Z listów ciekawych
Tutaj zamieszczać będę najciekawsze i najpożyteczniejsze
fragmenty maili, które do mnie czasami ktoś przyśle (oczywiście za zgodą
autorów).
Od przyjaciela anonimowego :
Pytasz o okoliczności śmierci Wojtka B. No cóż, zginął
w sposób smutny, ale godny krakowskiego barda (patrz: Dymny, Skrzynecki...)
- zapił się na śmierć. Nałogowym alkoholikiem był przez wiekszą część
swego dorosłego życia. Ostatni jego seans to właśnie opisywana w wierszu
Ziemianina podróż do Włodawy (odbywały się tam przeglądy piosenki), z której
przyjechał w stanie agonalnym. Próbowano go odtruć po kolei w kilku krakowskich
placówkach, aż w końcu wyzionął ducha w nowohuckim szpitalu.
Jego życie z Joanną (...), przynajmniej w ostatnich latach, było
dokładnym przeciwieństwem klimatów znanych z piosenek.
Od Piotra Bakala:
Cytowany fragment wypowiedzi Wojtka
pochodzi z jego ostatniego w życiu wywiadu, jakiego udzielił w Zielonej
Górze podczas Przeglądu Piosenki Turystycznej "Włóczęga". Dziennikarzem
przeprowadzającym wywiad byłem ja, tzn. Piotr Bakal. Materiał został nagrany
na taśmie radiowej i wyemitowany w Rozgłośni Harcerskiej. Nagranie to do
dziś istnieje w prywatnym archiwum. Poza tym ukazał sie w formie pisanej
w tygodniku "ITD", w roku 1984.
Od Joanny:
Chcę napisać o czymś, co mi się " obiło o uszy"... Nie twierdzę
wcale że to prawda i, szczerze mówiąc, wolałabym żeby to nie była prawda...
Ale ad rem. Chodzi o "samobójczą śmierć Wojtka Bellona" (piszę to w cudzysłowiu,
gdyż obrosło to już w tyle legend, plotek i niedomówień,że stało się właściwie
już jakimś stałym hasłem). Do owych wszelakich pokątnych wiadomości dorzucę
i swoją cegiełkę. Zanim jednak dojdę do sedna, wartałoby zacząć od początku.
Wychowałam się na piosenkach WGB. Mój Tata śpiewał mi na dobranoc kołysanki
dla Joanny, po pierwsze dla ich niezprzeczalnych wartości artstycznych,
ale również dlatego , że przez przypadek ( no może niezupełnie:-) mam na
imię właśnie Joanna. Więc Tatusiowi wydawało się właściwe śpiewanie mi
tych kołysanek i wmawianie, o święta naiwności, że zostały napisane specjalnie
dla mnie. A ponieważ egoizm cechował mnie od najwcześniejszych dni istnienia,
bardzo się cieszyłam slysząc piosenki specjalnie dla mnie skomponowane
(gdy poznałam prawdę, obraziłam się na Tatusia śmiertelnie). Klimat bukowinowych
piosenek towarzyszył mi od zawsze i gdy zaczęłam cokolwiek bardziej śwaiadomie
spoglądać na świat, zabrałam sie za szukanie tekstów, wydawnictw...
I automatycznie zaczęłam otaczać swoistym kultem Wojtka Bellona... Wtedy
właśnie dowiedziałam się o być może krzywdzącej hipotezie na temat jego śmierci.
A było to tak ( nie będę streszczać całej dyskusji, odbyła się ona całe
lata temu i już prawie nic nie pamiętam):
-...on się zapił...-
- tak, słyszałam ,że się zabił ( myślałam, że zostało to tak powiedziane:
" zabił"...)
- nie, nie zabił, zapił...- usłyszałam w odpowiedzi.
Nie wynika z tego że był to świadomy akt samobójczy. Choć pewnie
samobójstwem na raty też to można nazwać. Muszę powiedzieć, że po tym mój
kult nieco stracił na sile. I już nigdy nie wrócił do dawnej kondycji.
Pewnie również dlatego, że wyrosłam powoli z wieku, kiedy na gwałt
poszukuje się idoli ( potem przyszła jeszcze elektryzująca fascynacja Stachurą,
która trwa do dziś, ale nie nosi już znamion kultu i uwielbienia). Nie
znaczy to wcale, że teraz "wyrzekłam się" Bellona. To co napisał jest mi
nadal bardzo bliskie, może nawet bliższe niż dawniej, bo teraz jestem w
stanie to rozumieć, a nie tylko przeczuwać. I mogę go doceniać, anie czcić.