Stachuriada 2015 - wspomnienie

Daria_Sobieska_fot._Krzysztof_WiniewskiTyle razy się już zbierałam aby pojechać do Grochowic, dopiero w tym roku jednak udało mi się. Powstrzymywał mnie do tej pory fakt, że nie mam z kim tam jechać, moi znajomi mają zupełnie inne zainteresowania i nie wiążą się one w żaden sposób ze Stachurą i z poezją w ogóle. Nie śpiewają przy ogniskach piosenek Stachury, Leśmiana i innych, z moją gitarą siedziałam w pokoju sama i nie było osoby, z którą mogłabym się podzielić nowo usłyszaną piosenką z tekstem takiego a takiego poety, nie miałam nikogo do śpiewania, grałam więc do siebie samej i do czterech ścian, gdy byłam w domu, to wychodziłam śpiewać do gór, do drzew, gdzieś na szczycie mojego wzgórza. Nie miałam bratniej duszy. Tym razem to nie powstrzymało mnie i przyjechałam sama, przecież to festiwal poświęcony twórczości Edwarda Stachury, skoro nie mam znajomych o podobnych zainteresowaniach, to Grochowice powinny być idealnym miejscem do poznania odpowiednich ludzi. 

Daria_Sobieska_oddalona_fot._Krzysztof_WiniewskiDolny Śląsk zachwycił mnie, dumna jestem, że to moja mała ojczyzna, że pochodzę stamtąd. Gdy jechałam do Głogowa taka samotna i z gitarą na kolanach to tak myślałam sobie, że być ślązakiem to jednak cudowna sprawa. Z Wrocławia jechało się dosyć długo, miałam czas na obserwowanie terenu zza brudnego okna. Jadę do Głogowa przez Dolny Śląsk i czuję, że moje są te wszystkie maki polne, że moje są te sarny co się ganiają po torach, moje chmury na niebie i trawy wysokie co przez okno pędzącego pociągu zlewają się w jedną mglistą, falującą tasiemkę. Dwadzieścia lat straciłam na szukanie domu, a to wszystko tutaj przecież i nie jest prawdą, co mówią, że kominy wszędzie i dym szary, i że brudno. Były mąki, były wzgórza niskie sinoniebieskie w oddali i chaty i domy. Jadę więc szczęśliwa z gitarą na kolanach.

Zachwyciła mnie serdeczność tych ludzi, taka naturalną, nie wyuczona i nie wymuszona, ale taka szczera i od serca. Zapytałam w Głogowie jakichś przypadkowych ludzi o drogę na dworzec PKS, a oni nie dali mi spokoju, póki nie upewnili się, że mam niedługo autobus do Grochowic i wiem skąd i tak dalej. Na samym dworcu zajął się mną kierownik tego budynku. 

Kotla, co za cudowna wieś, mogłabym rzec nawet, że jedna z piękniejszych, jakie w życiu widziałam, jak i Grochowice. Czasem piękna jest tyle, że nie da się tego opisać, wtedy już nie ważne są umiejętności, talenty. Wszystko brzmi banalnie. Za oknem szum pól złotych od zbóż, kukurydza zieleni się na horyzoncie, autobus rzęzi i raz na jakiś czas przechodzi przez głowę myśl, że rozwali się zupełnie i rozpadnie zanim zdążę dojechać. Słońce lśni na ulicach asfaltowych i na liściach roślinek wyrastających z dziur w jezdni. 

fot._ukasz_PompaGdy tylko wysiadłam, zatrzymał się samochód, jakaś kobieta otworzyła drzwi i powiedziała, że jeśli ja na Stachuriadę to ona mnie zawiezie. 

Sama Stachuriada nie była tak cudowna, inaczej to sobie wyobrażałam. To był festyn a połowa z ludzi tam obecnych nie do końca chyba wiedziała, po co tam jest. Nie wszyscy przyjechali po Stachurę i poezję, część ludzi było tam po to, by napić się piwa i posłuchać koncertów. Przez moment nawet było mi smutno. 

Moja prawdziwa Stachuriada zaczęła się po godzinie dwudziestej pierwszej, zgłosiłam się do konkursu poetyckiego. Szesnastu uczestników wraz ze mną miało wystąpić. Pan wychodzi na scenę i zapowiada, że na dziś koniec koncertów i czas na poezję. Ktoś zabuczał, ktoś coś jęknął, na widowni została tylko garstka osób, pewnie tylko przyjaciele tych występujących. Scena, ciemna noc już nad lasem, zimno a ja w swetrze skulona, para bucha mi z ust, oplątuje lekko mikrofon, gdy mówię. Poziom konkurencji oceniam dosyć wysoko, kilka osób utkwiło mi w pamięci, mieli dobre wiersze, podobali mi się. Po skończonej prezentacji ognisko, tam zaczepiał mnie koszmarnie namolny chłopak, jeden z tych, którzy nie mają pojęcia, gdzie w ogóle się znajdują i dlaczego. Nie wiedział kim był Stachura, chciał tylko mój numer i mówił straszne głupoty. Nie rozumiał mnie zupełnie, tak jakbyśmy byli oboje przybyszami z innej planety. Przy tym właśnie ogniu poznałam także niesamowitych ludzi, którzy już mówili w tym samym języku co ja. Porozmawialiśmy też z innymi poetami, którzy zaprezentowali bardzo ciekawe wiersze, czułam się wspaniale. 

fot._ukasz_Pompa_2Zaproszono pod scenę uczestników, bo jury - ludzie ze Związku Literatów Polskich - chce ogłosić wyniki konkursu. Wygrali ludzie z okolic, Kotla, Grochowice, Głogów. Nie byli to ci ludzie, na których stawiałam, wyglądało to wszystko dosyć komercyjnie. 

Zapłonęły dwa ogniska, z naszego trzeba się było przenieść bo zeszli się pijani ludzie z okolic, aby się ogrzać, jeszcze czegoś się napić, byli wulgarni i rządzili się bardzo. Dołączyliśmy do drugiego kręgu i tam było wspaniale, całą noc do białego rana śpiewaliśmy, graliśmy, były gitary jeszcze prócz mojej i cieszyłam się, że spotkałam ludzi, którymi mogę śpiewać. Znali nawet grupę Bez Jacka i ich piosenki, mogłam z nimi grać wiersze Leśmiana, niesamowite. Dużo też spędziłam wtedy czasu z pewnym wspaniałym człowiekiem, który rano po skończonym ognisku, gdy już ostatnie najwytrwalsze osoby odpadły, pokazał mi swoją twórczość i doszliśmy do wniosku, że naprawdę dobrze się rozumiemy, że jesteśmy osobami o bardzo podobnych charakterach, na świat patrzymy podobnie i problemy miewamy podobne. Popilnował mnie, gdy przez godzinę zdrzemnęłam się zawinięta w śpiwór przy ognisku, całe to cudowne towarzystwo traktowało mnie jak córkę, takie małe wspólne dziecko o które trzeba dbać i które trzeba kochać.

Po całej tej nocy lekko zachrypłam i zatrułam się, przed samym moim występem na scenie musiałam pobiec do toalety, aby zwymiotować wszystko, co ostatnio zjadłam. Występ nie poszedł mi tak, jak oczekiwałam, ale szczerze mówiąc ta cała Stachuriada jako festiwal, straciła zupełnie dla mnie znaczenie, gdy przyszedł czas na to, czym byłam już prawdziwie zachwycona. Otóż ta grupa wspaniałych ludzi zakłada stowarzyszenie a póki co kręcą film na temat życia Stachury w miejscach, w których bywał. Miałam więc niepowtarzalną okazję obejrzeć na własne oczy domek babci Oleńki, las, w którym odbywała się cała ta Siekierezada, remizę w Grochowicach i salę zabaw, oraz wiele więcej, ale o tym zaraz. Po kolei. 

fot._Artur_NowiskiZ rozmów z panią Irenką dowiedzieliśmy się, że Stachura wiernie odwzorował życie ówczesnej wsi Grochowice. Zrobiliśmy z nią niedługi wywiad, a potem udało nam się dotrzeć do osób, które pracowały razem ze Stachurą przy wyrębie lasu i są to ostatnie żyjące osoby, będące bohaterami książki "Siekierezada ", czyli pan Nikodem z piłą łańcuchową i jego przemiła żona. Spotkaliśmy się wieczorem na rozmowę w ich domu, jednak dla mnie nie przypominało to w ogóle klasycznego wywiadu. Jak już znajdę kiedyś miłość mojego życia, to chcę się tak zestarzeć, jak oni. Takie małżeństwo to jest mistrzostwo, Boże, tyle miłości i czułości w dwojgu starszych ludzi, do tego wszystkiego jeszcze poczucie humoru. Zachwycili mnie. Siedzieli obok siebie na kanapie, zadawaliśmy im pytania, pan Nikodem bardzo lubi dużo mówić, żona co chwilę biła go pięścią w kolano mówiąc ,,dziadek! Ty wodolejcu!" . Dowiedzieliśmy się od nich naprawdę dużo, pytaliśmy, jaki był Edward Stachura, jak oni go wspominają. Skryty, tajemniczy, pan Nikodem bardzo przeżywał ten moment, w którym zapytał Stachurę, po co on tu właściwie przyjechał, do tego lasu, a poeta odpowiedział - żeby odpocząć. Dziwna to była odpowiedź, odpoczynek przy tak ciężkiej pracy fizycznej, ale Stachurze chodziło raczej o odpoczynek psychiczny i ja go rozumiem. Powiedzieli nam również o tym, że Stachura pisał prawdę, postaci wcale nie są zmyślone i gdy wyszła książka, każdy mógł tam bez problemu odnaleźć siebie. W końcu dostałam odpowiedź na to pytanie, które tak dręczyło mnie odkąd przeczytałam Siekierezadę - ta książka jest jednak całkowicie realistyczna. Pan Nikodem jedynie narzekał, że on wcale tam nie pił i nie chodził po bimber, jak Stachura pisał i że nie postawił mu wcale flaszki. Opowiadali dużo o życiu w Grochowicach w latach siedemdziesiątych i ich opisy faktycznie pokrywały się z tym, co Stachura pisał. Żona pana Nikodema mówiła, że gdy jej mama w tym lesie dziabnęła się w nogę siekierą, Stachura jako jedyny miał apteczkę i posłużył pomocą, dzielnie wziął kobietę na plecy i zawiózł motorem chyba do lekarza. Mówili też o sobie, że w roku 1955 jak brali ślub, to nic nie mieli oprócz jednej pościeli i kompletu sztućców, tylko siebie mieli i są tak razem już sześćdziesiąt lat i dobrze im ze sobą. Wszyscy w wiosce zazdroszczą im, że wszędzie razem, pracowali razem w lesie całe życie, wszędzie, nawet do sklepu po bułki chodzą razem, na rower, na spacer, nierozłączni. Żartują z siebie nieustannie, rozmowy z tymi ludźmi nigdy nie zapomnę. Nie zapomnę przede wszystkim tych ludzi.

fot._Bolesaw_KajaNastępnego dnia z samego rana (po kolejnej nocy bez snu) wybraliśmy się do kościółka grochowickiego na Mszę Świętą, tam spotkaliśmy się z przesympatyczną żoną pana Nikodema, porobiliśmy zdjęcia, poszliśmy na grób babci Oleńki. 

O niej też opowiadali, nazywała się Franciszka Olechna i kochali ją wszyscy, ponoć chodziła wciąż w chustce na głowie i bardzo była sympatyczna, dobra i uczynna. Gościła różnych ludzi, w tym Stachurę, a on opisał jej postać bardzo wiernie. 

Po wizycie w kościele pan Nikodem i jego cudowna żona zaprowadzili nas do tego lasu tak pięknie opisanego w "Siekierezadzie ". Zobaczyliśmy dokładnie te wszystkie miejsca, w których pracował Stachura, gdzie dokładnie rąbał drzewo, a to wszystko pięknie było dopełnione tym, co mówiło nasze małżeństwo. O poecie siedzącym w zamyśleniu na pniach, gdy wszyscy już skończyli pracę, o tym jak nagle wyjmował notes i z pasją coś tam zapisywał a nikt przecież wtedy nie wiedział, że to pisarz, ten tajemniczy człowiek, co przyjechał nie wiadomo skąd, by odpocząć przy wyrębie lasu zimą. Nie mówił nikomu nic o sobie. Dopiero potem się dowiedzieli, gdy wyszła książka. 

Byłam zachwycona tym spacerem, dokładnie zobaczyliśmy wszystko, gdzie nowy las a gdzie ten poniemiecki, gdzie Stachura miał swój sektor, gdzie machał siekierą. Rozmawialiśmy bardzo dużo z tymi ludźmi i było naprawdę cudownie. Przy tym wszystkim bardzo polubiliśmy to nasze starsze małżeństwo. Żal mi było rozstawać się z nimi tym bardziej, że nie wiem, kiedy ich znów spotkam i czy w ogóle jeszcze spotkam. 

Po południu jechaliśmy już w stronę Głogowa i także bawiłam się cudownie z grupą tych bliskich mi ludzi. Jedliśmy dziki czosnek na łące, robiliśmy zdjęcia, śmialiśmy się i oglądaliśmy inne miejsca związane ze Stachurą. ,,Hoplanka" niestety już nie istnieje, został tylko zamurowany ślad po drzwiach na ścianie budynku w Kotli. 

To wszystko było dla mnie bardzo ważne, bo odkąd parę lat temu przeczytałam ,,Siekierezadę" po raz pierwszy, marzyłam wręcz o tym, by choć na chwilę znaleźć się w tych miejscach opisanych w książce, teraz po tym czasie rzeczywiście znalazłam się w Grochowicach a nie śniłam nawet, że dane mi będzie także rozmowa z ludźmi, którzy byli częścią tej powieści. 

Śladami Stachury wędrowaliśmy po okolicy, starorzecze Odry, mosty, a nawet słupek przydrożny, na którym Stachura przysiadł udało się nam odnaleźć. Bardzo podobał nam się dworzec PKP w Głogowie, tam się już zbierałam na podróż powrotną do Wrocławia. Pośpiewałam, pograłam na gitarze, a potem machałam im z okna. 

Bawiłam się cudownie, wracałam późnym wieczorem i koszmarnie byłam zmęczona. Czasem takie mam wrażenie, jakby mi się to wszystko przyśniło. 


Daria Sobieska

powrót na górę

W ramach Stachuriady polecamy szczególnie:

bruno

belon

harasymowicz