Cała jaskrawość przebijająca przez mgłę: refleksy egzystencjalizmu w powieściach Edwarda Stachury.

Daniel Chemycz

 

Temat artykułu, na pierwszy rzut oka, może się wydawać niezrozumiały. Co więcej, bez wyjaśnienia poszczególnych pojęć w nim zawartych, należałoby również dodać, iż został sformułowany wyjątkowo pretensjonalnie. I właściwie trudno byłoby się z tym nie zgodzić. Czym bowiem dla przeciętnego czytelnika jest „cała jaskrawość” i po co to upoetyzowanie tytułu „przebijaniem przez mgłę”; wszak praca naukowa posługuje się innym językiem, ma tłumaczyć zawiłości poruszanej tematyki, a nie mnożyć już na samym początku kolejne komplikacje. I jeszcze ta nieokreśloność oraz metaforyczny sens „refleksów egzystencjalizmu”, jakby nie można było powiedzieć po prostu o wpływie filozofii egzystencjalnej na prozę Stachury, albo lepiej jeszcze, o śladach tej formacji intelektualnej odciśniętych na twórczości Steda...

Pytanie brzmi, czy tak byłoby rzeczywiście lepiej? Czy o dziełach autora, który w życiu i w pisarstwie pokazywał, że dla niego „wszystko jest poezja”, czy można o nich pisać czysto naukowo, trzymając się niewolniczo terminologii badawczej i określonych zasad analizy dzieła literackiego? Czy można mówić o Stachurze, nie zagłębiając się w widziany jego oczami świat, tak bardzo wyjątkowy i osobny? Czy można o nim pisać stojąc z boku i chłodno oceniając jego dorobek literacki, bez próby dojrzenia „całej jaskrawości”, bez zagubienia się we „mgle”?

Odpowiadam: nie można. W przeciwnym razie badacz ryzykuje kompletne niezrozumienie zamysłu autora „Siekierezady” i przeprowadzenie krytyki mającej z gruntu błędne założenia. Zbyt wielka jest swoistość twórczości Stachury, jej odrębność i nieprzystawalność do jakichkolwiek wzorców interpretacyjnych, żeby przemknąć przez jej analizę bez wysiłku. Oczywiście nie znaczy to, po pierwsze, że niemożliwa jest dekonstrukcja pisarstwa Stachury (choć często utrudniona tam, gdzie nie wiemy już, czy zmagamy się z chorobą autora, czy też konfrontujemy się z ukrytym w tekście zamysłem); stwierdzenie takie byłoby co najmniej śmieszne i głupstwem byłaby próba dowodzenia czegoś podobnego. Po drugie, nie chodzi tu o dodatnie wartościowanie, gloryfikowanie tej twórczości; nie chodzi o wartościowanie w ogóle. W stwierdzeniu, iż pisarstwo Stachury posiada silną odrębność na tle całej polskiej prozy powojennej, nie kryje się ani nacechowanie pozytywne, ani też ironicznie negatywne. To po prostu fakt, z którym nie zmierzyła się dotąd na poważnie polska krytyka literacka. Wymagałoby to utworzenia konkretnych, odpowiednich dla tej twórczości narzędzi interpretacyjnych, opracowania słownika pojęć ważnych dla uniwersum Stachury i odkrycia ich znaczenia, dogłębnej analizy języka, bardzo specyficznego i dotąd nie objaśnionego zadowalająco (ignorancją wydaje się stwierdzenie, że swoistość języka Stachury polega na nieświadomym zaburzaniu polskiej syntaksy poprzez wpływy języka francuskiego, i poprzestanie jedynie na tym)1. Nie znalazł Stachura po dziś dzień badacza, który byłby w stanie zmierzyć się z jego spuścizną w sposób w pełni bezstronny, rozsądny i jednocześnie niepozbawiony autentycznego zrozumienia dla świata kreowanego przez autora „Siekierezady”. Recepcja jego dzieła przebiegała w trzech kierunkach i żaden z nich nie był z całą pewnością tym właściwym.

Pierwszy krąg interpretacyjny wyznaczyli ci, dla których Stachura był kimś więcej niż poetą, pisarzem, człowiekiem dotkniętym chorobą psychiczną; dla nich stał się prorokiem i mistycznym guru głoszącym prawdy brzmiące w tym tonie: „Ja to wąż. Ja to rak. Rak umarł na raka. Wąż umarł od własnego ukąszenia. Czas umarł na czas. Ja umarło na ja. Nie ma ja. Się jest. Się jest się. Się jest duch. Się jest nikt.”2 Nie podejmują oni właściwie próby tłumaczenia tego pseudo-filozoficznego bełkotu. Ewentualnie ulegają podobnej retoryce, co Stachura z okresu „mistyczno-filozoficznego”, tłumacząc niezrozumiałe przez niezrozumiałe jeszcze bardziej. Prawda jest natomiast taka, że dla nazwania tego okresu w twórczości Stachury potrzebny jest cudzysłów, bo to już czas głębokiego zagubienia Steda w zakamarkach własnego umysłu, okres grafomańskiego „Fabula rasa”, który niektórzy badacze, jak choćby Krzysztof Rutkowski, chcieliby widzieć jako etap ewolucji twórczej pisarza3; w rzeczywistości to etap przerażającej degradacji umysłu zdolnego twórcy, a z pewnością wybitnie interesującego człowieka, jakim był Edward Stachura. On sam dał temu wyraz w rozbrajająco szczerych słowach: „Byłem buntownikiem łagodnym, najłagodniejszym z możliwych, ale krańcowym. Poszedłem do końca. Czy za daleko? Chciałem unieść wszystkie nieszczęścia świata ludzi. I zwariowałem. Ale czy od tego? Nie wiem.”4

Druga grupa ludzi zajmujących się twórczością Stachury to jego zajadli przeciwnicy, dostrzegający w autorze „Kropki nad ypsylonem” miernego pisarza, schlebiającego gustom mało wymagających odbiorców, zadufanego w sobie, o narcystycznej osobowości, która doprowadziła go w końcu do obłędu. Ich głównym zarzutem wobec pisarza, niosącym konsekwencje na każdym poziomie interpretacji jest aintelektualizm Stachury, jego prostota (ocierająca się ich zdaniem o prostactwo) i zwykłe pustosłowie, stwarzające jedynie pozory głębokiego doświadczania rzeczy5. Tu stykamy się, więc ze Stachurą przegadanym, pseudo-filozoficznym, pseudo-intelektualnym, piszącym błahe wiersze i nie posiadającym dobrego warsztatu literackiego. W zestawieniu z pierwszą grupą interpretatorów widać, na jakich dwóch odległych biegunach rozpostarła się „prawda” o Stachurze. I jak to zwykle bywa ze skrajnościami, obie rozmijają się z rzeczywistością. W tym przypadku błędne są przyjęte odgórnie założenia, iż Stachurze zależało na analizie intelektualnej, ściśle filozoficznej (w znaczeniu systemowym), bo tylko w takiej sytuacji powyższa krytyka miałaby sens. Nic bardziej mylnego jak stwierdzenie, iż Stachura chce być pisarzem „rozumowym”. Jego twórczość jest wybitnie sensualna6 i taka jest z założenia, nie ma w tym przypadku. Autor absolutnie nie ufa rozumowi i wielokrotnie daje temu wyraz, choćby w tym fragmencie z „Całej jaskrawości”: „Już od dawna wiedziałem, że łatwo można oszaleć. Nietrudno. Nie myślałem jednak, że tak straszliwie łatwo. Z czasem zacząłem coraz lepiej się na tym znać. Tak, że teraz mogę postawić zagadkę: jaka jest najłatwiejsza rzecz na świecie? Oszaleć! I druga zagadka: jaka jest najtrudniejsza rzecz na świecie? Nie oszaleć!”7 Cytat ten pokazuje, jak bardzo głęboko Stachura zdaje sobie sprawę z kruchości ludzkiego umysłu, z jego ułomności. Przez twórczość Steda nieustannie przewija się motyw pragnienia prostoty życia. Prostoty właśnie, nie głębokiej analizy intelektualnej. Za tą analizą bowiem Stachura dostrzega coś przerażającego: nicość i śmierć, a wraz z uświadomieniem sobie tego - nieuchronny obłęd. To przed tym będzie się bronił w „Całej jaskrawości” i „Siekierezadzie” - dwóch, jedynych dziełach w jego dorobku, mogących bez zastrzeżeń zostać określonymi powieściami. Dopiero po nich nadejdzie okres mistyczny w twórczości Stachury, w momencie kiedy uzna on już, że radosna afirmacja życia jest niemożliwa, a walka ze śmiercią skazana na porażkę. Dopiero wówczas zagłębi się w abstrakcyjne rozważania ontologiczne i epistemologiczne, bez powodzenia jednak i bez szans na przezwyciężenie postępującego rozpadu osobowości. Ocenianie twórczości Stachury tylko przez pryzmat jego późnego pisarstwa jest jednak bardzo niesprawiedliwe i źle świadczy o tych, którzy takiego uproszczenia się dopuszczają. To równie niedorzeczne jak bezkrytyczna akceptacja pisarza.

Istnieje w końcu trzeci krąg interpretacyjny Stachury; to współczesny, przelotny, licealno-ogniskowy sposób czytania pisarza. To taki Stachura piosenkowy, przyjaciel, który rozumie rozterki nadwrażliwego, kilkunastoletniego serca8. Nie znalezienie dla pisarstwa Steda właściwego opisu, brak poważnego zbadania jego dzieła, doprowadziły do tego, że tak mało zostało dziś z tej niepowtarzalnej twórczości: jej urzekająca, ale jednak najmniej interesująca część – piosenki.

Z całą pewnością najlepiej, z najgłębszym zrozumieniem, całokształt twórczości Stachury zarysował Henryk Bereza9. Pomimo, że nie ustrzegł się pewnego romantycznego zachwytu nad pisarzem, a ukuty przez niego termin „życiopisania”10 nie da się w całości obronić, to jednak widać w jego analizie zrozumienie dla idei przekazywanych przez Stachurę, dla towarzyszących mu wzruszeń i życiowych objawień; Bereza nie lekceważy ich, nawet jeśli ostatecznie okazywały się jedynie idealistycznymi iluzjami. W tej interpretacji pojawia się również wiele wątków z twórczości Stachury, korespondujących z problematyką poruszaną przez filozofię egzystencjalną. Zawarty w powieściach Steda namysł nad istnieniem człowieka i jego egzystencją w świecie wymaga szerszego omówienia.

To co zostało dotychczas powiedziane wyjaśnia w dużej mierze sensowność podjętego tematu. Należy to jednak ostatecznie doprecyzować. Terminy „cała jaskrawość” oraz „mgła” streszczają w sobie egzystencjalną drogę bohatera Stachury w swoistej dylogii powieściowej, tworzonej przez „Całą jaskrawość” i „Siekierezadę”. Ich znaczenie wymaga oczywiście dokładnego objaśnienia. Z kolei sformułowanie „refleksy egzystencjalizmu” wyrażać ma powierzchowność i wybiórczość wykorzystania przez Stachurę motywów z filozofii egzystencjalnej, co zostało już zasugerowane programową sensualnością poety, odcięciem się od intelektualizmu. Dlatego nie ma w powieściach Stachury miejsca, na wprowadzanie do ich struktury całych elementów systemowych tej filozofii. Chodzi tu jedynie o zauważalne zainspirowanie się, tak bardzo żywym wówczas w Polsce prądem myślenia - o jego wpływ na powieściowy świat pisarza. Nie jest to bowiem proza na kształt wielkich dokonań literackich Alberta Camusa, czy Jeana Paula Sartre'a. Nie stanowi próby przekazania filozoficznej koncepcji poprzez strukturę powieści. Zaś bohater Stachury nie pozuje na filozofa-egzystencjalistę. Jest on sam dla siebie nade wszystko poetą (w Stachury rozumieniu „poety życia”), i świat postrzega kategoriami raczej estetycznymi, nie typowo filozoficznymi. Jednakże, mimo tych wszystkich zastrzeżeń, to właśnie powieści Stachury stanowią znakomite świadectwo przenikania do polskiej literatury wątków z filozofii egzystencjalizmu. Wykorzystane nieraz świadomie, choć bywa, że i nieświadomie, ukazują żywotność egzystencjalizmu w ówczesnej literaturze polskiej.

Nareszcie wyjaśnić należy kwestię, która mogłaby wzbudzić wątpliwości, a mianowicie to, iż za powieści uznaję w dorobku Stachury jedynie te dwie: „Całą jaskrawość” i „Siekierezadę”. Bywa to traktowane rozmaicie, ktoś może określać powieściami również takie dzieła jak „Wszystko jest poezja” i „Fabula rasa”, wydaje się jednak, że nie jest to dostatecznie uzasadnione. Te prozatorskie utwory są bowiem właściwie pozbawione fabuły, powieściowej akcji, książkowych bohaterów. To osobiste wyznania pisarza, swoiste szkice, które należałoby przypisać innemu gatunkowi literackiemu. Zresztą to właśnie w powieściach, będących głównym przedmiotem zainteresowania tej pracy, wątki egzystencjalne pojawiają się w najbardziej czystej i oryginalnej (nie zmąconej mistycznymi zapędami autora) postaci. Nazywanie „Całej jaskrawości” i „Siekierezady” dylogią jest uprawnione, gdyż w obu dziełach mamy do czynienia z tym samym rodzajem bohatera: wrażliwym poetą, poszukującym metafizycznego spełnienia, szukającym swojego miejsca na świecie. Sam Stachura zadbał nawet o przeniesienie wątków fabularnych z jednej powieści do drugiej; w pewnym momencie główny bohater „Siekierezady” Janek Pradera wspomina głównego bohatera „Całej jaskrawości” Edmunda Szeruckiego, spotkanego w czasie podróży11. Można dopatrywać się w tym wewnętrznego rozwoju bohatera Stachury, drogi jaką przechodzi od „całej jaskrawości” utożsamianej z metafizycznym spełnieniem, chwilowym zrozumieniem świata, praw nim rządzących do ataków „mgły” rozumianej jako wszechogarniający pesymizm, przeczucie nieuchronnej klęski, dławiące wcześniejsze przebłyski szczęścia. Rozwój ten udokumentowany jest na poziomie tekstu omawianych utworów.

„Cała jaskrawość” to opowieść o kilkutygodniowym epizodzie z życia Edmunda Szeruckiego i jego przyjaciela Witka. Młodzi mężczyźni pracują przy oczyszczaniu basenu na terenie uzdrowiska, wynajmując w tym czasie kwaterę u staruszki Potęgowej. Wolny czas spędzają na rozmowach ze swoją gospodynią i innymi mieszkańcami Laksandrowa, a także na wędrówkach po okolicy, które pobudzają głównego bohatera do snucia rozmaitych refleksji nad życiem. To właśnie w czasie jednej z tych wypraw Edmundowi Szeruckiemu objawia się „cała jaskrawość”: „I...zobaczyłem jaskrawość. Zobaczyłem jaskrawie wszystko. Całość (...) Zobaczyłem całą jaskrawość tego, że to nie chodzi ni o śmierć, ni o życie, ni o sens i bezsens, ni o istotę i istnienie, ni o przyczynę i skutek, ni o materię i ducha, ni o serce i rozum, ni o dobro i zło, ni o światłość i ciemności, i tak dalej, i tak dalej, ale o coś zupełnie innego. Chodzi o to wszystko razem wzięte i podane na tacy”12. I znowu nieco dalej zauważa: „(...) zobaczywszy całą jaskrawość można dalej śmiało żyć. Bo tylko żyjąc mogę do tej pełni życia i śmierci razem wziętych, do tej dopiero pełni zbliżyć się. Żyjąc, nie zapominając o śmierci. Walcząc z nią. Ocierając się, muskając ją z bliska. Żyjąc w natchnieniu tym wstrząsającym, że żywi jesteśmy(...)”13 Cytaty te nasuwają kilka spostrzeżeń. Po pierwsze, prezentowana przez Szeruckiego postawa jest głęboko afirmatywna, po drugie, zgłasza sprzeciw przeciwko czysto intelektualnej percepcji świata. Szerucki przyjmuje całość świata jak dar („podane na tacy”). Istnienie tłumaczy się tu samo przez się, życie samo w sobie jest spełnieniem. Życie i śmierć razem, możliwe są do zaakceptowania; jest w tym jakaś wiara w słuszny porządek świata, skoro dopiero razem, życie i śmierć tworzą pełnię; porządek ten możliwy jest, mimo że ze śmiercią, nieustannym towarzyszem naszego życia, trzeba walczyć. Jednak w momencie zobaczenia „całej jaskrawości” nawet to wydaje się być godne afirmacji. Tak myśli Szerucki, gdy widzi ową „całą jaskrawość”, gdy ogląda ją przez chwilę, zanim zniknie, zamaże się, przestanie być dostrzegalna. I właśnie w tej chwilowości tkwi zasadnicze pęknięcie. „Cała jaskrawość” jest tylko przelotnym błyskiem, na jakiś czas wypełniającym duszę Szeruckiego w sposób absolutny, wciąż jednak momentalnym. Potem znów przychodzi zwątpienie i konieczność toczenia boju ze strachem przed nicością, z lękiem przed niemożnością porozumienia się z ludźmi („Wódka to jest człowiek, z którym można porozmawiać”14).

Między Szeruckim, a Witkiem pada bardzo niewiele słów. Zasadniczą tego przyczyną jest nieustannie towarzyszący bohaterom relatywizm doznań, wszechogarniająca względność, która nie pozwala im wypowiadać się z mocą, z pewnością; nie pozwala im zrozumieć i oswoić otaczającego świata. Ten głęboki pesymizm poznawczy zostaje przerwany przez „całą jaskrawość” – ale tylko na mgnienie oka. To zmusza bohaterów do nieustannej wędrówki, do pogoni za upragnionym stanem spełnienia.

Zakończenie powieści nie jest pozbawione nadziei na przezwyciężenie nicości. Bohater ma w sobie dość siły by otrząsnąć się z opadającego na niego uczucia niemocy. Powieść kończy obietnica zwycięstwa nad śmiercią: „A przedtem zobaczymy śmierć śmierci. Urządzimy to. Wyprawimy jej pogrzeb. Symboliczny wprawdzie, pogrzeb śmierci, ale na początek to nie jest mało.”15 Próżno by jednak szukać w „Całej jaskrawości” tego optymizmu i czystej radości, które zauważali niektórzy krytycy. Nieustannie przeprowadzana przez Edmunda Szeruckiego refleksja nad „byciem” jest punktem wyjścia do rozważań egzystencjalnych, które często prowadzą do wniosków dalekich od rzekomego przeświadczenia bohatera o otaczającym go raju16. Już pierwszy wyrazisty obraz zaprezentowany w książce, wnosi ze sobą do utworu silny egzystencjalny niepokój: „Żal się robiło, patrząc. Wielki wodny ptak męczył się w tym powiększonym akwarium. Potykał się nogami o płytkie dno, wpadał wyniosłą piersią na błotniste mielizny, nie miał jak i gdzie zanurzyć swojej długiej szyi, nie mógł rozwinąć szerokich skrzydeł i bijąc nimi nieść się po wodzie w pełnej świetności i wolności całego gatunku i osobnego osobnika”17. Nawet odżegnując się od narzucającej się tu metafory z ludzkim losem, Szerucki udowadnia, że towarzyszy mu męczące poczucie relatywizmu rzeczy, niepewności co do tego, czy przeprowadzana obserwacja świata jest słuszna: „Ten łabędź. Od niego, jak od iskry wychodząc, mógłbym zacząć mówić o sprawach tych tak skomplikowanych, że nigdy chyba nie będą proste. Wystarczyłoby tylko porównać los tutaj ptaka do losu tutaj człowieka(...). Ale nie zrobię tego. Zbyt łatwa jest ta wspaniała okazja”18. Ogromnie daleko tym dwóm fragmentom do wyrażania radosnej afirmacji świata. Nie są to jeszcze mdłości towarzyszące refleksji Sartre'a nad istnieniem, ale podobne jest u bohaterów Stachury uczucie nadmiaru otaczających rzeczy i związany z tym stan chorobowy. Czytamy w „Mdłościach”: „Wszystkie te przedmioty...jak to określić? Przeszkadzały mi, życzyłbym sobie, aby istniały mniej silnie, bardziej sucho, abstrakcyjnie, bardziej powściągliwie(...) A ja – wiotki, osłabiony, sprośny, trawiący, chwiejący się od ponurych myśli(...) Marzyłem niejasno o zgładzeniu siebie, aby unicestwić jedno przynajmniej z tych przesadnych istnień.”19 Zbliżoną do tej jest refleksja Szeruckiego w czasie pracy przy kopaniu basenu. Widzi on w jednej chwili mnóstwo prozaicznych, pozbawionych sensu rzeczy, które po prostu „są” i nie sposób ich wszystkich ogarnąć: „Niesamowite działy się rzeczy w tym niby spokojnym powietrzu, w tym otoczeniu niby stworzonym do cichej łagodnej rekonwalescencji”20 myśli Szerucki i na głos podsumowuje „Za dużo czasami się widzi. (…) Próbowałem nieraz to wszystko stępić. (…) Żeby było łatwiej żyć. Bo to jest jednak cholernie męczące. (…) Ale nic z tego.”21 A więc bohaterowi Stachury przeszkadza ten nadmiar rzeczy i podobnie jak Sartre ma poczucie absurdalności, przypadkowości istnienia. Pojawia się przy tym motyw towarzyszącej tym rozpoznaniom choroby: „Bo nie znałem mojej choroby, ale znałem Witka straszliwą chorobę i jej fatalne nawroty. Widziałem już parę razy Witka z odwróconymi w słup oczami, bitego niewidzialnym łomem w łeb i powalonego na kolana, i stałem przy tym, i nic nie mogłem zrobić.”22 W osobie tego nękanego wstrętem do świata i lękiem przed nicością Witka, który jest de facto alter ego Edmunda Szeruckiego, ukazuje się cierpiąca, bezsilna część bohatera Stachury. W „Siekierezadzie” to właśnie ona przemówi pełnym głosem i wówczas Janek Pradera rozpozna swoją „mglistą chorobę”. W „Całej jaskrawości” mamy jednak jeszcze do czynienia z człowiekiem w sposób heroiczny zmagającym się z przeciwnościami losu. Mimo, że jego rozpoznania są zbliżone do tych z Sarte'owskich „Mdłości”, to odmienny jest sposób jego ustosunkowania się do nich. U francuskiego filozofa nicość staje się wartością pozytywną, charakterystyczną dla człowieka i będącą wyrazem jego wolności; przeciwstawia się ona absurdalności wszelkiego istnienia. Sartre, podobnie jak Szerucki, widzi coś, co można by nazwać śmiało „całą jaskrawością”, lecz u niego ma to wymiar jednoznacznie negatywny: „A potem nagle przyszło, było jasne jak dzień – nagle istnienie odsłoniło się. Straciło obojętny wygląd abstrakcyjnej kategorii: to była właśnie miazga rzeczy(...) różnorodność rzeczy, ich indywidualność była tylko pozorem, lakierem. Ten lakier rozpłynął się, pozostały masy monstrualne i miękkie, w bezładzie – nagie, nagością przerażającą i obsceniczną.”23 Zupełnie inaczej widzi to Edmund Szerucki. On właśnie przed nicością ucieka, w mnogości istnienia widzi wyzwolenie od śmierci i bólu istnienia. Najlepiej wyraża to ten fragment: „(...) każdy nasz ruch był w natchnieniu. Wszystko. Szliśmy, pracowaliśmy, jedliśmy, piliśmy – w natchnieniu. Któryś z nas kopnął puste pudełko na ulicy, zgniłe jabłko, przejechał patykiem po żelaznych grających prętach, któryś z nas splunął w natchnieniu. (…) Tak to my czuliśmy i dźwigaliśmy wstrząsający ciężar najbłahszej chwili, że to jest wprost niewiarygodne, tak żyć w ciągłym nieustającym napięciu. (…) tylko tak mogliśmy się uratować. Życiem bez reszty. Wypalić się do końca (…) żeby śmierci, tej zwyczajnej wariatce, nic nie zostawić w spadku (...)”24 Lęk przed śmiercią jest podstawą egzystencjalnej refleksji. Nie jest to jednak lęk wyzwalający, jak u Heideggera (u którego pozwala na pełniejsze wykorzystanie życia). To lęk paniczny, który wywołuje silną emocjonalną reakcję i takie same, nerwowe, ekstatyczne działania, po to by świadomość śmierci przezwyciężyć, zagłuszyć.

Nie jest także bezpodstawne mówienie o „Całej jaskrawości” w kontekście poglądów innego wielkiego egzystencjalisty (który sam nigdy nigdy z tym kierunkiem nie chciał się utożsamiać) – Alberta Camusa. To właśnie jego „heroizm humanistyczny”, nie zaś „egzystencjalistyczny humanizm”25 Sartre'a bliski jest Edmundowi Szeruckiemu. W koncepcji Sartre'a człowiekowi wolno wszystko, jest bowiem nieustannym projektem sam dla siebie, nie ma żadnego prawodawcy poza samym sobą. Miarą wolności ludzkiej jest tu odpowiedzialność, polegająca na konieczności podjęcia wyboru i przekonaniu o jego słuszności. Wedle tego przeświadczenia Sartre nazwie „świętym” Jeana Geneta świadomie wybierającego zło. Taki sposób myślenia obcy jest Szeruckiemu. On, podobnie jak bohaterowie „Dżumy”, ma silne poczucie ludzkiej uczciwości, wie, że istnieją granice, których nie wolno przekraczać. Nie potrzebuje specjalnej motywacji do czynienia dobra, całym sobą czuje, że złu należy się przeciwstawiać. Podobnie jak Camus pyta o to, czy warto żyć26. Usilnie poszukuje szczęścia, żyje w sposób gorączkowy, zachłannie pragnie życia; przez chwilę widzi nawet „całą jaskrawość” i wtedy towarzyszy mu poczucie jasności rzeczy, jasności dokonywanych wyborów. Odmienne to od towarzyszącego egzystencjalistom rozpoznania bezsensu świata, dla bohatera Stachury bowiem życie ma w sobie ogromnie dużo piękna, od początku skażonego jednak przerażającym wyrokiem śmierci, ciążącym na każdym człowieku. W konfrontacji z własnym przeznaczeniem rodzi się w Szeruckim poczucie absurdu, które zaprowadzi go w „Siekierezadzie” do całkowitego poddania się, bezradności i ostatecznie wyboru samobójstwa, jako ucieczki przed bólem istnienia. Pomimo tej tragicznej decyzji, nie sposób nie zauważyć, że Szerucki, a później, wyraźniej jeszcze, Janek Pradera, mają w sobie coś z wyobrażonego przez Camusa Syzyfa. Prowadzą walkę skazaną na porażkę, jednak nie o zwycięstwo w tej walce chodzi, lecz o samo jej podejmowanie. Syzyf jest w absurdalny sposób radosny, bo świadomy swojego losu dokonuje jednak wolnego wyboru i podejmuje trud życia. Szerucki też jest takim Syzyfem, heroicznie idącym przed siebie i opierającym się przygniatającemu go poczuciu bezsensu. Nie ma jednak jeszcze świadomości Syzyfa, świadomości przeznaczonego mu losu, sądzi bowiem, że może śmierć pokonać, odegnać, sprawić, że o niej zapomni. Nie umie jej zaakceptować, poza krótkimi przebłyskami „jaskrawości”. Kiedy świadomość niemożności zwycięstwa do niego dotrze, już tylko przez jakiś czas będzie w stanie buntować się przeciw losowi i całemu światu. Jego heroizm nie przejdzie ostatecznej próby, ugnie się w końcu pod ciężarem samoświadomości, która popchnie go w stronę znienawidzonej śmierci. To właśnie metaforyczna „mgła”, na której ataki cierpi bohater „Siekierezady”, stanie się przyczyną jego nieszczęścia.

Janek Pradera to bohater zaprojektowany już w „Całej jaskrawości”. Wrażliwy poeta, heroicznie przeciwstawiający śmierci zachwyt nad życiem, poszukujący piękna, które przy życiu mogłoby go zatrzymać. Tym razem wędrowny tryb życia sprowadza go do pracy przy wyrębie w lesie. Ma ona zagłuszyć lęki, które wywołuje w nim wzrastająca świadomość bezsensu jego działań. Już otwierająca „Siekierezadę” aluzja do tragicznej śmierci Zbyszka Cybulskiego, ukazuje przerażający wymiar ludzkiego „bycia-ku-śmierci”, niemożliwej do odwrócenia właściwości ludzkiego istnienia – skończoności. Jest w tym jakieś poczucie okrutnej przypadkowości życia, kiedy Janek Pradera rozważa rozmaite, alternatywne scenariusze wejścia Cybulskiego na peron, takie które nie kończą się jego bezsensowną śmiercią. „Przeklęty bądź zegarze, w którym czas nie może być cofniony”27 mówi Pradera po tym jak słyszy konkluzję jednego z pasażerów pociągu: „Miał zginąć i zginął. To jest los.”28, która w tak ozięble zwięzły sposób wyraża chwilowość ludzkiego istnienia.

U bohatera Stachury zachodzi, więc wewnętrzna przemiana, wzrasta jego świadomość własnych ograniczeń, nieuchronności końca oraz przemijania tego piękna, którym świat go napawa. Słusznie napisał Tadeusz Nyczek, że „Siekierezada” „jest jednym wielkim, heroicznym i absurdalnym zarazem, śpiewem na cześć życia, które jest literaturą, i literatury, która tak pięknie udaje życie.”29 Pradera wciąż jeszcze wierzy w nowe „zmartwychwstania”, powstania do życia, do dalszego zapamiętałego mierzenia się ze śmiercią; lecz sił na otaczającą go absurdalność i nicość co raz bardziej mu brak. Nawet literatura przestaje być odtrutką na mroczną rzeczywistość, pomimo że bohater oglądając świat przez jej pryzmat, stara się kreować świat przepełniony pięknem. Próba powrotu do jasnych, zrozumiałych prawd kończy się jednak klęską, Pradera zaczyna zadawać sobie pytanie, czy on sam nie nadinterpretuje świata i czy ponowne odnalezienie prostoty widzenia jest możliwe. Śmierć prześladuje go z rosnącą mocą: „(...)z jednej strony poniechałem obłędnych spekulacji o tym: jak zginę? gdzie? kiedy? z czyjej ręki? jaka planeta zmiażdży mi płowy łeb? jaka kometa? jak i czym podkuty but? (…) Z drugiej strony jednak dobrze wiem, (...) że śmierć ani na moment mnie nie opuszcza, na głowie wiecznie mi siedzi, na czole mam ją wypisaną, przy nodze mojej zawsze wiernie jest.”30 Tu też pojawia się po raz pierwszy chorobliwa „mgła”: „A ta mgła ta mgła? (…) Dosyć przerażające to jest, ale to jest jakby obok gdzieś jednak, choć dzieje się we mnie, w moim ścisłym obrębie. (…) Mówiłem, że ja bez śmierci ani rusz. Ona mi daje życie ta śmierć. To dopiero zaczyna być ciekawe.”31 Co raz mocniej bohater Stachury rozumie, że ciężar świadomości jest dla niego zbyt ciężki, powoli zaczyna zdradzać syndromy szaleństwa, sam siebie przestaje rozumieć. Wciąż jeszcze ma przebłyski radości, wtedy gdy rano wychodzi do pracy na zrębie, kiedy przenikają go „dreszcze nowego dnia”, kiedy wraz z miejscowymi pije w knajpie i rozprawia o rzeczach absolutnie banalnych. Sam jednak widzi rozdźwięk między jego marzeniem o życiu prostym, poetyzowaniem tego życia, a rzeczywistym stanem umysłu niezdolnego do istnienia w taki sposób. To właśnie powtarzające się zapadnięcia w „mgłę” będą wyrażały głębokie poczucie beznadziei towarzyszące Praderze. Kiedy „mgła” ustępuje Janek może jeszcze przez jakiś czas cieszyć się życiem, swobodą, naturalnością, aż do kolejnego ataku.

Kluczowym momentem „Siekierezady” jest wspomnienie spotkania z Edmundem Szeruckim i opowieść tego ostatniego o „całej jaskrawości”. Jej opis został już zacytowany wcześniej, warto jednak przytoczyć reakcję Pradery na spotkanie z Szeruckim: „Bardzo mi się podobał ten chłopak. Bardzo. (…) Podobała mi się jego żelazna konsekwencja i podobało mi się to „Bądź zdrów”. (…) Wyszło z mody to piękne proste pożegnanie. A on „bądź zdrów” powiedział. I to jakoś tak, jakby coś wiedział o tym, o tej mgle mojej, co mnie wszędzie ściga i, dopadłszy mnie, dusi”32. Pomimo tego zachwytu, Pradera po pewnym namyśle, okazuje się nie akceptować przedstawionej mu koncepcji „jaskrawości”. Autor książki stosuje tu ciekawy zabieg, wkładając w usta Szeruckiego więcej niż powiedział on literalnie w „Całej jaskrawości”. Chce w ten sposób inaczej ustosunkować się do przekazanej wówczas idei, wyrazić przemianę jaka w bohaterze zaszła. Janek Pradera mówi: „Coś nieludzkiego było w tym wszystkim. On sam, Szerucki, to przyznał, choć innymi słowami: - „I kiedy zobaczyłem tę całą jaskrawość, to nie czułem nic: ani smutku, ani beznadziei, ani strachu, ani przerażenia, ani radości, ani nadziei, ani spokoju, ani zachwytu, ani uniesienia, ani nawet zwyczajnej obojętności. Nic. Żadnego uczucia”.”33 Wkracza tu z mocą pojęcie „nicości” w odniesieniu do „całej jaskrawości”. Nie jest to jednak „nicość” wyzwalająca. Pradera mówi o nieludzkości tego spojrzenia dlatego, że bierze się ono „wybitnie spoza”, „spoza elipsy galaktyki”. To spojrzenie boskie i w odczuciu bohatera okrutne, bo nie uwzględniające autentycznych wartości życia ludzkiego. Pradera mówi: „Bogiem się jest tylko czasami, bardzo rzadko to się zdarza i dosyć krótko to trwa, i dobrze (…) i poza tymi krótkimi wypadami jest się zawsze tu, na tej planecie (…) i wtedy to jest tak, że to jednak idzie o miłość, o życie, o dobro, o światłość, o pokój i tak dalej, i tak dalej, i niedobrze, niedobrze jest z tym na planecie, słabo z tym jest, ale o to idzie, o to się trzeba bić(...)”34. A więc pojawia się zasadnicza zmiana w światopoglądzie bohatera Stachury. To „cała jaskrawość” okazuje się kuszącą nicością, pozwalającą na oderwanie się od życia, na rozpłynięcie się w niebycie. Życie niesie ze sobą piękno i ból zarazem, oszałamiające w swojej sile; „cała jaskrawość” jest tylko pustką, umożliwiającą okrutny dystans do tych ogólnoludzkich wartości, o które Pradera walczy. Heroizm jego polega na zgodzie na ból, na odrzuceniu wygodnej, bezemocjonalnej nicości, na wyrzeczeniu się nihilizmu, nawet jeśli trzeba będzie to przypłacić życiem.

Wydaje się, że właśnie w czasie wspomnienia spotkania z Szeruckim, Pradera zaczyna rozumieć ten „humanistyczny heroizm”. Lekarstwo na napady beznadziei i załamania woli walki, znajduje w swojej ukochanej Gałązce Jabłoni. W tym momencie nic w powieści nie zapowiada dramatycznego końca. Wręcz przeciwnie, tchnie ona świeżością czułej miłości i związanych z nią nowych nadziei. Aż do momentu, w którym pojawia się alter ego Pradery – Michał Kątny (jak Witek w „Całej jaskrawości”). Przybywa on do pracy w lesie i od tej pory mają dzielić wspólnie kwaterę u Babci Oleńki: „Oczy ma jak z dymu, pomyślałem sobie. Niesamowite to było. Jak z mgły. Tej mgły tej mgły. Pomyślałem sobie, że ma takie oczy, jakby kiedyś chorował na tę samą co ja straszliwą dymną chorobę i zwyciężył ją, wyszedł z niej cało, i tylko w oczach został mu ten dym, ta mgła ta mgła.”35 Czy jednak aby na pewno Michał zwyciężył? „(...) miał uśmiech taki niepełny, częściowy, fragmentaryczny. Jakoś tak się uśmiechał, jakby nie chciał całą duszą się uśmiechać. Albo może jakby nie mógł. Jakby w jego życiu wydarzyło się coś, co mu zniszczyło, pogruchotało i zaprzepaściło pełen uśmiech, i Michał Kątny nie mógł już tego odbudować albo nie chciał (…)”36. To bardzo znaczący fragment. Ukazuje, że spoza „mgły” już się nie wraca takim samym, że ten heroizm życia, jaki pozostaje człowiekowi jest wyprany z jakiejkolwiek radości i satysfakcji. Pozostaje uśmiech zrozumienia, świadomości, ale nie śmiech wstrząsający całym ciałem, prosty i oczywisty. Tu już nie ma żadnej prostoty. W tym momencie Janek Pradera uświadamia sobie jeszcze jedno: nigdy nie powiedział o swojej „mglistej chorobie” Gałązce Jabłoni, nigdy nie podzielił się z nią swoją świadomością. Zaczyna powoli rozumieć, że na tej heroicznej, „mglistej” drodze, człowiek musi być sam. Pradera nie mógłby zarażać ukochanej kobiety noszonym w sobie wirusem, bo nie chciałby jej nieodwracalnie skrzywdzić; z drugiej strony wie, że ona nie chciałaby przyjąć go świadoma ciążącej na nim dolegliwości, byłoby to dla niej nie do zaakceptowania. Jeszcze bardziej jasne staje się to w ostatniej scenie, poprzedzającej kończący powieść „atak mgły”, kiedy to Michał Kątny w rozmowie z leśniczym zwierza się ze swojej tragedii:

„ - Ja jestem samotnik. Od czasu jak mnie porzuciła - powiedział Michał Kątny z uśmiechem.

- To porzuciła, porzuciła? - powiedział leśniczy z uśmiechem.

- Porzuciła. - powiedział Michał Kątny z uśmiechem. - Wzięła i porzuciła.

- Wolała drugiego - powiedział leśniczy z uśmiechem.

- Wolała drugiego - powiedział Michał Kątny z uśmiechem.

- I poszła z nim - powiedział leśniczy z uśmiechem.

- Nie. Została z nim. Ja poszedłem - powiedział Michał Kątny z uśmiechem. (…)

- Poszliśmy się powiesić z rozpaczy - powiedział leśniczy z uśmiechem.

- Nie. Poszliśmy się rzucić do kanału z rozpaczy - powiedział Michał Kątny z uśmiechem i tuż zaraz natychmiast potem, kiedy wypowiedział te słowa, uśmiech zniknął z jego twarzy (...)”37

Słysząc tę rozmowę Pradera odczuwa ogromny ból, a nawet strach, kiedy widzi przed oczami samobójczą próbę Michała. Dzień kończy ciężkie milczenie jakie zapada między bohaterami.

Koniec powieści przynosi definitywne, choć zakamuflowane w poetyckim opisie, rozwiązanie losów bohatera. Janek budzi się sam w pokoju i wraz z zadumą dopada go uczucie rozpłynięcia się w niebycie, w nicości. Pragnąc ukoić smutek, który na niego spłynął, ucieka się do zdystansowanego oglądu rzeczywistości, próbuje stępiać swoją wrażliwość. W pewnym momencie otrząsa się jednak z tego i ze zdwojoną mocą zaczyna odczuwać. Pojawia się w nim nieodparte pragnienie ujrzenia Gałązki Jabłoni, ogromna, nienazwana tęsknota za ukochanym człowiekiem. Wstaje i natychmiast decyduje o tym, by wyruszyć w powrotną drogę do swojej kobiety. Gorączkowo rozmyśla nad tym jak najszybciej się do niej dostanie. Idzie na skróty, skrajem lasu i pola, do Hopli, gdzie spodziewa się znaleźć jakiś środek transportu. W tym momencie zaczyna na niego zstępować mgła. Charakterystyczne jest, że narracja, która przez całą powieść była pierwszoosobowa, przechodzi w narrację trzecioosobową, jakby bohater tracił świadomość samego siebie, jakby rozpadała się jego osobowość. Ekspresyjny, kilkustronicowy opis szamotaniny Pradery, połączonej ze zniechęceniem i osłabieniem, kończą słowa: „(...) o niczym nie myślał (…) stracił nawet to jedyne, co miał: zdziwienie, że chce mu się spać (…) absolutnie bezbronny już był, już się nie widział jako atakowany kłębek człowieczy (…) chyba już się w ogóle nie widział, klęczał we mgle z uniesioną we mgle głową i patrzył na mgłę, nic nie wiedząc, nie wiedząc nawet tego, że jest skazany na zagładę, na pożarcie przez mgłę, na rozmycie, na rozpłynięcie, na rozwianie się we mgle we mgle.”38 Sen, który spływa na Praderę to sen śmierci. Michał Kątny przynosi Jankowi rozstanie się z ostatnimi złudzeniami. Świadomość samotności okazuje się zbyt trudna, zbyt przygniatająca; niemożność porozumienia z drugim człowiekiem jest ostateczną przyczyną upadku bohatera Stachury. Ciężar, który trzeba nieść przez życie samotnie jest zbyt przytłaczający. „Mgła” ostatecznie zakrywa Praderę i niosąc mu, bądź to fizyczną śmierć, bądź obłęd, wyrywa go z kręgu życia.

Powieściowa dylogia Stachury podejmuje bardzo wiele pytań charakterystycznych dla refleksji egzystencjalnej. Bycie w świecie, sens istnienia, możliwości poznania, istota wolności ludzkiej, towarzyszące bohaterom uczucie niepokoju, heroizm trwania, osamotnienie człowieka w świecie, subiektywny sposób oglądu rzeczywistości – to tylko niektóre z problemów poruszonych w „Całej jaskrawości” i „Siekierezadzie”. Dodatkowo posługiwanie się dosłownie, bądź też w domyśle pojęciami, którymi operuje egzystencjalizm, wskazuje na bardzo silną inspirację intelektualną Stachury, tym sposobem myślenia. Przypadkowość, nicość, absurdalność, nadmiar istnienia, heroizm bycia, los ludzki naznaczony zmierzaniem ku śmierci i bunt przeciw temu losowi - to sformułowania niezwykle istotne dla filozofii Sartre'a, Camusa, Heideggera, czy sięgając głębiej Kierkegaarda. Ich obecność w omawianych dziełach jest dowodem na żywotność egzystencjalizmu w polskiej literaturze przełomu lat 60. i 70. Sposób, w jaki pojawiają się te pojęcia w powieściach Stachury jest równocześnie dowodem na dość powierzchowną refleksję autora, podporządkowaną jego chwilowym wrażeniom i znajdującą w egzystencjalnym namyśle, oddźwięk własnych niepokojów i intelektualnych poszukiwań. Nie mamy tu do czynienia ani z bardzo spójną koncepcją myślową Stachury, ani tym bardziej z dojrzałą polemiką, z którymś z egzystencjalistów. Trzeba przy tym odnotować, że najistotniejszymi postaciami, do których można by się odnosić w związku z tymi tekstami są Sartre i Camus. To ich myśl cieszyła się wówczas w Polsce niesłabnącą popularnością, byli oni też filozofami najbardziej aktualnymi. Nie sposób jednak ocenić, na ile świadomie Stachura zbliża się do koncepcji któregoś z nich. Kategorie egzystencjalne stosowane przez autora „Siekierezady” są zbyt rozmyte, niejasne i pomieszane, w zestawieniu z filozofią Sartre'a, czy Camusa. Z pewnością bliżej bohaterowi Stachury do światopoglądu wyrażanego, przez autora „Dżumy”, z późnego okresu jego filozoficznej refleksji. Tak Szerucki, jak i Pradera niosą w sobie silne poczucie ogólnoludzkiej uczciwości, postulują życie w świecie wartości. Można nawet powiedzieć, że podobnie jak Camus z okresu „Obcego”, bohater Stachury przeżywa swój okres nihilistycznego postrzegania świata, by ostatecznie wybrać heroizm działania, życia wbrew losowi i na przekór absurdalności istnienia. Tyle tylko, że odpowiedzią Camusa na pytanie o sens istnienia jest stwierdzenie, że żyć jednak warto; bohater Stachury nie ma na to siły, nie wytrzymuje przygniatającego go uczucia samotności i braku nadziei. Myśl o śmierci i nicości nie jest dla niego wyzwalająca, tak jak jest to możliwe w refleksji egzystencjalnej. Janek Pradera nie realizuje wolności ani na sposób Sartre'a, ani Camusa. Bohater Stachury nie zna wolności absolutnej (nihilistycznej) i moralności zupełnie subiektywnej; tak samo jednak nie czyni go radosnym świadomość, że jego los pozostaje w jego własnych rękach, bo przeraża go absurdalność wyborów, które musi podejmować. Można więc powiedzieć, że w pewnym sensie bohater powieściowej dylogii Stachury jest polemiczny wobec poglądów Sartre'a (widzi wielość istnień, ale nie napawa go to takim wstrętem jak autora „Mdłości”; dostrzega w tej wielości piękno, mimo jednoczesnej nieznośności tego uczucia), poglądy Camusa okazują się natomiast ideami heroicznymi, zbyt trudnymi do uniesienia dla jednostki świadomej, ale nadwrażliwej. Przy tym wyraźna jest akceptowalność Stachury dla poglądu Sartre'a o egzystencji poprzedzającej esencję (w odniesieniu do człowieka), co udowadnia, że traktuje on egzystencjalistów wybiórczo, podporządkowując ich poszczególne refleksje własnym przemyśleniom. Tak samo jak u Sartre'a bohaterowie Stachury widzą własną nieokreśloność i nieustanne tworzenie, przekształcanie, przeobrażanie siebie samego, w przeciwieństwie do jasno widzianego świata zewnętrznego, dającego się zdefiniować i opisać. Różnica polega tu na tym, że Szeruckiego i Praderę ta świadomość niepokoi, Sartre'a zaś doprowadza do pojęcia wolności i wyprowadzenia z tego nakazu jej realizacji.

Kończąc te rozważania warto jeszcze raz podkreślić istnienie w prozie Stachury bohatera typowo egzystencjalistycznego, tzn. podejmującego refleksję egzystencjalną. Recepcja tego pisarza ogranicza się często do ogólników, do lirycznej sensualności, również w odniesieniu do twórczości powieściowej. Takie bazowanie tylko na wrażeniu i emocjonalności, spłyca intelektualne sensy zawarte w dziełach Stachury. Jego programowa zmysłowość ma swoje źródła w filozoficznym namyśle nad światem i stanowi sposób na przezwyciężenie niedoborów ludzkiej egzystencji. Jest kreacją świata piękniejszego niż ten, który poecie udaje się dostrzec realnie, przeprowadzoną po to by móc dalej żyć. Dopiero kiedy uwzględni się ten filozoficzny aspekt powieściowego świata Stachury, można zrozumieć dogłębnie dramat sytuację jego bohatera w świecie zbyt okrutnym dla jego poetyckiej osobowości, jak i dramat samego autora, tak bardzo mocno wyrażającego własne lęki w swoim pisaniu.

 

1 J. Marx, Legendarni i tragiczni, Alfa, Warszawa 1993, s. 429.

2 E. Stachura, Się w: Opowiadania, red. H. Bereza, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 421.

3 K. Rutkowski, Poeta jak Nikt w: Wiersze, poematy, piosenki, przekłady, red. Z. Fedecki, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 21 - 23.

4 E. Stachura, Pogodzić się ze światem w: Fabula rasa. Z wypowiedzi rozproszonych, red. K. Rutkowski, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 409.

5 J. Marx, op. cit., s. 427.

6 H. Bereza, Życiopisanie w: Fabula rasa. Z wypowiedzi rozproszonych, red. K. Rutkowski, Czytelnik, Warszawa 1982 s. 447 - 451.

7 E. Stachura, Cała jaskrawość w: Powieści, red. H. Bereza, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 117.

8 J. Marx, op. cit., s. 417, 420 - 421.

9 H. Bereza, Życiopisanie, s. 445 - 465.

10 Tamże, s. 454 - 456.

11 E. Stachura, Siekierezada w: Powieści, red. H. Bereza, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 306 - 308.

12 E. Stachura, Cała jaskrawość, s. 92.

13 Tamże, s. 93.

14 Tamże, s. 125.

15 Tamże, s. 197.

16 J. Przyboś, Cała jaskrawość, „Życie Warszawy” 1969 nr 308, s. 3.

17 E. Stachura, Cała jaskrawość, s. 8.

18 Tamże.

19 J. P. Sartre, Mdłości [w:] Słownik myśli filozoficznej, red. M. Siwiec, Park, Bielsko-Biała 2011, s. 386.

20 E. Stachura, tamże, s. 10.

21 Tamże, s. 10 - 11.

22 Tamże, s. 48.

23 J. P. Sartre, Mdłości, s. 386.

24 Tamże, s. 23 - 24.

25 J. P. Sartre, Egzystencjalizm jest humanizmem [w:] Słownik myśli filozoficznej, red. M. Siwiec, Park, Bielsko-Biała 2011, s. 389 - 391.

26 A. Camus, Absurd i samobójstwo. Bunt Syzyfa [w:] Słownik myśli filozoficznej, red. M. Siwiec, Park, Bielsko-Biała 2011, s. 402.

27 E. Stachura, Siekierezada, s. 206.

28 Tamże, s. 201.

29 T. Nyczek, Radość pisania, „Miesięcznik Literacki” 1972 nr 7, s. 126 - 128.

30 E. Stachura, tamże, s. 211.

31 Tamże, s. 214.

32 Tamże, s. 306.

33 Tamże, s. 307.

34 Tamże, s. 308.

35 Tamże, s. 358.

36 Tamże, s. 364.

37 Tamże, s. 368.

38 Tamże, s. 376 - 377.

powrót na górę

W ramach Stachuriady polecamy szczególnie:

bruno

belon

harasymowicz