zachmurzone

patrzyłem przez jeden wycieńczony moment

myślałem przez chwilę o tym gdzie zabrnąłem

aż wreszcie zmorzył mnie sen i spokojnie zasnąłem

 

Mateusz Nocek

      Miałem przyjemność spotkać się i rozmawiać panem Markiem Borkowskim, radnym Grochowa w Warszawie.

      Z głębokim żalem zawiadamiamy, że 2 kwietnia 2019 roku zmarł Jerzy Szatkowski.

Strona 2 z 18

       Dziękujemy Rodzinie Edwarda Stachury za zgodę na wykorzystanie wizerunku i fragmentów twórczości Poety.

     Zapraszamy do wirtualnego zwiedzania domu rodzinnego Edwarda Stachury

     TV Stachuriada to nasz kanał telewizyjny na You Tube. Zapraszamy do oglądania i subskrybowania.

 ZAPRASZAMY DO WSPÓŁPRACY

     Stachuriada.pl cały czas jest na etapie tworzenia (nie wiadomo, czy ten proces zostanie kiedykolwiek zakończony). Co więcej, w żadnym wypadku nie jest tworem zamkniętym na pomoc z zewnątrz, szerszą współpracę, czy drobne uwagi nie tylko od znawców tematu, bo każdy zainteresowany Edwardem Stachurą jest mile widziany. Chodzi przede wszystkim o to, by znalazło się tutaj jak najwięcej informacji, które chcielibyście tutaj widzieć, a także te, o których chcielibyście powiedzieć innym (począwszy od imprez, koncertów w waszej okolicy, skończywszy na własnych przemyśleniach, artykułach, sugestiach odnośnie technicznej strony Stachuriady). Nasze skromne grono redakcyjne z chęcią przyjmie nowych, stałych współpracowników. Zapraszamy również do udzielania się na  FORUM , albo do bezpośredniego kontaktu z nami poprzez KONTAKT e-mailowy.