Był bardem naszego pokolenia

pieczatka-76-urodzinyRozmowa z aktorem i dyrektorem „Teatru Kamienica”, panem Emilianem Kamińskim.

Krzysztof Wiśniewski: Spędził Pan ponad 36 lat na scenie.

Emilian Kamiński: Tak.

Zagrał Pan w ponad 50 filmach, jednak teatr jest dla Pana najważniejszą sceną?

Moim zdaniem dla aktora teatr jest podstawą. W filmie rzadko się zdarza możliwość tak precyzyjnego przygotowania roli jak w teatrze. W filmie można zawsze zrobić dodatkowe ujęcie, skadrować, poprawić, a w teatrze trzeba na każdym spektaklu na żywo przed publicznością dawać z siebie wszystko, nie ma miejsca na poprawianie i pomyłki. To jest inny rodzaj pracy. Aczkolwiek rzemiosło aktorskie jest takie samo, tylko w filmie używa się troszkę innych środków wyrazu przed kamerą.

W Pańskim życiu była taka sytuacja, kiedy Pan spotkał Edwarda Stachurę.

Nie do końca tak było.

e.kaminski1

Proszę powiedzieć, jak wyglądała historia powstania spektaklu Się?

Osobiście nie spotkałem pana Stachury. Rozmawiałem z nim przez telefon. Spotkał go osobiście reżyser Zbigniew Wróbel, który zaproponował mi rolę w spektaklu Się, Miałem grać tam Michała Kątnego, czyli porte parole Edwarda Stachury, ale scenariusz trzeba było przedłożyć autorowi pierwowzoru. Pan Stachura przeczytał scenariusz. Potem zatelefonowałem a powiedział mi i reżyserowi, że bardzo przeprasza, że to jest bardzo dobry scenariusz, ale on nie chciałby, żeby to było robione, żeby za jego życia, ponieważ on nie czuje się dobrze ze swoją twórczością w teatrze. Nam się zrobiło bardzo przykro, no i musieliśmy odstawić teczkę ze scenariuszem na półkę. Kilka miesięcy po tym zdarzeniu gruchnęła wieść, że pan Stachura nie żyje. Byłem bardzo przejęty, jego śmiercią. Tym bardziej, że to był poeta, którego dużo czytałem i którego przeżywałem. On był takim – można powiedzieć – poetą mojego pokolenia. Używał bardzo ciekawego języka, w miarę możliwości starałem się przeczytać jak najwięcej tego co napisał. Szczególnie podziwiam Kropkę nad ypsylonem.

To jest najważniejsza dla pana książka?

Na pewno jedna z ważniejszych. Mam nawet jeszcze takie jej wydanie „dżinsowe”. Pamiętam jak się dowiedziałem wieczorem, że pan Stachura popełnił samobójstwo. I wiedziałem w jakich okolicznościach to się stało, nie mogłem spać. Zacząłem chodzić, chodzić, po mieszkaniu aż sięgnąłem po ten odłożony przed kilkoma tygodniami scenariusz „Się” Wziąłem ten tekst i w nocy, żeby się jakoś uspokoić, zacząłem czytać. Myślałem, że może między tymi wierszami coś wyczytam, wyczytam z jakiego powodu ten wspaniały człowiek – tak doceniony przecież, był wtedy uwielbianym poetą – dlaczego on się zabił. O co chodzi? Szukałem, czytałem jeszcze raz ten scenariusz, słowo po słowie, i nagle ostatnia zauważyłem że ostatnia kartka jest dziwna, pognieciona. Pomyślałem, co to się stało!? Kto się dotykał do moich rzeczy”?

Podniosłem tę pogiętą kartkę i pod spodem, było zrobione gniazdo z piór gołębich. Edward Stachura zrobił gniazdo. Nazbierał piór gołębich i pod tym tekstem zrobił gniazdo. To było niesamowite. Powiedziałem o tym reżyserowi a on na to: „No to taki znak dał nam. Tak jak powiedział za mojego życia nie chcę, żeby to było realizowane.”

Zrobiliśmy spektakl Się w teatrze „Na Rozdrożu”. W teatrze, gdzie Jacek Kaczmarski z Przemkiem Gintrowskim mieli swoje „Mury”. W teatrze, który miał tylko 9 miesięcy, zanim władze go zamknęły, zdążyliśmy zrobić ten spektakl.

Ile był wystawiony?

Niedużo, ale to był wspaniały spektakl. Na premierze był brat Stachury, który powiedział mi tak: „Wie Pan co Panie Emilianie? Edek tu był.” Ja mówię: „Jak to?” „On tu przyszedł, na ten spektakl, był z nami.”

Publiczność dopisała, tak?

To było wspaniałe przedstawienie, naprawdę wspaniałe. Dopasowane do warunków. Ciekawie wymyślone. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy z reżyserem, to była wspaniała praca. Niestety nie zagraliśmy dużo razy tego przedstawienia. Zostały mi po tym spektaklu piosenki, które potem śpiewałem.

Parał się pan śpiewaniem?

Tak, wplotłem je do moich recitali. Do dziś śpiewam piosenkę Życie to jest teatr z muzyką Mirosława Jastrzębskiego.

A myślał Pan o tym, żeby ten spektakl Się przenieść i uwspółcześnić tutaj w „Teatrze Kamienica”?

Na razie o tym nie myślałem.

e.kaminski2Nie myślał Pan o tym?

Mam dużo różnej pracy na wszystko przyjdzie pora. Natomiast co pewien czas wspominamy pana Stachurę tak jak w tym roku. Zaplanowaliśmy cały wieczór poświęcony panu Stachurze. Niestety, byliśmy jedynym z niewielu miejsc w, którym uczczono trzydziestą rocznicę śmierci pana Stachury.

W czasie jednego spektaklu opartego o twórczość Edwarda Stachury stała się rzecz niezwykła. To były wakacje, sierpień, na spektakl przyszło około 300 osób prawie cała sala. Wszystkie bilety były normalnie płatne. Nagle przyszła czwórka, czy piątka mężczyzn, bardzo zaniedbanych, brudnych, w poszarpanych ubraniach wyglądali na bezdomnych. Bileter mi mówi: „Panie Emilianie! Oni nie mają biletów!” Ja mówię: „Spokojnie. Spokojnie.” Jeden do mnie podszedł i mówi: „Bardzo pana przepraszam, panie dyrektorze.” „Słucham Pana?” „Czy moglibyśmy wejść na spektakl, na koncert. Tylko nas nie stać na bilet...” Ja mówię: „Ale czemu chcecie akurat na koncert poświęcony Stachurze?” „Proszę Pana, bo pan Edward Stachura był poetą, był bardem naszego pokolenia.” – dokładnie tak powiedział ten biedny człowiek.

Którego nie stać na literaturę.

Na literaturę, na jedzenie, na nic. Zaprosiłem, usiedli normalnie na wolnych miejscach. To mi bardzo zaimponowało, że nawet ludzie w skrajnej biedzie zdecydowali się na taką prośbę, by wejść na przedstawienie o Stachurze. Dla nich również to był poeta wybitny.

Docierał do każdej sfery.

Stachura był przecież wędrowcem. To dotarcie do wszystkich osób, to świadczy o jego wspaniałości.

No tak. Jeszcze chciałbym zapytać - spektakl Anny Chodakowskiej i Federacja - to nie pierwszy raz w „Teatrze Kamienica”?

Długi czas Ania u mnie grała Mszę wędrującego, do której mam szczególny sentyment. Ona to pięknie robi, Roman Ziemlański tam pięknie też gra. Tam jest jeszcze jedna historia, reżyser Krzysztof Bukowski, który wcześnie zmarł – bardzo – chyba nie miał pięćdziesięciu lat. Wspaniały człowiek, bardzo wrażliwy, właściwie to też jest bardzo ważne, że on to wyreżyserował.

A myślał Pan o innych osobach, jakby rozpowszechniających w inny sposób twórczość Stachury?

Jest Federacja Bardów, jest Pan Gałązka.

Myślał Pan o tym, żeby ich zaprosić do siebie?

Myślę o tym, problemem jednak są zawsze finanse.

A, no tak, to też trzeba zapłacić.

To jest to. Podstawowym problemem są finanse. Kamienica to teatr prywatny. Nie mamy dotacji do stałej działalności. Nie mogę sobie pozwolić na to, że kogoś zaproszę bez zabezpieczenia finansów. Musimy spowodować, żeby widz zapłacił bilet, a wtedy z tych biletów opłacane są gaże. Mogę nie pokryć swoich kosztów, jakie mam, ale muszę ludziom zapłacić, tak że proszę o tym pamiętać, że bardzo często mówi się o ideach, staram się te idee realizować w ramach możliwości i jesteśmy jednym z niewielu teatrów który to robi.

Wszystko rozbija się o pieniądze.

Tak zawsze było i będzie. Tylko, że na te pieniądze muszę zarobić, mnie ich nikt nie daje, proszę pamiętać, a mimo to robimy tu rzeczy ideowe.

A czy zastanawiał się Pan nad zrobieniem spektaklu „poetów zbuntowanych” – że tak powiem – poetów, którzy znajdowali się w kręgu Stachury, z którymi utrzymywał kontakt, jak np. Witek Różański…?… Bruno…?

Ktoś musi napisać scenariusz, bo sam nie jestem tak wytrawnym literaturoznawcą, żebym napisał scenariusz na ten temat. Czasem piszę sztuki, dokonuję adaptacji. To, o co pan pyta, to byłby raczej rodzaj wieczoru poetyckiego. Nie wiem, czy połączenie takich formuł intelektualnych – jak ci wymienieni poeci – czy to jest materiał na spektakl? Wydaje mi się, że to materiał raczej na wieczór literacki, koncert. „Się” było materiałem dramatycznym, to była cała opowiedziana historia. „Kropka nad ypsilonem” też jest historią opowiedzianą, prawda? Stachura umiał opowiadać.

To znaczy, ja myślałem nad tym, żeby na podstawie… bo Stachura, wiadomo, opisywał swoje życie, doświadczenia życiowe, przeżycia, to co mu się tam w głowie roiło, przenosił na papier i tak samo też czynili ci poeci, właśnie obok Stachury…

Ale wszyscy poeci tak robią. Chyba że są grafomani i piszą co ślina na język przyniesie, Albo się bawią po prostu „szokiem słownym”. Tak jak są ludzie w teatrze, którzy nie umieją grać dziwnie się ruszają albo krzyczą, zupełnie to nic nie oznacza. W teatrze to widz decyduje o tym w dużym stopniu co jest ciekawe. Jeżeli widzowi się nie będzie podobało – to co ja proponuję – to on nie powie swojej koleżance, czy koledze: Przyjdź! A podstawą w teatrze jest: Słuchaj byłam, musisz to zobaczyć! Byłem, musicie na to iść! – i wtedy jest to o co chodzi.

Bo w tym powiązaniu tych – że tak powiem – „zbuntowanych poetów” chodzi mi o to, żeby przedstawić jakby życie Stachury i powiązania między tymi poetami na podstawie ich twórczości. Nawet wyciągając fragmenty dzienników czy…

No tak, ale to będzie dla bardzo wąskiego grona znawców literatury prawdopodobnie, to nie będzie dla szerokiej widowni. Dla szerokiej widowni jest właśnie koncert piosenek Edwarda Stachury, „Msza wędrującego”, „Się” było, to tak. Rzeczy o których pan mówi to raczej takie klubowe spotkanie, bo nie widzę spektaklu z takiego materiału.

To może ostatnie pytanie. Co według Pana Edward Stachura dzisiaj, a co kiedyś dawał swoją literaturą, nam czytelnikom, nam chodzącym na spektakle?

Porównam to do okładki tej całości, tych jego dzieł, czyli tej „dżinsowej” okładki. Otóż coś się takiego stało to jest tak, jak z tymi dżinsowymi spodniami, są fajne, świetne, jak się je kupiło w Peweksie za te 11 dolarów, fantastyczne. Pierwsze pranie, drugie pranie, trzecie, piąte pranie i mijają lata. Już się tu przetarły, tu się udało zacerować, o tu jest jakaś łata, tu jest to, tu jest to, ale nagle się orientujemy, że te spodnie są już strasznie stare i ten dżins jest już ledwo widoczny. Coś jest takiego i to mnie boli dlatego, że jest to poeta, który zasługuje na większą uwagę, to jest poeta, który stworzył co się bardzo rzadko zdarza, własny język literacki, bo my wszyscy posługujemy się językiem przyjętym , a on stworzył własny, czyli tak jak Beksiński w malarstwie, jak Górecki w muzyce. Łatwiej jest malarzowi, łatwiej jest muzykowi wykreować rzeczywistość. Stworzyć własny rodzaj języka jest bardzo trudno. Nie wiem, kto we współczesnym świecie..? No może Leśmian stworzył własny język.

Bruno też próbował.

Bruno też, też.

Różański też.

Każdy próbuje, ale Stachura stworzył własny język. Przyboś próbował, ci oni tam próbowali, ale to były próby, natomiast Stachura stworzył język, który jest namacalny, dotykalny: „Się szło jedną z licznych… setlicznych tysiąclicznych entlicznych pętlicznych”. To jest jak: „Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie…” To jak u Mickiewicza, tak samo dla mnie, to jest rodzaj takiej współczesnej inwokacji, to: „Się szło…”. Przez budowę języka pokazanie życie człowieka. Fantastyczne! Fantastyczny poeta, który odszedł – mówię – wytarł się jak te stare dżinsowe spodnie, a on zasługuje na o wiele większą uwagę. Nie wiem co to się tak stało, że to tak się zmieniło? Może ten kontekst PRL-u, tego szarego PRL-u, z tym wolnym człowiekiem, tym hipisem takim, który był w tym. W tym jest bunt, w tym jego języku, w tym jego życiu w ogóle, jest bunt. Może to jakoś było wtedy, jakoś tak namacalne, dotykalne, a teraz to już tego nie ma – nie wiem, nie umiem odpowiedzieć. Dla mnie to jest wielki poeta i zawsze będzie.

No dobrze. To dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również.

Rozmowa została przeprowadzona 31 VII 2013 roku w „Teatrze Kamienica” w Warszawie.

powrót na górę

W ramach Stachuriady polecamy szczególnie:

bruno

belon

harasymowicz