Refleksje po Białej Lokomotywie (2015)

Wrzesień, właśnie zakończyły się XIV Ogólnopolskie Spotkania Poetów Biała Lokomotywa, nie byłam na wszystkich edycjach, ale mam takie wrażenie, że też naście ich uzbierałoby się. Świadomie jednak nie szukam daty, kiedy byłam w Aleksandrowie i Łazieńcu po raz pierwszy, i liczby ile to już razy. Jakoś w kontekście Białej i postaci Steda nie chcą się mnie trzymać wszelkie rejestry. Dla mnie ważna jest pewna płynność bywania i niezmienność atmosfery, chłonięcie klimatu. Ta niezmienność jest trochę paradoksalna, bo Biała Lokomotywa przecież co roku wygląda inaczej i ta inność jest bardzo dobra, bo żywa, bo ciekawa. Natomiast w niezmienności mieści się tutaj na pewno właśnie ta atmosfera, która od lat jest przyjazna, domowa i Stedowa, w dużej mierze dzięki Darii Lisieckiej, która zresztą niezmiennie chce i to czuje się, że właśnie chce, organizować Białą. Robi to doskonale, bo przede wszystkim z pewną misją i sercem.

Niezmienne są przecież przedpołudnia pod Domem Steda, gdzie następuje zawsze najlepsze uznanie dla jego twórczości, gdzie zawsze jest pogoda, unosi się duch poetycki, nie ma przepychu i reklam, jest spokój i zamyślenie, a czasem milczenie. I tak ma być.

Myślę, że Biała Lokomotywa ewoluowała w bardzo pozytywny sposób, mam porównanie z imprezami, które odbywały się dawniej, wieczorami poezji w Fado, MCK-u, czy Bibliotece. Wszystkie te miejsca były oczywiście świetnymi miejscami do prezentowania poezji, do wyśpiewania i wygrania pieśni, a nawet do zaistnienia konkursów poetyckich, ale miejsca, które od dwóch edycji goszczą poetów z całej Polski czyli otoczenie Domu Steda oraz świetlica Sołecka w Łazieńcu wydają się być po prostu idealne. Plusem tu jest wszystko, bo to prawdziwe miejsce gdzie Stachura przebywał, mieszkał, gdzie mieszkała jego Matka, to miejsce oddalone od miasta, od zgiełku i nadmiaru, miejsce, które posiada przestrzeń i dal, która się tak bardzo z twórczością Steda kojarzy.

Krótko mówiąc, po raz kolejny się nie rozczarowałam, choć trochę obawiam się tego za każdym razem jadąc na Białą, że jednak wspomnienia są silne i to co było, było super, więc przecież jak może zdarzyć się coś lepszego. No właśnie może.

Po raz kolejny byliśmy tam silną ekipą wrocławską i wieźliśmy wiersze i pieśni. Cieszę się, że udało nam się przeredagować, zmienić na potrzeby chwili i mniejszej ilości uczestników nasz projekt „Światy równoległe”, który po trosze jest performancem, po trosze spektaklem poetyckim. Myślę, że daliśmy radę przedstawić w nim to, co chcieliśmy. Choć przecież to nie jest łatwe, pokazać nasze różne światy i oczywiście niedoskonałości w tym nie brakuje. Mam nadzieję jednak, że ci, co go oglądali coś tam po prostu dla siebie znaleźli.

Z kolei nasz indywidualista, młody bard Antoni swoim recitalem zaskoczył nawet nas Wrocławian i choć głupio chwalić swoje podwórko, napiszę w tym miejscu po prostu kilka słów o tym jak ja te piosenki odbieram.

Przede wszystkim recital Antka był na zakończenie całego festiwalu około 24.00 i kiedy wszyscy naprawdę już byli trochę zmęczeni, jego głos spowodował, że nie można było siedzieć inaczej jak tylko z szeroko otwartymi oczami i nie można było się nie wzruszać, i nie myśleć o tym, że piosenki, które się słyszy po raz pierwszy, już chce się słuchać następny i jeszcze następny raz. To piosenki napisane do opowiadań, czy dzienników Stachury.

Tak, zaczęłam od nas Wrocławian, pewnie dlatego, że bliżej i łatwiej, ale przecież wróćmy do początku. Sensem takich spotkań jest to jak wielu różnych poetów się na nich pojawia i jak dużo możemy się od siebie nauczyć, i sobie pokazać.

Początkiem było silne uderzenie czyli utwory Stachury śpiewane przez Jana Kondraka w połączeniu z wierszami Piotra Macierzyńskiego. To było naprawdę mocne i doskonałe połączenie. Zabrzmiał Sted w połączeniu ze współczesną dobrą życiową poezją. Nic bardziej sugestywnego i prawdziwego nie mogło otworzyć Białej.

Drugim ważnym i bardzo pięknym momentem było czytanie wierszy pod Domem Stachury, w tym roku było to wyjątkowo pełne czytanie i opowiadanie, bo też każdy mówił o swoim spotkaniu z sylwetką i twórczością Steda. I to właśnie było bardzo potrzebne nam wszystkim, to dzielenie się Stedem , a później jeszcze oddanie po jednym wierszu, czy piosence. Takiej pełni w tym miejscu jeszcze chyba nie czułam, choć jak wspomniałam na początku, każda Biała jest inna i każda niesie dużo dobrego. Jednak to mówienie o Stachurze od serca w warunkach nieidealnych do słuchania, ponieważ, jak Daria słusznie stwierdziła, niektóre słowa i wiersze umykały, mogły usłyszeć je tylko osoby siedzące blisko mówiącego. Po prostu troszkę nam przeszkodził wiatr, który te słowa porywał i niósł gdzieś dalej. Ale przecież nawet to zjawisko było bardzo Stachurowe właśnie.

Kolejnym mocnym punktem festiwalu był recital Jerzego Stachury i jego syna Krzysztofa, bardzo piękny muzycznie , tekstowo to oczywiście wiadomo. To znowu było połączenie tradycji z nowoczesnością, głosu dawnego poety z głosem, a raczej dźwiękami współczesnego muzyka. Uczta dla uszu.

Później spora dawka poezji i piosenek w wykonaniu autorów i pieśniarzy z różnych stron Polski; z Inowrocławia, Bydgoszczy, Katowic, Gdańska, nie wszystkich wysłuchałam, bo i też rozmowy toczyły się równolegle, ale poziom był wysoki i wszystkie z tekstów zasługiwały na zasłuchanie i refleksję, wiem, bo sami później rozmawialiśmy między Hurtownikami i na każdym z wieczorów, spotkań, koncertów ktoś z naszej ekipy był i chłonął.

Zresztą niektórzy z tych poetów dali się poznać już pierwszego dnia na Slamie poetyckim. I w tym miejscu trzeba o slamie napisać szerzej. Jest to na pewno znaczący punkt Białej, przynajmniej od poprzedniej edycji, wcześniej, jak pamiętam, były konkursy , turnieje jednego wiersza. Slam natomiast jest fajny, bo jest żywy i wprowadza świeżość, naprawdę może każdy zaprezentować swój utwór, bo liczy się też bardzo forma prezentacji, ocenia publiczność, autorzy oceniani są w parach w systemie pucharowym. W zeszłym roku mnie osobiście trochę slam rozczarował, ale pewnie złożylo się na to wiele czynników, było mało uczestników, może niektórzy obawiali się takiej formy i dlatego nie zdecydowali się na udział. W tym roku uczestników było 17 i myślę, że bardzo dobrą robotę zrobiły warsztaty slamowe prowadzone przez Dominika, przede wszystkim oswoiły z tą formą i ośmieliły autorów. Ja wprawdzie nie byłam na warsztatach, więc nie mogę tak do końca nic o nich napisać ale myślę, że ich funkcja właśnie taka miała być i bardzo dobrze się stało, że zaistniały. Slam bardzo dobrze poprowadził właśnie Dominik Rokosz, a jedynym minusem było to, że autorzy czasami czytali na czas, żeby zmieścić w 3 minutach jak największą ilość tekstów, co w sumie było trochę szkodliwe i dla czytającego i dla słuchających. Trudno ocenić całą garść wierszy, a też nie wybrzmią one należycie. To jednak kwestia pewnie tego, że ktoś pierwszy raz bierze udział w slamie i jeszcze po prostu nie ma doświadczenia. Poza tym jednak było to ciekawe i dość emocjonujące przeżycie, tak dla uczestników, jak i dla publiczności. Teraz po wszystkim już, myślę też, że słusznie wygrała Agata Szudzik, reprezentowała naprawdę dobry poziom i dobrze też swoje wiersze zaprezentowała. Brawo za odwagę i życzę jej naprawdę rozwoju poetyckiego.

Wspaniałą chwilą Białej było też ognisko na sam koniec spotkań, kiedy to mogliśmy posłuchać już mniej formalnie pieśni i piosenek w wykonaniu tych, co za pan brat z gitarą.

W tym miejscu trzeba by też wspomnieć o wszystkich wspaniałych ludziach, którzy zadbali o nas poetów, o to, by spotkania zostały w dobrej naszej pamięci; o paniach, które zajęły się przepysznym poczęstunkiem i zawsze w odpowiednich momentach nam go serwowały, o panu, który zadbał o ognisko i zaopatrzenie, o wszystko, co nie jest tak oczywiste i nie jest widoczne na tym pierwszym planie.

Nieoceniony był pan nagłośnieniowiec, który zadbał o całość akustyczną spotkań, a miał naprawdę sporo pracy, no i oczywiście nie można nie wspomnieć o Dorocie Ścisłej, która jest autorką graficznej strony Białej, te wszystkie plakietki, pocztówki, plakaty, scenografia, tak wyglądały dzięki niej.

Ze mną jest tak, że Biała zostaje mi w sercu i pamięci na długo i dobrze, że odbywa się właśnie z początkiem września w czasie, kiedy zaczyna się szkoła, bo jest przez to przedłużeniem wakacji i robi mi coś takiego, że wydłuża wrzesień tak, jakby trwał co najmniej dwa miesiące. Jednocześnie jest to też wydłużenie lata i przez to czuję jakby na wszystko był nagle czas i jest w tym dla mnie dużo spokoju. Jak się okazuje ta Biała Lokomotywa, która jest we mnie nie tylko przez drogę powrotną pociągiem, ale też przez tydzień po powrocie, a bywa, że i dłużej, jest także w innych, nawet tych Hurtownikach, którzy odwiedzili Łazieniec po raz pierwszy.

 

Justyna Paluch

powrót na górę

W ramach Stachuriady polecamy szczególnie:

bruno

belon

harasymowicz